Strona główna Aktualności T.A. Cotterell Strażniczka kłamstwa fragment

T.A. Cotterell Strażniczka kłamstwa fragment

0
PODZIEL SIĘ
T.A. Cotterell Strażniczka kłamstwa fragment
T.A. Cotterell Strażniczka kłamstwa okładka

8 czerwca swoją premierę ma Strażniczka kłamstwa T.A. Cotterella. U nas można przeczytać fragment tego pasjonującego thrillera psychologicznego.

T.A. Cotterell Strażniczka kłamstwa fragment

Portret to pogoń za prawdą. Nie oszczędza nikogo.

Malowałam portret Julie Applegarth. Siedziała w fotelu o wysokim oparciu, pokrytym szkarłatnym gniecionym aksamitem, w salonie rezydencji Applegarth Park. Julie miała złote pasemka, przejrzyste zielone oczy bezpańskiego kota i urodę już nie dziewczyny, ale jeszcze nie kobiety pięknej i zadbanej. Sukienka była zbyt obcisła, włosy za długie i w nieładzie, a karmelowa opalenizna przywoływała na myśl Monako i Karaiby, choć sama Julie była raczej z Harlow niż z Hollywood.

Nie była to łatwa sesja. Miałam nadzieję, że przed herbatą skończymy, ale demon czas postępował zbyt szybko. Julie się starała, ale koncentracja nie była jej mocną stroną, nie przywykła też, żeby jej mówiono, co ma robić, a przynajmniej by mówił jej ktoś oprócz męża. Z pewnością nie inna kobieta, zwłaszcza że byłam tylko siłą najemną – bo czymże innym jest portrecista, jeśli nie dosłownie siłą najemną? Nie potrafiła usiedzieć bez ruchu dłużej, niż zajęłaby depilacja nóg, do chwili, gdy złapałaby za telefon i zadzwoniła do przyjaciółki albo do fryzjera, żeby umówić się na wizytę. Kręciła się i wierciła. Przybierała pozy aktorki tragiczki. Próbowała stwarzać wrażenie, że ma do przemyślenia ważne sprawy biznesowe, ale to była fikcja. Julia bawiła się w biznes, tak samo jak bawiła się w arystokratkę i właścicielkę posiadłości, nieustannie się wahając, niczym w jo-jo, pomiędzy zarozumiałą pewnością, że ma wszelkie prawa do tytułu, a lękiem, że zostanie zdemaskowana.

Pozowała tak w fotelu o wysokim oparciu od prawie pięciu dni z przerwami. A ja od prawie pięciu dni stałam przed sztalugą, patrząc na nią, myśląc o jej sprawach i próbując uchwycić jej istotę. Moje zadanie, patrząc z pewnego dystansu, było ciekawsze. Wymagało pełnej koncentracji. Nie lubię rozmawiać podczas pracy. Wszystko, co potrzebuję wiedzieć, wyciągam z modela podczas przerw i spotkań przed rozpoczęciem pracy. Zawsze są one bardziej użyteczne, kiedy pozuje kobieta. Mężczyźni z reguły przybierają pozy, udają kogoś, kim w rzeczywistości nie są, na przykład kogoś sympatyczniejszego, z większym gestem, większą kulturą, lepszymi koneksjami. No i muszą flirtować, to kwestia władzy. Wszystko to przenika do obrazu.

Kiedy zbliżałyśmy się do końca piątego dnia, z niezaplanowanym, lecz niezbędnym przedłużeniem na sobotę, Julie sprawiała wrażenie znudzonej. Przeszła już wszystkie stadia: początkowa ekscytacja, delektowanie się tym, że jest ośrodkiem uwagi, udawanie, że konieczność pozowania to kolejna niedogodność w jej zapracowanym życiu. Po czym wyczerpało się wrażenie nowości i obsesja na własnym punkcie i zaczęła się harówka pozowania, kiedy jedyne, co można robić, to myśleć. Mimo to czasem skupiała się na nowo, koncentrowała na uwadze, jaką się ją otacza, i pławiła w glorii tej, której urodę za niebagatelną sumę ma uchwycić czujne oko artystki – dla potomności i dla męża.

W odległym krańcu pokoju otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi. Były w osłabiającym ducha kolorze musztardy, który mógł wybrać wyłącznie bardzo drogi projektant wnętrz. Starałam się na nie nie patrzeć, choć nie do końca skutecznie. Wszedł sir Raymond Applegarth – „Mów mi Ray, złotko” – z miną mężczyzny, który ma w zasięgu ręki dwie damy i szafkę pełną napojów wyskokowych.

– Ach, tu jesteście obie. I jak idzie, Jules?

