Strona główna Inne Helen Fields „Dobrzy ludzie muszą umrzeć”. Fragment

Helen Fields „Dobrzy ludzie muszą umrzeć”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

CZĘŚĆ I

1

To nie było najgorsze miejsce na śmierć. Ale niewiele jest bardziej przerażających sposobów umierania. Idylliczne tło letniego krajobrazu – miejski pejzaż z jednej strony, zarys starego wulkanu Arthur’s Seat w oddali. Muzykę czuło się, zanim jeszcze dotarła do uszu – dudnienie basów wprawiało w drganie całe ciało, wibrowało w kościach. Na początku lipca słońce w Edynburgu zachodzi późno, niebo rozświetlały jeszcze różowe, złociste i ciemnopomarańczowe pasma. I pewnie dlatego nikt nie zauważył, kiedy to się stało. Swoje zrobił też koktajl drinków, narkotyków i naturalnego haju. Festiwal rozkręcił się na dobre. Trzy dni zabawy, imprez, kochania się, jedzenia i picia przy dźwiękach muzyki kolejnych zespołów – ludzie zdążyli przyzwyczaić się do skąpych strojów i minimum higieny. Gdyby dało się zrobić zdjęcie ukazujące to uczucie ekstazy, sceneria byłaby idealna. Poczucie wspólnej radości przepełniało tłum, który podskakiwał w tym samym rytmie, jak gdyby ze stopionego w jedność ludzkiego mrowia narodziła się pełna entuzjazmu bestia o tysiącu roześmianych twarzy.

Helen Fields „Dobrzy ludzie muszą umrzeć”. Fragment

W sam środek tego rozradowanego tłumu wślizgnął się morderca, zwinny i bezszelestny jak dym.

Ciął swój cel ostrzem z taką łatwością, z jaką wstążka przecina powietrze. Czyste cięcie. Proste i głębokie. Kałuża krwi na ziemi świadczyła, że rana jest zbyt rozległa, żeby zatamować krwawienie rękoma. Zresztą i tak zabrakłoby czasu, żeby przenieść rannego do karetki. I tak byłoby po wszystkim, zanim ktoś w ogóle zauważyłby, że jest ranny.

Inspektor Luc Callanach stał w miejscu, w którym młody mężczyzna wydał ostatnie tchnienie. Jeszcze nie ustalono jego tożsamości. Po godzinie od śmierci ofiary policja nadal dysponowała nadzwyczaj skromną wiedzą. To zdumiewające, pomyślał Callanach, że w wielotysięcznym tłumie nie znaleziono choćby jednego przydatnego świadka.

Młody mężczyzna po prostu przestał rytmicznie podskakiwać i z grymasem na twarzy zaczął się chwiać na wszystkie strony wśród tych, którzy stali najbliżej, aż w końcu runął na ziemię, trzymając się kurczowo za brzuch. Niektórych to zirytowało, bo zakłóciło im przyjemność oglądania zabawy. Początkowo sądzono, że jest pijany, potem, że przesadził z narkotykami. Dopiero gdy bosonoga nastolatka poślizgnęła się w kałuży krwi, wszczęto alarm, ale przy tym natężeniu decybeli minęły wieki, zanim wiadomość się rozeszła. W końcu krzyki zagłuszyły muzykę, a kiedy biednego chłopca obrócono na plecy, jego rozlane wnętrzności rozpłynęły się jak kosmiczny stwór, błyszcząc w promieniach słońca wśród obfitej kałuży lśniącej krwi.

Policjanci byli w pobliżu.

Przy tak wielkiej imprezie podjęto wszelkie środki ostrożności – w każdym razie tak sądzono. Jednak przedarcie się najpierw funkcjonariuszy, a później ratowników medycznych przez tłum, oczyszczenie i zabezpieczenie terenu okazało się logistyczną katastrofą. Callanach wzniósł oczy do nieba i westchnął. Miejsce zbrodni było bardziej zadeptane niż podłoga w toaletach nocnych klubów w sylwestrową noc. DNA starczyłoby na zaludnienie nowej planety. Prawdziwa wolnoamerykanka dla kryminalnych.

Ciało było już w drodze do kostnicy, ale wcześniej obfotografowano je na miejscu zbrodni, choć nie miało to raczej większego sensu. Zwłoki wiele razy zmieniały pozycję – zawsze znajdą się chętni do „pomocy”, swoje zrobili też spanikowani gapie, policjanci i ratownicy medyczni – zanim ułożono je w końcu na udeptanej trawie i skopanej ziemi. Główna patolog, Ailsa Lambert, była nadzwyczaj milcząca i ograniczyła się do poleceń, by zajęto się ciałem z uwagą i szacunkiem oraz przeniesiono je czym prędzej do miejsca bez wścibskich kamer i zawodzenia histerycznej muzyki. Callanach miał zabezpieczyć teren zbrodni – to już nawet nie była ironia – a następnie udać się do laboratorium Ailsy.

Inspektor zdążył tylko rzucić okiem na twarz ofiary, ale jej wygląd mówił sam za siebie.

