Strona główna Inne Laura Lippman „Coraz głębiej”. Fragment

Laura Lippman „Coraz głębiej”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Laura Lippman „Coraz głębiej”. Fragment W wieku osiemnastu lat mój brat złamał rękę w wypadku, który zakończył się śmiercią innego chłopaka. Chciałabym powiedzieć, że pogrążyliśmy się w żalu, ale to nieprawda. Tamten nosił się z zamiarem mordu i faktycznie owej nocy spotkał się ze śmiercią. Czasem wszystko tak zabawnie się układa.

Działo się to nad jeziorem Wilde. Jego nazwa nie miała nic wspólnego z Oscarem, upamiętniała Frazara B. „Kogo?” – spytacie. Sama musiałam sprawdzić, a przecież tu się urodziłam. Frazar Bullar Wilde sprawował funkcję prezesa towarzystwa ubezpieczeniowego Connecticut General. Kiedy w latach sześćdziesiątych jeden z wiernych klientów Wilde’a, Jim Rouse, postanowił zbudować utopijne „nowoczesne miasteczko” pośrodku marylandzkich pól, między Baltimore a Waszyngtonem, Connecticut General udzieliło mu wsparcia finansowego i wyraziło zgodę, by skupował grunty potajemnie, działka po działce, co miało zapobiec wzrostowi cen. Rouse był prawym człowiekiem – pobożnym, skromnym, obojętnym na uroki bogactwa, a po pieniądze z firmowego konta sięgał ostrożnie. Ale historia jego najdonioślejszego dokonania, równościowego eksperymentu w miasteczku Columbia w stanie Maryland, zaczęła się od oszustwa.

Jak mówiłam, czasem wszystko tak zabawnie się układa.

W nagrodę Frazar został patronem jeziora. Oraz „osady” o tej samej nazwie, która rok później wyrosła nad jego brzegami. W otoczonym wałami, stworzonym pracą ludzkich rąk jeziorze Wilde próżno by szukać choćby cienia sugerowanej w nazwie dzikości, nawet gdy na jego południowo-wschodnim krańcu zgromadziło się kilkuset uczniów świętujących zakończenie nauki w miejscowym liceum. Był 18 czerwca 1980 roku. Licealiści mieli po osiemnaście lat, jezioro istniało od czternastu, Columbia od trzynastu. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak na każdej imprezie bez nadzoru dorosłych, ale przynajmniej tym razem nikt nie musiał sprzątać zaśmieconych, zarzyganych i zakrwawionych mieszkań. Świętowanie w plenerze należało do miejscowej tradycji, o ile takie młode, nieokrzesane przedmieścia mogły powoływać się na jakąkolwiek tradycję. Uczniowie najstarszych klas bawili się aż do rana. Świętowanie końca nauki mogło się dokonać w najróżniejszych miejscach, ale zawsze zaczynało się nad jeziorem.

Kiedy AJ oznajmił, że zamierza uczestniczyć w tym dorocznym rytuale, nasz ojciec poczuł się rozdarty.

Nie chciał, żeby jego syn wyszedł przed kolegami na dziwoląga, ale nienawidził tej, jak to nazywał, młodzieńczej skłonności do szwendania się bez celu i planu. To, że AJ był synem Andrew Jacksona Branta, prokuratora okręgowego z Howard County, nie ułatwiało sprawy. Gdyby przyłapano go pod wpływem alkoholu lub z papierosem, bez wątpienia zrobiłby się spory szum, chociaż pewnie mniejszy niż dziś, gdy takie zachowanie grozi natychmiastowym wydaleniem ze szkoły i długą listą sankcji mogących zrujnować życie. W tamtych czasach gliniarze tylko poświeciliby dzieciakom latarkami po oczach, zabrali alkohol i odesłali wszystkich do domów, upewniając się, że nikt nie siądzie za kółkiem. Nic wielkiego, bzdura, żenada. Ale tak właśnie wyglądały największe obawy naszego ojca względem jedynego syna w czerwcu 1980 roku.

Tata był jednak sprawiedliwym człowiekiem, zawsze otwartym na możliwość dyskusji, i zachęcał nas do uzasadniania każdej prośby: gdy chcieliśmy później położyć się spać, pożyczyć samochód lub namówić go do zainstalowania telefonów w naszych pokojach. AJ porozmawiał z nim więc na kilka dni przed imprezą i powiedział – wręcz oznajmił – że z całą ekipą planują balować do rana, a potem przeniosą się do jego kumpla Basha, którego rodzina odnowiła właśnie dom w okolicy uchodzącej w tamtych czasach za „wieś”. Co więcej, AJ poinformował ojca, że Ariel, jedna z dwóch dziewczyn, które się z nimi wybierały – i to ta rozsądniejsza – zgodziła się nie pić tego wieczoru i zostać ich kierowcą.

– Skończyłem osiemnaście lat – rozpoczął przemowę AJ, jakby zwracał się do niewidzialnej ławy przysięgłych. – Urodziłem się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku.

– Wiem – przerwał mu z przekąsem tata. – Byłem przy tym.

Towarzyszyłam im w salonie. Udawałam zaczytanie w miejscowej gazecie „Light”, ale wszystko słyszałam. Byłam o osiem lat młodsza od brata, więc musiałam jeszcze sporo się nauczyć w kwestii zdobywania przywilejów. Od ukończenia szkoły dzieliły mnie dwie pełne kadencje prezydenckie – w naszym rozpolitykowanym domu wybory traktowano jak stały punkt odniesienia – ale chciałam wiedzieć, co mnie czeka, gdybym zamierzała tego dnia robić coś fajnego.

– Zgodnie z prawem mogę pić wino oraz piwo, ale szczerze mówiąc, będę też pewnie próbował innych rzeczy, zależy, co kto przyniesie. Uważam to za sprawiedliwe, bo gdybyśmy mieszkali na przykład w Wisconsin, to po ukończeniu osiemnastego roku życia mógłbym spożywać wszystkie rodzaje alkoholu.

– Ale ja pilnuję prawa w tym stanie – przypomniał tato.

– Zabraniasz mi wyjść?

– Nie, idź. Zostań do rana. Ale nalegam, żebyś przestrzegał prawa. Ufam, że zachowasz rozsądek w każdej sytuacji. Wiesz, że nie możesz liczyć na specjalne traktowanie w razie kłopotów.

– Nigdy nie sprawiałem kłopotów – zripostował AJ.

Tamtej nocy udało mu się przestrzegać prawa, choć nie do końca była to jego zasługa. Większość czasu spędził na ostrym dyżurze w szpitalu w Howard County, gdzie poddano go badaniu krwi na zawartość alkoholu i narkotyków. Personel medyczny najbardziej martwił się wtedy PCP. Biorąc pod uwagę, co zrobił AJ, lekarze musieli uznać, że dysponował nadludzką siłą. W rzeczywistości nim to wszystko się zaczęło, wypił zaledwie łyk piwa.

Przełożył Marcin Wróbel