Strona główna Inne Lisa Gardner „Samotna” – fragment

Lisa Gardner „Samotna” – fragment

0
PODZIEL SIĘ

Lisa Gardner „Samotna” – fragment

 Rozdział 1

Tej nocy, gdy nadeszło wezwanie, miał za sobą piętnaście godzin służby. Na międzystanowej dziewięćdziesiątcetrójce było zbyt wielu niecierpliwych kierowców, co prowadziło do licznych kolizji. O tej porze roku miasto właśnie tak wyglą­dało. Drzewa były nagie, szybko zapadał zmierzch i zbliżało się Święto Dziękczynienia. Pogoda była paskudna. Po bez­troskim letnim sezonie grillowania na opustoszałych ulicach słyszało się jedynie chrzęst suchych liści na zimnych chod­nikach.

Wielu gliniarzy narzekało na krótkie szare dni lutego, ale Bobby Dodge nie lubił właśnie listopada. I ten dzień nie zmienił jego nastawienia.

Zaczął dyżur od drobnej stłuczki, a potem dwóch kolej­nych, spowodowanych przez kierowców jadących na północ. Po czterech godzinach papierkowej roboty sądził, że najgorsze już za nim. Potem, wczesnym popołudniem, kiedy ruch powinien być płynny nawet na wiecznie zakorkowanej dziewięćdziesiąt­cetrójce, doszło do karambolu pięciu samochodów, gdy rozpę­dzony taksówkarz próbował przeciąć cztery pasy ruchu naraz i grzmotnął w niego z całej siły jadący hummerem zestresowa­ny facet z agencji reklamowej. Hummer przyjął cios jak bokser wagi ciężkiej, a zardzewiała taksówka została znokautowana i przy okazji uderzyła w trzy inne samochody. Bobby musiał wezwać cztery lawety, sporządzić szkic sytuacyjny wypadku, a potem aresztować kierowcę hummera, bo okazało się, że ten wypił do lunchu trzy martini.

Przyłapanie go na jeździe po pijanemu oznaczało więcej papierkowej roboty, wyprawę na komisariat w południowej części Bostonu – w godzinach szczytu, kiedy nikt nie respek­tuje pierwszeństwa przejazdu, nawet radiowozu – i jeszcze jedno starcie z nadzianym gościem z agencji reklamowej, któ­ry odmówi wejścia do celi.

Facet był o dobre dwadzieścia pięć kilogramów cięższy niż Bobby. Jak wielu ludzi mających przed sobą przeciwnika o mniejszej posturze, pomylił wagę z siłą i zignorował ostrze­gawcze sygnały, które powinny wyprowadzić go z błędu. Chwycił prawą ręką framugę drzwi i obrócił się raptownie, chcąc zwalić z nóg swym potężnym cielskiem eskortującego go policjanta. Na co liczył? Że ucieknie z komisariatu, gdzie roiło się od uzbrojonych funkcjonariuszy? Bobby zrobił unik, wysta­wił nogę i patrzył, jak grubas pada z hukiem na podłogę. Kilku policjantów przystanęło, oklaskując darmowe widowisko.

– Zaskarżę cię, kurwa! – krzyknął pijany mężczyzna. – Ciebie, twojego przełożonego i cały pieprzony stan Massa­chusetts. Wykupię tę melinę, słyszysz? Dobiorę ci się, kurwa, do dupy!

Bobby podźwignął go z podłogi i wepchnął do celi. Ten rzucił kolejną wiązkę przekleństw, pewnie dlatego, że poli­cjant ściskał mu kciuk.

– Jeśli ma pan zamiar rzygać, proszę skorzystać z toale­ty – poinformował Bobby mężczyznę, który zdążył pozielenieć na twarzy.

Grubas odepchnął go, zgiął się wpół i zwymiotował na podłogę.

Bobby pokręcił głową.

– Nadziany dupek – mruknął, kiedy za zatrzymanym za­mknęły się drzwi.

Niektóre dni tak właśnie wyglądały, zwłaszcza w listo­padzie.

Było tuż po dziesiątej wieczorem. Grubas został wy­ciągnięty z aresztu przez swojego przepłacanego prawnika, celę umyto i dyżur Bobby’ego, który rozpoczął się o siódmej rano, dobiegł wreszcie końca. Powinien pojechać do domu. Zadzwonić do Susan. Przespać się trochę, zanim o piątej za­dzwoni budzik i cały radosny cykl zacznie się od nowa.