Jakimś cudem udało mu się powiedzieć to tak, jakby był zaskoczony, że znalazł nas tu, gdzie przebywałyśmy już niemal tydzień. Może spodziewał się, że pstryknę jej tylko zdjęcie i zniknę, albo że dokończę malowanie w plenerze niczym jakiś współczesny Monet? Ray miał lśniącą czaszkę obramowaną półpierścieniem siwych włosów, otaczającym jego głowę niczym wyszczerbiona aureola, i absorbujące światło oczy. Pomimo przekroczonej sześćdziesiątki ciało nadal miał twarde i nabite pod bojówkami w ochronnym kolorze i koszulką w kolorze pszenicy. Większość osób w wieku powyżej lat ośmiu, noszących bojówki, to dzieci prezenterów telewizyjnych albo samotni rewolwerowcy – a sir Raymond nie był synem telewizyjnego prezentera. Szeroki nos miał złamany, co – jak mi powiedział – było rezultatem uprawiania rugby w parku w południowym Ipswich, gdzie w każdą niedzielę rano, aż do skończenia czterdziestu paru lat, spotykał się z ludźmi, którzy nie wierzyli w zasady.

Julie skręciła pasmo włosów w sznur. Jej łydki, wyćwiczone za duże pieniądze na siłowni i basenie, zwężały się ekspresyjnie ku kostkom.

– Chyba już skończyłyśmy?…

Głos na użytek męża miała o oktawę wyższy niż na użytek przyjaciółek, z którymi plotkowała podczas przerw. Powiedziała mu to, co chciał usłyszeć, przechylając głowę i uśmiechając się kokieteryjnie. Raymond skinął energicznie głową i spojrzał na mnie. Zerknęłam na paletę. Ochra wymagała uzupełnienia. Portret był Julie, ale reputacja moja. Dla Julii tego świata sztuka niewiele różniła się od dekoracji, była wyrazem zamożności i pozycji, nabytego poziomu kultury. Popatrzyłam na tuby z farbą na wózku.

– Jeszcze do końca dnia, jeśli to naprawdę ma być skończone.

Julie spojrzała na Raya i przewróciła oczami. Zrobił zawiedzioną minę – chłopczyk, któremu zabrano zabawkę – i podszedł do mnie. Julie poruszyła się w fotelu, jakby przez moment kusiło ją, żeby do niego dołączyć. Od pierwszego ranka Ray regularnie sprawdzał moje postępy, tak jakby nie tylko płacił za portret, ale także miał prawo przyglądać się, jak powstaje. Zawsze stawał za blisko, roztaczając woń wody po goleniu i miętowej gumy, którą żuł, żeby nie palić.

Ray wpatrywał się w portret cyklopowym okiem. Zostało jeszcze troszkę do zrobienia, ale już wiedziałam, że będzie dobrze. Wreszcie Ray skinął głową, niczym handlarz, zadowolony, że dostał więcej, niż zapłacił, i powiedział:

– Świetnie. Szalenie podobna.

– Dziękuję. – Miałam nadzieję, że jest w tym coś więcej.

– To zdecydowanie jest Jules, ale… – urwał, szukając właściwego odcienia znaczeniowego w nieznanym języku – …zarazem jest w tym coś więcej, coś ekstra. – Przechylił głowę i popatrzył na Julie zmrużonymi oczami, jakby był portrecistą. – Tak jakby namalowała ją pani taką, jaka jest naprawdę. – Julie zmarszczyła brwi, nie do końca pewna, czy to komplement. – Nie zrozum mnie źle, dziecinko, wyglądasz cudownie. Alice wydobyła z ciebie dumę. Chcesz popatrzeć?

Pokręciła głową. Już na początku powiedziała, że nie chce oglądać portretu, dopóki nie będzie skończony. Uważała, że może to przynieść pecha. I ja też tak wolałam. Lubiłam dramatyzm chwili, gdy model czy modelka w końcu widzą swój portret, wszystkie te nadzieje i oczekiwania, i obawy, całą tę próżność, wszystko wtłoczone w sekundę pierwszego wrażenia.

– No chodź, dziecinko. Tylko jeden rzut oka – zachęcił ją Ray, ale Julie znowu pokręciła głową.

Spojrzał na mnie, tak jakbym mogła ją przekonać, ale wzruszyłam tylko bezradnie ramionami. Ray nadal wpatrywał się w portret. Nie zdawał się rozczarowany, choć oczywiste było, że nie może się doczekać, kiedy wreszcie popatrzą na niego razem, żeby wspólnie radować się jej młodością i urodą, i jego pieniędzmi, tą starożytną kombinacją, która to wszystko umożliwiła. Ray puścił czułe oczko do Julie. Za to, jak to zrobił ten stary zabijaka, przebaczyłabym mu wszystko. Julie odpowiedziała mu pieszczotliwą minką, marszcząc filuternie nos, ale się nie poruszyła.

