Strona główna Wywiady Wojna wcale nie była tak dawno temu. Z Simonem Toynem rozmawia Marta...

Wojna wcale nie była tak dawno temu. Z Simonem Toynem rozmawia Marta Guzowska

0
PODZIEL SIĘ

Wojna wcale nie była tak dawno temu. Z Simonem Toynem rozmawia Marta GuzowskaW „Chłopcu, który widział” napisałeś: „Druga wojna światowa nie skończyła się 70 lat temu”. Czy rzeczywiście wierzysz, że wspomnienia o wojnie są wciąż tak żywe?

Właściwie jestem zupełnie przeciwnego zdania i właśnie dlatego zdecydowałem się napisać tę książkę. Ta trudna i bolesna lekcja zaczyna niestety blaknąć w pamięci kolejnych pokoleń, które nie doświadczyły wojny bezpośrednio. Ważnym motywem tej powieści jest potrzeba, by ocalić od zapomnienia tragiczne wydarzenia z przeszłości, tym bardziej że w tej chwili wisi nad nami groźba popełnienia tych samych błędów, które popełnili nasi dziadkowie. Mam tu na myśli plemienny nacjonalizm, który w 1939 roku sprawił, że Europa stoczyła się po równi pochyłej wprost w objęcia okrutnej wojny. Jest coś znaczącego w tym, że główna postać książki, Salomon Creed, nie pamięta, kim jest. Niektórzy bohaterowie „Chłopca, który widział” desperacko pragną odzyskać pamięć, podczas gdy inni robią wszystko, by wyrzucić pewne fakty z pamięci. Ani jedno, ani drugie nie jest łatwym zadaniem.

Twój stosunek do drugiej wojny światowej i Holokaustu wydaje się bardzo osobisty…

Zależało mi na uświadomieniu czytelnikom, że ta wojna była czymś o wiele bardziej rzeczywistym i strasznym, niż oddają to filmy czy lekcje historii. Że dotknęła prawdziwych ludzi, którzy mieli swoje rodziny, plany i marzenia, i wywróciła ich życie do góry nogami. To dlatego częścią książki stał się pisany w pierwszej osobie pamiętnik z czasów wojny: świadectwo z pierwszej ręki. To z niego dowiadujemy się, co działo się w obozach koncentracyjnych, jak szybki i dramatyczny obrót przybrały wydarzenia podsycane przez polityków nacjonalistyczną retoryką – od wybuchu wojny i inwazji Niemiec na kraje Europy, utworzenia gett, aż do systematycznych prób całkowitej zagłady znienawidzonej żydowskiej rasy. Bardzo gładko przechodzi się od haseł do czynów, już tego doświadczyliśmy, dlatego powinno nas niepokoić to, że zrobiliśmy krok w stronę ciemnej otchłani.

Dość regularnie pojawiają się próby zanegowania Holokaustu. Czy Twoja książka jest głosem w dyskusji?

Mam taką nadzieję, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to głos donośny, bo ta powieść to jednak fikcja. Ci niebezpieczni idioci, którzy zaprzeczają istnieniu czegoś tak poważnego, jak Holokaust, zdyskredytują moją książkę. Jest więc ona niewiele więcej niż szeptem, wierzę jednak, że może nieść przesłanie, które skłoni do myślenia tych, którzy zechcą wysilić słuch. Gra jest warta świeczki. Zawsze.

Po siedemdziesięciu latach od zakończenia wojny Holocaust to wciąż drażliwy temat. Czy nie obawiałeś się, że podjęcie tego tragicznego tematu w thrillerze (gatunku uznawanym za czysto rozrywkowy) zostanie uznane za profanację?

Według mnie thrillery nie muszą być jedynie czystą rozrywką. Przecież poważne i istotne kwestie można poruszać niezależnie od gatunku. Zastanawiałem się, czy powinienem brać się za rozkopywanie grobów na kartach powieści, ale nastroje i klimat polityczny panujące w tej chwili w Europie ostatecznie mnie przekonały. Odniosłem wrażenie, że ludzie zapominają o tym, co działo się w czasie wojny, a niebezpieczeństwo, że historia się powtórzy, rośnie. Właściwie to już się dzieje. Jesteśmy świadkami największego kryzysu migracyjnego od czasów drugiej wojny światowej, a prawicowi nacjonaliści wykorzystują go jako pretekst do podsycania strachu i nienawiści wśród obywateli. Ponad pół wieku międzynarodowej pokojowej współpracy może pójść na marne.