Był jednak dziwnie podenerwowany. Czuł zbyt silny przy­pływ adrenaliny jak na człowieka, który słynął z opanowania i powściągliwości.

Nie pojechał do domu. Przebrał się w dżinsy i flanelową koszulę i poszedł do miejscowego baru.

W Bostońskim Ogródku Piwnym siedziało wokół pro­stokątnego baru czternastu facetów; palili papierosy i sączy­li beczkowe piwo, gapiąc się bezmyślnie w plazmowy ekran telewizora. Bobby przywitał skinieniem głowy kilku znajo­mych, pomachał ręką do barmana, Carla, po czym zajął wol­ne miejsce trochę na uboczu. Carrie podała mu nachos, które zwykle zamawiał, a Carl przyniósł colę.

– Długi dzień, Bobby?

– Jak zwykle, jak zwykle.

– Susan się zjawi?

– Jest na próbie.

– No tak, ma koncert. Za dwa tygodnie, prawda? – Carl pokręcił głową. – Taka piękna i zdolna kobieta. Mówię ci, szczęściarz z ciebie.

– Uważaj, bo usłyszy cię Martha – ostrzegł go Bobby. – Widziałem, jak przetacza beczki. Aż strach pomyśleć, co po­trafiłaby zrobić z wałkiem.

– Mojej żonie też nic nie mogę zarzucić – zapewnił go Carl. – Głównie dlatego, że zależy mi na życiu.

Zostawił Bobby’ego z colą i nachos. W telewizji podawa­no właśnie wiadomości na temat tego, co działo się w Revere. Uzbrojony po zęby mężczyzna po oddaniu kilku strzałów do sąsiadów zabarykadował się w swoim domu. Bostońska poli­cja przysłała brygadę antyterrorystyczną i „sprawę traktowa­no bardzo poważnie”.

Tak, listopad to dziwny miesiąc. Ludzie chodzą rozdraż­nieni, ubywa im odporności przed nadchodzącą ponurą zimą. Nawet tacy faceci jak Bobby musieli uważać, by nie dać się wyprowadzić z równowagi.

Skończył nachos i dopił colę. Uregulował rachunek i kie­dy nabrał już przekonania, że powrót do domu jest naprawdę dobrym pomysłem, zabrzęczał nagle jego przypięty do paska biper. Gdy tylko Bobby spojrzał na ekranik, natychmiast rzu­cił się do drzwi.

To był tego rodzaju dzień. A teraz zaczynała się jedna z tych nocy.

Catherine Rose Gagnon również nie lubiła zbytnio listo­pada, choć jej problemy zaczęły się tak naprawdę w październi­ku. Dokładnie dwudziestego drugiego października 1980 roku. Kiedy wracała ze szkoły do domu, było ciepło i gorące promie­nie słońca muskały jej twarz. Niosła książki i miała na sobie swój ulubiony szkolny strój: brązowe podkolanówki, ciemno­brązową sztruksową spódniczkę i złocistą bluzkę z długimi rę­kawami.

Podjechał do niej od tyłu jakiś samochód. Początkowo go nie zauważyła, ale w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że niebieski chevrolet, mijając ją, zwalnia. Usłyszała głos męż­czyzny. „Hej, kochanie. Możesz mi pomóc? Zginął mi pies”.

Potem były stłumione krzyki protestu, ból i krew. Łzy spły­wające po policzkach. Zęby zagryzające dolną wargę.

Później ciemność i jej nieśmiały, głuchy krzyk: „Jest tam ktoś?!”.

A potem przez długi czas nie było nic.

Powiedziano jej, że trwało to dwadzieścia osiem dni. Catherine nie mogła tego wiedzieć. W ciemności nie istniał czas, była tylko samotność, która wlokła się bez końca. Był chłód i cisza, a czasami wracał on. Wtedy coś się chociaż dzia­ło. Ale ta bezdenna nicość doprowadzała ją do obłędu.