Odstąpiłam o krok i przyjrzałam się portretowi na sztaludze.

Nieźle. Zajęło mi to wprawdzie o jeden dzień więcej, niż zamierzałam, ale efekt wart był tego dodatkowego czasu. Może byłam troszkę zbyt wyrozumiała, jeśli chodzi o wiek rąk i siłę jej ramion… Ach, co tam. Drobne gesty wspaniałomyślności nic nie kosztują, a dają tyle przyjemności. Nie mają wpływu na ostateczny rezultat. Udało mi się uchwycić w portrecie elastyczność charakteru Julie. Bądź co bądź, to właśnie dzięki niemu siedziała teraz w aksamitnym fotelu, patrząc posępnie przez okno na Applegarth Park, podczas gdy kobiety nie mniej piękne niż ona, a już z pewnością nie mniej inteligentne, z trudem wyskrobywały grosze z chudej sakiewki, żeby przynieść do domu jedzenie w pasiastej plastikowej torbie z Tesco. Wielki William Turner malował światło; ja malowałam fałszywie dziewczęcy głos i wiarę w redystrybucyjną moc zakupów.

Ale to była tylko powierzchnia. Namalowałam także fortel.

Był to portret kobiety silniejszej, niż na pozór wyglądała, również chytrzejszej, której kształt nadał mężczyzna potężny, mający wszystko to, czego pragnęła. Namalowałam przeciąganie liny pomiędzy bogatym mężczyzną o płaskiej, pomarszczonej twarzy mopsa a jego młodą uwodzicielską żoną. Namalowałam subtelną grę pomiędzy władzą a urodą, pieniędzmi a młodością, wiekiem a mobilnością. Namalowałam portret drugiego małżeństwa.

Kiedy wreszcie skończyłyśmy, Julie poszła po Raya. Wcześniej wycofał się do swojego gabinetu, pokoju o rozmiarach pasa startowego, gdzie przez dwa telefony wyszczekiwał komendy, a dzwoniący tłoczyli się niczym samoloty nad Heathrow.

Podeszłam do wysokiego, sięgającego od podłogi do sufitu okna i spojrzałam na park. Pod czystym niebem rozciągała się ku jezioru rozległa połać trawnika. Na lewo wyłonił się spomiędzy drzew mały nakrapiany jelonek; zatrzymał się, zawęszył i znowu zniknął w bezpiecznej ciemności. Niemal spodziewałam się widoku krowy, zanurzającej pysk w mokrej trawie, jak u Cuypa, albo Constable’owskiego chłopaka, który leżąc na brzuchu, pije wprost ze strumienia.

Wyjęłam z kieszeni kitla telefon. Był SMS od Nell z wiadomością, że Ed jeszcze nie wrócił, ale wszystko jest okej.

Czyli: zjadła płatki prosto z paczki, a Arthur podłączył się do telewizora i dlatego Nell nie ma żadnych zmartwień. Nie spytała, kiedy wrócę, ani nie powiedziała, co robi. Nie musiała.

Jak każda czternastolatka – esemesowała. Nie mogłam zadzwonić, bo pojawił się sir Ray, żeby sprawdzić stan swojej inwestycji, więc tylko napisałam, że ze względu na pracę wrócę późno i że nie mogę się doczekać, żeby ją zobaczyć.

Ściskam, całuję. Znali to. Sztuka nie zawsze oznacza pracę od dziewiątej rano do piątej po południu. Ed odpisał, że spotka się ze mną u Pete’a Spurlinga, ale nie zostanie długo, bo jest „totalnie wykończony”. O Boże! Kompletnie zapomniałam o tej imprezie. Peter Spurling był protegowanym Eda. Właśnie zdał ostatni egzamin z położnictwa w Królewskim College’u Położnictwa i Ginekologii i urządzał przyjęcie, żeby to uczcić. Odpisałam, że portret zajął mi więcej czasu, niż myślałam, i że nie zdążę na imprezę.

W podpisie dał trzy buziaki. Ciekawe, jak sir Ray podpisuje swoje SMS-y do Julie, przemknęło mi przez głowę. I ciekawe, czy zmieniło się to teraz, kiedy jest jego żoną, a nie kochanką…

Przekład:  Irena Kołodziej i Piotr Rachtan

Fragment publikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Amber

Nasze artykuły o Strażniczce kłamstwa TUTAJ, TUTAJ i recenzja TUTAJ