Miasto jest tylko jedno: Edynburg. Ale poza tym wszystko w powieści Helen Fields „Dobrzy ludzie muszą umrzeć” występuje w liczbie mnogiej.

Pierwsza ofiara: brzuch rozcięty skalpelem na festiwalu muzycznym.
Druga ofiara: zmiażdżona komodą we własnym mieszkaniu.
Trzecia ofiara: uduszona szalikiem.
Czwarta ofiara…
A może jest ich więcej…
Pierwszy morderca: wysoki, potężnie zbudowany osiłek.
Drugi morderca: drobna, poruszająca się z gracją kobieta.
A może jest ich więcej…
Wydaje się, że kryteria, według których mordercy wybierają ofiary są dwa: to musi być dobry człowiek i jego (jej) Zawod musi się wcześniej pojawić w jednym z pokrywających miasto graffiti. Ale policja nie jest tego pewna, podobnie jak niczego innego.
Wielu autorów poprzestałoby na tym: makabryczne zbrodnie, obsesyjni mordercy i zagadka.
Ale nie Fields, która dorzuca też osobiste perypetie swoich głównych bohaterów (wnikliwym czytelnikom znanym też z wydanej na początku tego roku przez Wydawnictwo Amber powieści „Perfekcjonista”) Luca Callanacha i jego przyjaciółki, też policjantki, Avy Turner. Luc nie może się zadomowić w Edynburgu, cierpi z powodu fałszywego oskarżenia o gwałt i odrzuca awanse nowej sąsiadki. Ava zaręcza się z niewłaściwym człowiekiem i zaniedbuje stare przyjaźnie. Do tego Luc, żeby rozwikłać tę zagadkę, nie cofa się przed naprawdę niekonwencjonalnymi metodami: za plecami swoich szefów pracuje razem z dziennikarzem i informatykiem podejrzanym o hackerstwo na wielką skalę. Ale czas nieuchronnie płynie, mieszkańcy Edynburga po zmierzchu barykadują się w domach, a wtedy uprowadzona zostaje piąta ofiara…
„Dobrzy ludzie muszą umrzeć” Helen Fields to wciągająca, inteligentna gra z czytelnikiem. Nawet nie próbujcie typować, kto będzie następną ofiarą, i tak wam się nie uda. Nawet nie próbujcie zgadnąć, kto jest mordercą, i tak nie dacie rady. Ale podczas lektury będziecie się świetnie bawić, to mogę zagwarantować.