Znaleźli ją myśliwi. Osiemnastego listopada. Zobaczy­li drewnianą pokrywę, postukali w nią kolbami strzelb i byli zaskoczeni, gdy usłyszeli ze środka ciche krzyki. Ocalili ją triumfalnie, odkrywając niewielką wykopaną w ziemi jamę i wypuszczając Catherine na rześkie jesienne powietrze. Potem zobaczyła swoje zdjęcia w gazetach. Otwarte szeroko ciemno­niebieskie oczy, wychudła twarz, skulone ciało. Przypominała brązowego nietoperza wyciągniętego brutalnie na słońce.

Gazety nazwały ją Cudem Święta Dziękczynienia. Ro­dzice zabrali ją do domu. Sąsiedzi i krewni wchodzili gromad­nie przez frontowe drzwi z okrzykami: „Och, dzięki Bogu!”, „Wróciłaś akurat na Święto Dziękczynienia!” albo „Och, aż trudno uwierzyć w to, co się stało!…”.

Catherine siedziała i pozwalała mówić otaczającym ją lu­dziom. Podbierała jedzenie z przepełnionych tac i chowała je do kieszeni. Miała opuszczoną głowę i skulone ramiona. Była wciąż małym nietoperzem i z powodów, których nie potrafiła wyjaśnić, raziło ją światło.

Przyjechali kolejni policjanci. Opowiedziała im o męż­czyźnie, o samochodzie. Kiedy pokazali jej zdjęcia, wybrała jedno z nich. Później, po paru dniach czy tygodniach – co za różnica? – przyjechała na komisariat i wskazała uroczyście jednego z ustawionych w szeregu mężczyzn.

Richard Umbrio stanął przed sądem sześć miesięcy póź­niej. A po upływie trzech tygodni Catherine składała zezna­nia, ubrana w niebieską prostą sukienkę i lśniące baleriny, po raz ostatni znów wskazując sprawcę. Richard Umbrio dostał dożywocie.

A Catherine Rose wróciła z rodziną do domu.

Niewiele jadła. Lubiła chować jedzenie do kieszeni albo trzymać je po prostu w dłoni. Mało też spała. Leżała w ciem­nościach, a jej niewidzące oczy nietoperza szukały czegoś, cze­go nie potrafiła nazwać. Często nieruchomiała, żeby spraw­dzić, czy potrafi oddychać, nie wydając żadnego dźwięku.

Jej matka stawała czasem w drzwiach, krzyżując nerwowo na piersiach ręce z bladymi dłońmi. Catherine słyszała potem, jak ojciec krzyczy z przedpokoju: „Wracaj do łóżka, Louise! Zawoła cię, jak będziesz jej potrzebna”.

Ale Catherine nigdy nie wołała.

Mijały lata. Catherine dorastała, chodziła dumnie wypro­stowana, zapuściła długie włosy i odkryła w sobie urzekającą mroczną urodę, która zniewalała mężczyzn. Miała białą jak śnieg skórę, lśniące czarne włosy i ogromne granatowe oczy. Mężczyźni rozpaczliwie jej pożądali. Więc wykorzystywała ich wszystkich. To nie była jej wina. Ani żadnego z nich. Po prostu była pozbawiona wszelkich uczuć.

Matka zmarła w 1994 roku. Na raka. Catherine stała przy jej trumnie i próbowała płakać. Łzy nie chciały jednak płynąć, a suchy szloch brzmiał nieszczerze.

Wróciła do pustego domu i starała się już o tym nie my­śleć, choć czasami, ni stąd, ni zowąd, przypominała sobie matkę stojącą w drzwiach jej pokoju. Wracaj do łóżka, Louise. Zawoła cię, jak będziesz jej potrzebna.

Hej, kochanie… Zginął mi pies…

Listopad 1998 roku. Dziewczyna, którą nazwano kiedyś Cudem Święta Dziękczynienia, leżała skulona w białej porce­ lanowej wannie, a jej nagie wychudzone ciało drżało z zimna, gdy ściskała w dłoni żyletkę. Miało wydarzyć się coś złego. Widziała bezdenną otchłań. Zakopaną skrzynię, z której nie będzie już powrotu.

Wracaj do łóżka, Louise. Zawoła cię, jak będziesz jej potrzebna.