Nawiązując do poprzedniego pytania: czy Twoim zdaniem literatura popularna powinna być jedynie rozrywką, czy też ma jednocześnie pełnić funkcję dydaktyczną?

Jestem zdania, że literatura popularna ma wręcz obowiązek w równym stopniu pełnić funkcję informacyjną, co rozrywkową. Myślę, że jeśli my, pisarze, chcemy, by czytelnik spędził kilka godzin w towarzystwie naszych opowieści,  jesteśmy im winni coś więcej niż tylko sekwencję szalonych pościgów i zwrotów akcji. Wierzę, że dobry pisarz potrafi stworzyć historię, która wciąga i porywa, budzi szalone emocje, a przy tym nie jest błaha.

Gdyby nie Holocaust, „Chłopiec, który widział” byłby po prostu thrillerem z zawrotnym tempem akcji i bohaterem, który… No właśnie – kim jest Salomon Creed?

To jest pytanie! Mówiąc w skrócie, Salomon Creed jest człowiekiem, który wie wszystko o wszystkich, ale zupełnie nic o samym sobie. Towarzyszymy mu więc w podróży, w której stara się odkryć, kim naprawdę jest.

Salomon Creed to niezwykła postać. Uchylisz rąbka tajemnicy? Czy naprawdę ma nadprzyrodzoną moc, czy też jest dobrze wyszkolonym, ale okaleczonym psychicznie dziwolągiem?

To rzeczywiście bardzo tajemniczy bohater. Będę powoli odsłaniał jego sekrety, ale dopiero w kolejnych książkach. Musisz uzbroić się w cierpliwości i poczekać na jego dalsze przygody.

Salomon Creed to swego rodzaju antybohater. Nie obawiasz się, że czytelnicy woleliby, by główna postać w powieści była nieco bardziej pozytywna, i mogą go po prostu nie polubić?

W większości thrillerów już na początku książki dowiadujemy się, kim jest główny bohater – detektywem z wydziału zabójstw, byłym wojskowym itd. Ja chciałem, żeby czytelnicy poznawali bohatera z biegiem czasu, w miarę jak on sam poznaje prawdę o sobie. Zrezygnowałem z tradycyjnych trików fabularnych stosowanych przez innych pisarzy, otaczających główne postacie swoich książek kochającą rodziną i zwierzętami, które uratował i otoczył opieką. W przypadku Salomona chciałem, by sympatia czytelników brała się ze współczucia dla bohatera osamotnionego w świecie, poszukującego prawdziwej tożsamości – do czego wszyscy, w taki czy inny sposób, zmierzamy. Wbrew pozorom, Salomon jest bliski każdemu z nas i jest bohaterem pozytywnym.

Czy Salomon to bohater na miarę naszych ciężkich czasów? Taki nadczłowiek, który pojawia się znikąd, robi co trzeba i znika?

 Myślę, że taka postać jak Salomon Creed jest dobra na każdą okazję. Jako archetyp z pewnością zawsze był obecny w kulturze światowej, od błędnego rycerza, przez ronina, aż po człowieka znikąd, samotnego mściciela bez imienia. Obcy zawsze budzili strach zmieszany z fascynacją. Salomon jest obcy dla samego siebie – boi się siebie nie mniej, niż boją się go inni. Wykreowanie tej postaci było interesującym doświadczeniem dla mnie jako pisarza. Mam nadzieję, że Salomon Creed spodoba się też czytelnikom.

Opowiesz krótko, co wydarzy się w kolejnej części przygód?

W ostatnich scenach „Chłopca, który widział” w ręce Salomona trafiają akta człowieka, który mógłby być nim. Creed wyrusza więc do Anglii w poszukiwaniu mężczyzny, który prawdopodobnie jest jego ojcem. Oczywiście zamiast ojca czeka go tam… cała masa nowych kłopotów.

Dziękuję za arcyciekawą rozmowę!