Strona główna Inne Simon Toyne „Chłopiec, który widział”. Fragment

Simon Toyne „Chłopiec, który widział”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Simon Toyne „Chłopiec, który widział”. FragmentTrzy osoby potrafią dotrzymać tajemnicy,

jeśli dwie z nich nie żyją.

Benjamin Franklin

 

1

Nic nie pachnie tak jak krew.

Krew zmieszana ze strachem to coś jeszcze innego. Josef En­gel nie czuł tej woni od ponad siedemdziesięciu lat – lecz pamię­tał ją tak dobrze, jakby te lata nic nie znaczyły. Tym razem on sam był jej źródłem.

Patrzył na swoje skurczone ciało, choć głowa zbyt mu cią­żyła, by mógł ją podnieść. Stara skóra zwisała luźno niczym płótno narzucone na ramę żeber. Na jej białym tle krew jaśnia­ła jaskrawą czerwienią, spływając z ran, które tworzyły na jego piersiach gwiazdę Dawida. Inne rany łaskotały, krwawiąc – roz­cięcia na plecach, gdzie uderzał bicz, nakłucia pozostałe po czymś, co zaciskało się na jego ciele, wywołując nowy, nieznany mu ból, choć sądził, że zna już wszystkie rodzaje cierpienia. Ból był teraz wszystkim, palił ogniem całe ciało, dziwnie zwiotczałe i bezużyteczne.

Tamten mężczyzna przyszedł tuż przed zamknięciem skle­pu, wszedł do środka i wziął Josefa w objęcia jak stary przy­jaciel.

Josef oddał uścisk, zaskoczony zachowaniem człowieka ubranego na czarno i przypominającego cień. Potem poczuł ukłucie na szyi i próbował się odsunąć, lecz człowiek cień trzy­mał go mocno, a zimne odrętwienie rozchodzące się od nakłu­cia wkrótce objęło całe ciało starca. Próbował wzywać pomocy, ale z jego ust wydobył się tylko zdławiony jęk, a głowa, której nie mogły już udźwignąć zwiotczałe mięśnie szyi, opadła bez­władnie do przodu. W pobliżu i tak nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć, a mężczyzna w czerni musiał o tym wiedzieć, bo nie spieszył się ani nie denerwował, prowadząc Josefa między bezgłowymi manekinami do wnętrza pracowni. Starzec osunął się na podłogę na środku pomieszczenia przy wtórze głośnego trzaskania artretycznych kolan – kolejne wspomnienie sprzed siedemdziesięciu lat.

Josef obserwował, jak cień mężczyzny, oświetlonego blaskiem wpadającym przez świetliki nad pracownią, porusza się na wy­polerowanej drewnianej podłodze. Intruz zdjął z niego koszulę, a potem podsunął mu pod oczy lśniące ostrze. Obrócił je powoli, by światło ukazało ostrą krawędź stali, po czym przesunął je na pierś starca i przeciął jego ciało do kości. Krew z rany wypłynęła na białą skórę i zaczęła skapywać na podłogę. Josef patrzył na to wszystko w bezruchu i wstrzymywał oddech, rozrywany eksplo­zjami bólu, które spowodował nóż mężczyzny. Zastanawiał się, jak to możliwe, że w jego starym ciele zachowało się jeszcze tyle cierpienia, i dlaczego substancja, która sparaliżowała mięśnie, nie blokuje bólu. Był więźniem we własnym ciele, czuł wszystko, lecz nie mógł nic zrobić, by powstrzymać męczarnie. Najpierw zrobiło mu się ciepło, gdy jego pęcherz i jelita pozbyły się swojej zawar­tości. Gdy poczuł znajomy smród, zaczął płakać, bo upokorzenie również było bolesne.

Josef nie bał się tak bardzo od czasów wojny, kiedy ból i śmierć towarzyszyły mu na co dzień w obozach pracy.

