Strona główna Recenzje Jussi Adler-Olsen „Kartoteka 64”. Recenzja

Jussi Adler-Olsen „Kartoteka 64”. Recenzja

0
PODZIEL SIĘ

Jussi Adler-Olsen „Kartoteka 64”. RecenzjaDługo czekałam na czwartą część opowieści Jussiego Adlera-Olsena o Departamencie Q, oj długo. W międzyczasie z wydawania tego autora zrezygnowało wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, ale na szczęście postanowiła go przejąć Sonia Draga. Na szczęście, bo Jussi Adler-Olsen wyróżnia się bardzo na tle skandynawskich pisarzy.

Jeśli nie czytaliście poprzednich, to krótkie wprowadzenie: Departament Q w kopenhaskiej komendzie policji zajmuje się sprawami od lat nierozwiązanymi, takie archiwum X. Prowadzi go Carl Mørck wspomagany przez przedziwny tandem. Pierwszym jego elementem jest Assad, z pochodzenia Syryjczyk, początkowo zatrudniony na komendzie jako sprzątacz, który jednak ma nie tylko śledczy talent, ale i spore doświadczenie oraz szemrane kontakty sugerujące (niejasno), że może w Syrii też zajmował się robotą policyjną, i to niekoniecznie jawną. Zaś drugą częścią tandemu jest Rose, sekretarka Mørcka z rozdwojeniem osobowości (ale czy na pewno?), która czasem wciela się we własną siostrę Yrsę. Rose jest mniej więcej tak samo sekretarką, jak Assad sprzątaczem, o wiele bardziej niż porządkowanie papierów bawi ją rozwiazywanie kryminalnych zagadek.

Z tą trójką głównych bohaterów czytelnik Adlera Olsena odnosi bardzo dziwne wrażenie: że znalazł się w wygodnej, miłej kuchni, gdzie czeka kilka butelek pysznego czerwonego wina i gromadka przyjaciół, z którymi razem będzie rozwiązywać kryminalne zagadki.

Ale nie dajcie się zwieść tej pozornej przytulności. Adler Olsen pisze o sprawach trudnych, drastycznych. Osią „Kartoteki 64” są wydarzenia sprzed lat rozgrywające się na wyspie, gdzie w latach 60tych, za cichym przyzwoleniem duńskiego rządu funkcjonował ośrodek dla kobiet „upadłych”: w praktyce dla wszystkich tych, które nie chciały podporządkować się surowym wówczas normom społecznym. Zamykano tam, wbrew woli, bez żadnego wyroku sądowego, kobiety, które zachodziły w pozamałżeńskie ciąże, kobiety wielodzietne, kobiety pochodzące z patologicznych, ale czasem po prostu z bardzo ubogich rodzin. Wiele poddawano przymusowej aborcji i sterylizacji. Zabiegi prowadził lekarz, który po latach nadal kontynuuje tajną eugeniczną działalność, werbując innych bojowników o „czystość duńskiej rasy”. Jedna z jego ofiar, Nete, nie może się jednak pogodzić z cierpieniami, jakich kiedyś doznała.

U Adlera-Olsena przeszłość jest jak wściekły pies, który znienacka szarpie brzuch i wypruwa wnętrzności.

Przeszłość jest koszmarem, od którego nie można się uwolnić. I książka, która zaczyna się niewinnie, jak towarzyskie spotkanie z niewidzianymi od lat przyjaciółmi, zamienia się w koszmar. Ale koszmar tak wciągający i tak dobrze napisany, że nie można jej odłożyć. Przeczytałam „Kartotekę 64” za dwoma posiedzeniami i będę zdziwiona, jeśli Wam zabierze to dużo więcej czasu. Są takie książki, którym po prostu trzeba się poddać.