Hej, kochanie… Zginął mi pies…

Żyletka, tak cienka i lekka w jej dłoni. Muskająca ostrzem jej nadgarstek. Abstrakcyjne wyobrażenie ciepłej czerwonej krwi płynącej strużką po skórze.

Zadzwonił telefon. Catherine otrząsnęła się z letargu na tyle, by go odebrać. I ten telefon ocalił jej życie. Cud Święta Dziękczynienia zdarzył się ponownie.

Myślała o tym teraz. Kiedy telewizor ryczał na cały głos: „Uzbrojony mężczyzna zabarykadował się w swoim domu po oddaniu wielu strzałów do sąsiadów. Według bostońskich an­tyterrorystów, sytuacja jest bardzo dynamiczna i niebezpiecz­na”, syn szlochał w jej ramionach, wołając: „Mamusiu… ma­musiu… mamusiu”, a jej mąż wrzeszczał z parteru: „Wiem, co robisz, Cat! Masz mnie za głupka? To ci się nie uda! Za cholerę się nie wywiniesz! Nie tym razem!”.

Jimmy pędził po schodach do sypialni.

Telefon już raz ocalił Catherine życie. Modliła się teraz, by znów tak się stało.

– Halo? Halo? Dziewięćset jedenaście? Słyszycie mnie? Chodzi o mojego męża. Chyba ma broń.

Rozdział 2

Bobby należał od sześciu lat do Specjalnej Grupy Tak­tyczno‑Operacyjnej (STOP) policji stanu Massachusetts. Wzywany co najmniej trzy razy w miesiącu – zwykle w każde cholerne święto – sądził, że niewiele może go jeszcze zasko­czyć. Tej nocy okazało się, że jednak może.

Pędząc radiowozem ulicami Bostonu, skręcił z piskiem opon w prawo, w Park Street, w kierunku zwieńczonej zło­tą kopułą siedziby parlamentu, po czym zjechał w lewo, w Beacon Street, i przemknął obok parku Boston Common. W ostatniej chwili omal się nie zbłaźnił, bo chciał odbić z Ar­lington wprost na Marlborough Street, która była jednokie­runkowa. Wdepnął hamulec jak pirat drogowy, zacisnął ręce na kierownicy i wciskając klakson, przeciął trzy pasy ruchu, żeby pozostać na Beacon Street. Miał teraz problem ze znale­zieniem właściwej ulicy prowadzącej do Marlborough Street. W końcu skierował się po prostu tam, gdzie zobaczył białą łunę reflektorów i pulsujące czerwone światła karetki.

Dotarłszy do rogu Marlborough i Gloucester Street, do­strzegł wiele szczegółów naraz. Niebieskie barierki i radio­wozy bostońskiej policji otaczały już niewielki kwartał ulic w sercu dzielnicy Back Bay. Żółte taśmy policyjne były roz­ciągnięte wzdłuż kilku domów z piaskowca, a mundurowi zajmowali pozycje na rogach. Była już na miejscu karetka po­gotowia i kilka furgonetek lokalnych mediów.

Coś zaczynało się dziać.

Bobby zaparkował forda crown victoria obok niebieskiej barierki, wyskoczył z auta i pospieszył do bagażnika. Miał tam wszystko, czego może potrzebować do akcji dobrze wyszko­lony policyjny snajper. Karabin, celownik optyczny, amunicję, dwa polowe mundury – czarny i moro – maskujący kaptur, kamizelkę kuloodporną, ubranie na zmianę, przekąski, wodę, podręczną poduszkę, noktowizor, lornetkę, dalmierz, farbę do malowania twarzy, szwajcarski scyzoryk i latarkę. Miejscowi policjanci trzymali zapewne w bagażnikach również zapaso­we opony, ale stanowi czasami miesiącami nie oddalali się od samochodu.

Bobby wyjął plecak i natychmiast zaczął oceniać sytuację.

W odróżnieniu od innych oddziałów antyterrorystycz­nych, jego grupa taktyczna nigdy nie przyjeżdżała na miejsce jako zespół. Składała się z trzydziestu dwóch mężczyzn, roz­lokowanych po całym stanie Massachusetts, od krańca przy­lądka Cape Cod po zbocza Berkshire Mountains. Centrala mieściła się w Adams, w zachodniej części stanu Massachu­setts, i właśnie tam dowódca Bobby’ego odebrał telefon z Fra­mingham Communications i zarządził alarm.