Wtedy wymknął się śmierci, ale teraz go dopadła. Obserwował cień, któ­ry przesunął się po podłodze, słyszał trzask otwieranego zamka w drzwiach frontowych i łudził się przez moment, że człowiek w czerni wychodzi. Potem jednak drzwi ponownie zamknięto i cień powrócił, stawiając coś przed nim na podłodze.

Oczy Josefa zaszły łzami, kiedy odczytał wyblakłe złote litery na drewnianej skrzyni maszyny do szycia – Pfaff. Na maszynie tej mar­ki uczył się szyć, zanim nadeszła wojna i świat ogarnęły ciemności, gdy jedynym, czego pragnął, było słuchanie terkotu igły i tworzenie na niej pięknych rzeczy. W kopulastej pokrywie maszyny wywier­cono kilka otworów, po jednej stronie umocowano małe drzwiczki zamykane na zasuwę. Z wnętrza dochodziło ciche skrobanie.

Du weißt warum dies dir passiert?

Nieznajomy mówił po niemiecku z silnym akcentem. Josef nie rozpoznawał jego głosu. Znowu spróbował podnieść głowę, lecz nadal była zbyt ciężka.

– Wiesz, dlaczego cię to spotkało? – spytał ponownie męż­czyzna i przed twarzą Josefa pojawił się telefon. Światło bijące z ekranu wydawało się zbyt jaskrawe w wieczornym mroku.

Erinnerst du dich daran? – pytał dalej nieznajomy.

Josef zmrużył oczy i spojrzał na czarno-białą fotografię wy­świetloną na telefonie.

Erinnerst du dich daran? – powtórzył człowiek w czerni. – Pamiętasz to?

Josef pamiętał.

Po ekranie przesunął się palec, pokazując kolejne zdjęcia, obrazy straszliwych rzeczy, które Josef widział kiedyś na własne oczy: sterty ciał w zbiorowych grobach, szkielety za drutami kolczastymi, klęczące w błocie, zbyt słabe, by ustać na nogach, w obozowych pasiakach wiszących na kościstych ramionach. Po­chylały nisko ogolone głowy przed mężczyznami w szarych mun­durach, którzy w obleczonych rękawiczkami dłoniach trzymali baty i pistolety lub napięte smycze z szarpiącymi się na nich war­czącymi wściekle psami.

– Powinieneś był zdechnąć w obozie – powiedział nieznajo­my. – Powinniśmy byli wytrzeć tę plamę, jaką jesteś, gdy mieliśmy ku temu okazję.

Josef wpatrywał się w zapadnięte oczy więźniów i wyobrażał sobie kościste ręce, które sięgają ku niemu przez dystans siedem­dziesięciu straconych lat i wbijają się w jego pierś.

Der bleiche Mann – wyszeptał bełkotliwie, z trudem poru­szając zdrętwiałym językiem.

Cień na podłodze przysunął się bliżej.

– Opowiedz mi o nim. Opowiedz mi o bladym człowieku.

Er kommt – odparł Josef, przywołując z pamięci słowa języ­ka, którym nie mówił od dziesięcioleci. – On nadchodzi.

Jego umysł zasnuwał się mgłą, otumaniony straszliwym bó­lem, który przenikał pierś.

– Uratuje mnie und die AnderenComme la dernière fois. Przyjdzie i znów nas uratuje.

Die Anderen – powtórzył za nim mężczyzna. – Opowiedz mi o innych. Opowiedz o tym, co stało się w obozie. Powiedz, jak się nazywasz i wyznaj mi wszystko.

Josef zawahał się na moment, a gdy zaczął mówić, słowa wy­pływały z jego ust nieprzerwanym strumieniem, uwolnione środ­kiem, który wstrzyknął mu napastnik, oraz świadomością, że do­póki nie przestanie, będzie żył.

– Schowałem ją w bezpiecznym miejscu – zakończył swoją opowieść. Czuł mrowienie w palcach, co oznaczało, że środek obezwładniający przestaje działać. Sięgnął do miejsca, gdzie upiorne ręce wbijały się w jego pierś, i ból znów przybrał na sile.

– Co schowałeś w bezpiecznym miejscu?

– Listę – wydyszał Josef.

– Opowiedz mi o liście.

Der weiße Anzug. – Starzec przycisnął dłonie do piersi, jak­by próbował w ten sposób zdławić ból. – Biały garnitur. Obieca­liśmy, że go przechowamy, i zrobiliśmy to. Przez wszystkie te lata dbaliśmy o niego.

Josef zdołał unieść trochę głowę. Zobaczył sylwetkę mężczyzny w czerni widoczną na tle blednących świetlików. Nieznajomy pochylił się nad nim, a starzec zamknął oczy, przygotowując się na kolejną eksplozję bólu, lecz poczuł tylko delikatny dotyk na twarzy. Uniósł powieki i ujrzał białą chusteczkę, którą mężczyzna ocierał krew wokół jego oczu, delikatnie niczym matka ocierająca buzię dziecka z dżemu. Josef zaczął płakać, poruszony tym życzli­wym gestem. Wyczuł środek dezynfekujący na dłoniach mężczyzny i dostrzegł na nich rękawiczki chirurgiczne w kolorze skóry.

– Pamiętasz obóz? – zapytał napastnik. – Pamiętasz, jak to wyglądało pod sam koniec, wszystkie te ciała zrzucone na jedną stertę, których nie miał kto pogrzebać?

Przysunął się do drew­nianego pudła i wycisnął krew Josefa z chusteczki. – Pamiętasz szczury? – Pochylił się i wsunął skrawek pokrwawionej tkaniny w jeden z otworów. Skrobanie dochodzące z wewnątrz wyraźnie przybrało na sile. – Ludzie wyglądali jak chodzące szkielety, ale szczury nigdy nie głodowały, prawda? – Coś pociągnęło za chus­teczkę i wciągnęło ją do środka przy akompaniamencie głośnych pisków i drapania. – Złapałem te szczury w pobliżu kurzej fermy, prawie tydzień temu. Od tej pory mogły zjadać tylko siebie na­wzajem. Ciekawe, ile ich zostało? – Sięgnął do zasuwki zamy­kającej drzwiczki i Josef poczuł, jak w jego piersiach eksploduje bolesne przerażenie. – Możesz powiedzieć mi coś więcej o białym garniturze, a wtedy nie otworzę tego pudełka.

Łzy spływały po twarzy Josefa, paliły solą otwarte rany na jego piersiach. Ból przybierał na sile, stawał się nie do zniesienia. Tak naprawdę nigdy nie uciekł od obozu. Zawsze nosił go w so­bie, a teraz koszmar znów z niego wychodził.

– Opowiedz mi o białym garniturze. – Mężczyzna odsunął zasuwkę, ale nie otworzył drzwiczek.

– Blady mężczyzna – zaczął Josef, drżąc niepohamowanie na całym ciele i dysząc ciężko. – Zrobiliśmy to dla niego. – Odwrócił wzrok od pudła i spojrzał na drzwi, jakby łudził się, że zobaczy tam tego człowieka. – Powiedział, że wróci po to. Mówił też, że dzięki temu będziemy bezpieczni. Zawarliśmy umowę. On…

Pierś Josefa wypełnił nieopisany ból, wybuchające szkło i ogień,które pozbawiły go oddechu.

Otworzył szeroko oczy i zgiął się wpół, nadaremnie chwytając ustami powietrze. Przetoczył się na bok i zobaczył naparstek leżący głęboko pod jednym ze stołów, zuży-ty i wygięty przez lata pracy, dopasowany idealnie do palca, ten sam naparstek, który miał w obozie w tamtej piwnicy. Zgubił go przed miesiącem i szukał wszędzie. A teraz widział ten naparstek, lecz nie mógł po niego sięgnąć. Ból pochłaniał Josefa w całości. Ciągnął w dół. Oprawca opadł na kolana, zasłaniając swoim ciałem napar­stek. Josef poczuł zapach gumy i środka dezynfekującego, potem palce mężczyzny dotknęły jego szyi, szukając pulsu. Znów zobaczył nad sobą sufit, gdy mężczyzna obrócił go na plecy. Usłyszał głuchy odgłos pięści uderzającej w jego pierś i trzask pękającego żebra, nie czuł już jednak niczego, bo ból wypełniający ciało pochłonął wszystkie inne doznania.