W tym przypadku, gdy sprawca zabarykadował się w domu z zakładnikami, wezwano trzydziestu dwóch ludzi i wszyscy mieli przyjechać. Niektórzy potrzebowali na to trzech, czterech godzin. Inni, jak Bobby, zjawili się w niecały kwadrans. Tak czy inaczej, ich dowódca szczycił się tym, że w ciągu godziny może sprowadzić w dowolne miejsce na terenie stanu co najmniej pięciu swoich ludzi.

Rozglądając się, Bobby stwierdził, że jest jednym z tych pierwszych pięciu przybyłych. Co oznaczało, że musi się spie­szyć.

Większość oddziałów antyterrorystycznych składała się z trzech zespołów: grupy szturmowej, zabezpieczającej i snaj­perów. Głównym zadaniem grupy zabezpieczającej było kon­trolowanie obszaru działania. Snajperzy zajmowali pozycje poza tym obszarem i odpowiadali za rekonesans: obserwo­wali wszystko przez celowniki lub lornetki i meldowali, co dzieje się w budynku. Na koniec – jeśli policyjny negocjator nie zdołał przekonać sprawców, by się poddali – wkraczała do akcji grupa szturmowa. Zwykle kończyło się to krwawo i każ­dy chciał tego uniknąć, ale czasami nie było innego wyjścia.

Członkowie grupy Bobby’ego potrafili wykonać każde za­danie, ale żaden nie miał określonej specjalizacji. Ponieważ przyjeżdżali indywidualnie, byli wszechstronnie wyszkoleni, tak by mogli włączyć się do akcji natychmiast po przybyciu na miejsce. Choć więc Bobby był jednym z ośmiu snajperów w zespole, nie zajął jeszcze pozycji.

Pierwszym zadaniem było właściwe wytyczenie obszaru działania. Rozwiązywało to dziewięćdziesiąt procent proble­mów. Chodziło o to, by mieć nad wszystkim kontrolę. Po­trzebni byli co najmniej dwaj ludzie, ustawieni na przeciwległych narożnikach i obserwujący teren.

Bobby był jednym z nich. Rozglądał się za drugim. Za­uważył trzy radiowozy policji stanowej, zaparkowane po dru­giej stronie ulicy, jego koledzy byli więc w pobliżu. Potem spostrzegł białą furgonetkę, w której mieściło się stanowisko dowodzenia. Podbiegł w jej kierunku.

– Funkcjonariusz Bobby Dodge – zameldował się pięć sekund później, wsiadając do pojazdu. Odłożył swój ekwipu­nek i wyciągnął rękę.

– Porucznik Jachrimo. – Dowódca, mężczyzna o szczupłej twarzy, uścisnął mu dłoń, ale szybko ją puścił. Był z policji miejskiej, nie stanowej. Nie zdziwiło to Bobby’ego. To miejsce formalnie im podlegało, a poza tym oficer z policji stanowej pewnie miał przed sobą jeszcze ze dwie godziny drogi. Bobby wolałby wypełniać rozkazy własnego dowódcy, ale wyszkolo­no go, by okazywał posłuszeństwo także innym – oczywiście w rozsądnych granicach.

Jachrimo miał przed sobą białą tablicę i rysował diagram Gantta w jej lewym górnym rogu.

– Pańska funkcja? – spytał Bobby’ego.

– Snajper.

– Może pan zabezpieczać teren?

– Tak, panie poruczniku.

– Świetnie, świetnie. – Jachrimo oderwał się od białej ta­blicy na dość długo, by wystawić głowę z furgonetki i wrzasnąć do bostońskiego policjanta: – Hej, ty! Skontaktuj mnie z firmą telefoniczną! Rozumiesz? Połącz się z centralą i niech im przekażą, do cholery, że w tej furgonetce nic nie działa, więc jak mam stąd dowodzić? Jasne?!

Mundurowy pospiesznie się oddalił, a Jachrimo zwrócił się znów do Bobby’ego:

– W porządku, więc co pan wie?

– Mężczyzna, prawdopodobnie uzbrojony, zabarykado­wał się w swoim domu z żoną i dzieckiem. – Bobby powtó­rzył wiadomość, którą otrzymał na pager.

– Podejrzany nazywa się Jimmy Gagnon. Coś to panu mówi?

Bobby pokręcił głową.

– Nieważne. – Jachrimo skończył rysować diagram, a po­tem zaczął szkicować pod nim ogólny plan okolicy. – A więc sytuacja wygląda tak. Tuż po jedenastej trzydzieści na poli­cję zadzwoniła kobieta. Przedstawiła się jako Catherine Ga­gnon, żona Jimmy’ego. Powiedziała, że mąż jest pijany i grozi pistoletem jej i ich synowi. Dyspozytor z centrali próbował kontynuować rozmowę, ale pojawiły się jakieś zakłócenia i połączenie zostało przerwane. Jakąś minutę później jeden z sąsiadów zgłosił, że słyszał strzały. Dzwonił do centrali, ale nasi ludzie zostali wysłani do Revere, więc przekazałem mel­dunek Framingham Communications, a oni skontaktowali się z waszym dowódcą. Wasza jednostka ma iść na pierwszy ogień, może do końca akcji, a może do czasu, aż nasi załatwią sprawę w Revere. Jeszcze nie wiem. Na razie teren obstawili mundurowi. Zajęli stanowiska tutaj, tutaj i tutaj, a tu i tu za­parkowane są samochody blokujące sąsiednie ulice.

Jachrimo zaznaczył na szkicu serię krzyżyków i cały kwar­tał domów został odizolowany od reszty dzielnicy.

– Gagnonowie zajmują cztery górne piętra budynku pod numerem czterysta piętnaście – ciągnął. – Policjanci ewaku­owali już lokatorów z niższych pięter i sąsiednich domów. Nie nawiązaliśmy jeszcze kontaktu z nikim w mieszkaniu, co szczerze mówiąc, bardzo mnie martwi. Moim zdaniem już od dziesięciu minut powinniśmy mieć zabezpieczony teren, a negocjator powinien się zjawić osiem minut temu. Ale wi­dać tylko ja tak uważam…

– Ilu mamy ludzi?

– Są już na miejscu Fusilli, Adams i Maroni. Obserwują dom, zabezpieczają teren i może spróbują dostać się do środ­ka. Jeden z moich ludzi szuka planów budynku, a drugi… mam nadzieję… połączy mnie zaraz z tą pieprzoną firmą te­lefoniczną.

– Jakieś informacje od sąsiadów?

– Według lokatora z parteru, w ciągu ostatnich pięciu lat Gagnonowie solidnie przebudowali swoje mieszkanie. Pod­wyższyli kosztem strychu pomieszczenia na trzecim piętrze, gdzie mają ogromną sypialnię z balkonem. Na parterze jest niewielka kawalerka i hol, z którego dojeżdża się windą na pierwsze piętro do drzwi Gagnonów. Są tam także schody prowadzące na wszystkie piętra. Suterenę przerobiono na dwupokojowe mieszkanie. Ewakuowaliśmy parę, która tam mieszka. Nic nie byli w stanie nam powiedzieć. Nie mają poję­cia, gdzie są instalacje elektryczne czy wyjścia awaryjne. Zero informacji. To stary budynek, więc czeka nas pewnie trochę niespodzianek. Zdaje się, że Gagnonowie nie są zbyt towa­rzyscy i nawet jeśli urządzali przyjęcia, to nie zapraszali na nie sąsiadów. Wciąż się kłócą, wzywano nas już do nich z powodu małżeńskich awantur. Ale pierwszy raz któreś z nich sięgnęło po broń, więc to coś nowego. Ona czy on? Cholera wie. Szko­da tylko dzieciaka. No więc tak to wygląda.

Porucznik skończył akurat w chwili, gdy zjawił się ktoś z firmy telefonicznej. A także jeden z kolegów Bobby’ego.

– Doskonale – rzucił Jachrimo. – Pan – wycelował palec w nowo przybyłego policjanta – zabezpiecza teren. A pan – wskazał na Bobby’ego – niech zajmie stanowisko obserwa­cyjne. Chcę informacji na temat tego domu. Gdzie jest mąż, gdzie żona, gdzie dziecko. A przede wszystkim czy jeszcze żyją. Bo minęło już ponad pół godziny, a nic nie wiemy.