Josef przeniósł wzrok wyżej, ponad sylwetkę mężczyzny, na ciemniejące niebo, po którym płynęły rzadkie białe chmury. Pra­cował w tym pomieszczeniu ponad czterdzieści lat, ale pierwszy raz spojrzał w górę. W obozie również nigdy nie patrzył na nie­bo, oglądanie takiego prostego, nieograniczonego piękna zawsze sprawiało mu zbyt wielki ból, gdy z zewsząd otaczała go brzydota i groza.

Mężczyzna wciąż walił pięścią w jego pierś, lecz Josef wie­dział, że daremnie się trudzi. Nie było już odwrotu. Człowiek w białym garniturze nie nadejdzie. Josef nie oszuka śmierci po raz drugi. Wziął ostatni, głęboki i drżący, oddech. Wbił wzrok w granatowe niebo. I zamknął oczy.

 Przestał walić w kruchą pierś starca i spojrzał na jego oka­leczone ciało. Widział linie żeber pod warstwą krwi i cienką jak papier skórą. Obserwował je przez chwilę, by sprawdzić, czy się poruszają. Znieruchomiały na zawsze.

Wyjął z kieszeni następną chusteczkę, zwinął ją w kulkę, otarł wilgotny, zakrwawiony zarys gwiazdy, po czym wstał z ko­lan i przeszedł przez milczący tłumek bezgłowych manekinów do ściany po drugiej stronie pracowni. Przyciskał zakrwawioną chusteczkę do białej powierzchni i przesuwał ją powoli, a gdy ro­biła się sucha, wracał do zwłok krawca i ponownie nasączał ją krwią. Kiedy skończył, było już całkiem ciemno, widział jednak, co udało mu się napisać na ścianie. Śmierć nie była wystarcza­jącym ostrzeżeniem dla die Anderen, musieli wiedzieć, że ich też to czeka, czuć oddech przeznaczenia na plecach, tak samo jak w obozach.

Zaczął przeszukiwać pracownię. Wiedział, że do rana nikt nie będzie tu zaglądał, nie spieszył się więc, pracował w miarowym tempie. Sprawdził również dom, szukając listy i garnituru, o któ­rych mówił Josef Engel. Niczego nie znalazł.

Gdy skończył, stanął pośrodku pracowni i patrząc na nieru­chomą postać leżącą na podłodze, wsłuchiwał się w piski i skro­banie szczurów oraz w dźwięk zegara wybijającego północ. Zasta­nawiał się, czy Josef nakręcał go dziś rano, nieświadom, że zegar będzie tykał jeszcze długo po tym, jak przestanie bić jego serce. Czas starca dobiegł końca. Taki sam los wcześniej czy później czekał każdego człowieka – wkrótce także i jego. Czuł zmęczenie i pustkę, ból w głowie znów przybierał na sile, lecz on jeszcze nie wykonał swojego zadania w całości. Podszedł do drewnianego pudełka, odsunął zasuwkę i otworzył drzwiczki. Z wnętrza wypadły niewyraźne, podłużne plamy, skrawki ciem­ności, które pędziły po wypolerowanej podłodze do źródła za­pachu krwi. Obsiadły całą chmarą okaleczone zwłoki, piszczały i walczyły między sobą o stygnące ciało.

Mężczyzna przyglądał im się przez dłuższy czas, słuchając tykania zegara i myśląc o liście, o tym, co przegapił, i o tym, co musiał jeszcze zrobić, nim to wszystko się skończy.

Przekład: Janusz Ochab