Opuściwszy stanowisko dowodzenia, Bobby ruszył szyb­kim krokiem. Przydzielono mu zadanie i miał do wyboru parę opcji. Szybko je przeanalizował.

Po pierwsze, odpowiedni ekwipunek. Wybrał polowy mundur moro w szarych odcieniach. W czarnym byłby zbyt widoczny. Dzięki kamuflażowi nie rzucał się w oczy, mógł wtopić się w otoczenie.

Na wierzch założył lekką kamizelkę kuloodporną. Reszta zespołu będzie miała kamizelki z kevlaru, z płytami borowymi, ale dla snajpera są za ciężkie. Bobby musiał być w stanie szybko się poruszać, ale także zajmować czasem przez wiele godzin niewygodną pozycję. Wystarczała mu lekka kamizelka i hełm.

Następna sprawa: karabin, celownik optyczny i amunicja. Zawiesił sobie na ramieniu sig sauera 3000, a potem wybrał lunetę celowniczą Leupold 3‑9X 50 mm. Była już nastawiona na sto metrów, standardową odległość dla policyjnych snaj­perów, w odróżnieniu od wojskowych, którzy nastawiali ją na pięćset metrów. No ale ci biegają w swoich siatkach maskują­cych i czołgają się po bagnach. Praca Bobby’ego rzadko była aż tak interesująca.

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zabrać noktowizora, ale ponieważ cały teren był oświetlony jak w Dzień Niepod­ległości, dał sobie spokój.

Pozostawała jeszcze amunicja. Wybrał dwa rodzaje na­bojów do remingtona kalibru .308: zwykłe i ze wzmocnio­nymi czubkami. Te pierwsze były standardowymi pociskami, te drugie nadawały się lepiej do przestrzeliwania szkła. Zwa­żywszy, że tej zimnej nocy wszystkie okna mieszkania były pozamykane, zamierzał włożyć do komory nabój drugiego typu. Jeśli można oddać tylko jeden strzał, trzeba ryzykować.

Następnie Bobby zredukował zawartość plecaka do trzech butelek wody, dwóch batonów energetycznych, podręcznej poduszki, lornetki i dalmierza. Zamknął bagażnik i skręcił od razu w ulicę.

Miał już sprzęt, teraz musiał zająć pozycję.

Back Bay była starą, bogatą dzielnicą Bostonu. Wysokie, wąskie budynki z piaskowca chełpiły się granitowymi łukami, wymyślnymi balkonami z kutego żelaza i dużymi wykuszowy­mi oknami. Rozłożyste drzewa, piękne latem, lecz teraz po­zbawione liści, rozpościerały nagie gałęzie nad stojącymi pod nimi bmw, saabami i mercedesami, a szare zwoje bezlistnego bluszczu pięły się w świetle policyjnych reflektorów po cegla­nych ścianach, oplatając zdobne futryny okien. Była to piękna dzielnica, dystyngowana, hermetyczna, nieco arogancka.

Choćby Bobby pracował całe lata, nie byłoby go stać, żeby parkować na tej ulicy samochód, a co dopiero tu zamieszkać.

To zabawne, że ludzie, którzy niby wszystko mają, potrafili tak spieprzyć sobie życie.

Uznał, że odległość nie stanowi problemu. Budynki stały obok siebie, a ulica miała tylko pięćdziesiąt metrów szerokości. Gorzej było z kątem strzału. Żeby uniknąć kłopotów, nie powi­nien przekraczać czterdziestu pięciu stopni. Kamienica, o którą chodziło, miała pięć kondygnacji i suterenę. Dowódca wspo­mniał jednak, że poddasze właściwie zlikwidowano, tworząc sklepiony sufit w ogromnej sypialni na trzecim piętrze.

To zgadzałoby się z tym, co Bobby teraz widział: właśnie tam, za balkonem z kunsztowną balustradą z kutego żelaza, paliły się światła.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, by mieć lepszy widok. Słupki żelaznej balustrady były oddalone od siebie o jakieś osiem centymetrów. Żaden problem, zważywszy, że trenował co miesiąc strzały z dokładnością do trzech centymetrów. Kąt strzału pozostawał jednak problematyczną sprawą. Strzelając na wprost, trafiłby w szczelinę o szerokości ośmiu centymetrów bez najmniejszego trudu. Ale gdyby miał oddać strzał w górę lub w dół pod kątem większym niż trzydzieści stopni…

Musiał zdecydowanie zająć stanowisko gdzieś wyżej.

Spojrzał na trzypiętrową kamienicę, stojącą dokładnie na wprost domu Gagnonów i chwilę później dobijał się do jej starych drewnianych drzwi. Chociaż porucznik Jachrimo powiedział mu, że policja ewakuowała już okolicznych miesz­kańców, Bobby wcale nie był zaskoczony, gdy otworzył mu starszy jasnooki mężczyzna w ciemnozielonym szlafroku. To zdumiewające, jak wielu ludzi nie chce opuścić swoich do­mów, nawet kiedy otaczają ich uzbrojeni po zęby antyterro­ryści.

– Hej! – odezwał się staruszek. – Pan z policji? Bo po­wiedziałem już jednemu z waszych, że nie wychodzę.

– Muszę dostać się na najwyższe piętro – oznajmił Bobby.

– Czy to karabin?

– Proszę pana, prowadzimy akcję policyjną. Muszę się do­stać na najwyższe piętro.

– W porządku. Tam jest sypialnia. Ooo! – Mężczyzna otworzył szeroko oczy. – Teraz rozumiem. Mój balkon jest naprzeciw domu Gagnonów. Jest pan pewnie policyjnym snajperem. Och, mogę w czymś pomóc?

– Proszę wpuścić mnie na górę. Natychmiast.

Staruszek był niezwykle usłużny. Prowadząc Bobby’ego pospiesznie po krętych schodach, poinformował go, że na­zywa się George Harlow i jest konsultantem. Niemal zawsze jest w podróży i tylko szczęśliwym trafem spędza ten wieczór w domu. Jego kamienica jest mniejsza i nie tak ładna jak inne, ale w całości należy do niego. Sąsiedzi spekulują, ile musi być warta. W zeszłym miesiącu dom w Back Bay sprzedano za prawie dziesięć milionów dolarów. Dziesięć milionów. Taaa… ojciec George’a, choć pijak, zostawił mu w sumie niezły spa­dek. Oczywiście podatki od nieruchomości rujnują go.

Czy mógłby dotknąć karabinu?

Bobby mu nie pozwolił.

Dotarli do sypialni. Była przestronna, prawie bez mebli i obrazów na ścianach. Ten człowiek musiał rzeczywiście rzad­ko bywać w domu, bo Bobby widywał nawet pokoje hotelowe, które wyglądały przytulniej. Frontowa ściana była jednak cała ze szkła i miała na środku rozsuwane drzwi. Doskonale.

– Proszę wyłączyć światło – powiedział.

Pan Harlow niemal zachichotał, wykonując jego polecenie.

– Ma pan jakiś stół, z którego mógłbym skorzystać? Naj­zwyklejszy. I krzesło.

Gospodarz miał stolik do kart. Bobby ustawił go, starszy pan przysunął metalowe składane krzesło. Bobby czuł, że ma przyspieszony oddech. Ciekawe, jaki był tego powód. Wspi­ naczka na trzecie piętro? Czy przypływ adrenaliny w oczeki­waniu na wieczór, który dopiero się zaczynał?

Był na miejscu od szesnastu minut, niezły czas, ale nie rewelacyjny. Przyjechali już zapewne następni koledzy. Teren został należycie zabezpieczony. Wkrótce zajmie stanowisko jeszcze jeden obserwator i będą mieli do dyspozycji dwie pary oczu. Potem zjawi się zespół negocjatorów i nawiąże w końcu kontakt z uzbrojonym mężczyzną.

Bobby położył sig sauera na stole. Rozsunął lekko szkla­ne drzwi, tylko tyle, by wystawić lufę, i usiadł na metalowym krześle. Włączył nadajnik zamontowany w kamizelce kulo­odpornej i zaczął mówić do wetkniętego w ucho mikrofonu­‑słuchawki, który reagował na drgania jego szczęki.

– Zgłasza się Snajper Jeden.

– Melduj, Snajper Jeden – odpowiedział porucznik Jachrimo.

Bobby przyłożył oko do optycznego celownika i zobaczył w końcu Gagnonów.

Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski

Fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Albatros