Mocno zaciśnięte oczy sprawiały wrażenie, jakby mężczyzna nie mógł przebudzić się z koszmaru, usta zastygły pomiędzy łapaniem powietrza a krzykiem. Czy wykrzyczał jakieś imię? – zastanawiał się Callanach. Czy znał napastnika? Nie miał przy sobie dowodu tożsamości, a w kieszeniach szortów jedynie drobne, nie nosił nawet zegarka. Tylko kluczyk zawieszony na sznurku na szyi. Chociaż śmierć przyszła szybko, to groza, że gaśnie się wśród tego skaczącego, rozbawionego tłumu, oraz poczucie, że nie ma żadnej deski ratunku, musiały się wydawać najokrutniejszym żartem. A pożegnaniem były tylko krzyki oraz panika i strach w oczach pochylających się osób. Jak musiał się czuć, rozmyślał Callanach, umierając samotnie na twardej ziemi w pełnym słońcu? Mogło mu towarzyszyć jedynie nieuśmierzone przerażenie.

Callanach obejrzał scenę przykrytą kopułą, wypchaną sprzętem dźwiękowym i oświetleniowym – modlił się w duchu, żeby choć jedna z zamontowanych tu kamer uchwyciła przypadkowo właściwy fragment. Umykającą w pośpiechu osobę, poruszającą się inaczej niż reszta tłumu. W zwykłe dni The Meadows, rozległe tereny parkowe i rekreacyjne na południe od centrum miasta, były pięknym i spokojnym miejscem. Spacerowały tu matki z dziećmi i właściciele psów ze swoimi pupilami, a na obrzeżach trenowali biegacze. Callanachowi przypomniała się melodia piosenki Summer is A-Coming In ze ścieżki dźwiękowej oryginalnej wersji filmu Kult, na który kilka miesięcy temu zaciągnęła go inspektor Ava Turner. Na długo zapamiętał hipnotyzujące aktorstwo Edwarda Woodwarda oraz sceny, w których mężczyźni i kobiety, o twarzach ukrytych za zwierzęcymi maskami, szykują się do złożenia ofiar z ludzi. Filmowe obrazy skojarzyły się teraz Callanachowi z areną, na której środku zginął ten młody człowiek.

– Panie inspektorze, mamy osoby, które stały za ofiarą.

Można z nimi porozmawiać – odezwał się posterunkowy. Callanach udał się za nim na skraj pola, pozostawiając na miejscu ekspertów kryminalistyki, którzy wznosili tymczasową konstrukcję, by zabezpieczyć na noc miejsce zbrodni. O drzewo opierała się para, skulona pod jednym kocem. Twarze mieli umazane łzami, a kobieta wyraźnie drżała, gdy mężczyzna ją pocieszał.

– To państwo Merel i Niek de Vries – przeczytał posterunkowy z notesu. – Małżeństwo z Holandii, spędzają tu wakacje. Są w Szkocji od dziesięciu dni.

Callanach skinął głową i podszedł bliżej, by nadać rozmowie bardziej osobisty charakter.

– Jestem inspektor Callanach ze szkockiej policji – powiedział. – Wiem, że przeżyliście szok. Bardzo mi przykro. Na pewno już kilka razy o tym mówiliście i jeszcze kilka razy będziecie o to pytani. Czy mogę prosić, żebyście mi wszystko opowiedzieli?

Mężczyzna zwrócił się do żony w ich ojczystym języku, czego Callanach nie zrozumiał, ale kobieta podniosła oczy i wzięła głęboki oddech.

– Moja żona nie mówi dobrze po angielsku – wyjaśnił Niek de Vries – ale widziała więcej niż ja. Mogę tłumaczyć. Zauważyła go dopiero, gdy ta dziewczyna zaczęła krzyczeć. Merel schyliła się i zaczęła nim potrząsać, i mówić, żeby wstał. Był na kolanach, zgięty wpół. Myśleliśmy, że jest pijany albo mu niedobrze. Kiedy Merel się podniosła, miała ręce we krwi. Ale pomyślała, że zwymiotował. Dopiero kiedy wszyscy się cofnęli i obróciliśmy go na plecy, zobaczyliśmy ranę. Wyglądało to tak, jakby został przecięty na pół. – Niek zasłonił dłonią oczy.

– Czy widział pan kogoś obok niego, zanim upadł, czy ktoś go dotknął, przeszedł w pobliżu? Czy ktoś uciekał pospiesznie z tego miejsca? A może potrafi pan opisać szczegółowo stojących najbliżej ludzi? – zapytał Callanach.

– Tam się ciągle ktoś kręcił – odpowiedział Niek – a poza tym patrzyliśmy na scenę, na zespół, no nie? Nie mamy tu przyjaciół, więc ludzie nas nie interesowali. Wszyscy podskakiwali, krzyczeli, chodzili raz do baru, raz do toalety. Staraliśmy się tylko trzymać razem. Dopiero kiedy ten mężczyzna upadł, zwróciłem na niego uwagę.

– Czy coś mówił? – spytał Callanach.

Niek skonsultował to z Merel.

– Uważa, że kiedy do niego zagadnęła, był nieprzytomny albo już nie żył. A poza tym był okropny hałas. Nic by nie usłyszała.

– Rozumiem – powiedział Callanach. – Policjanci zabiorą was na posterunek, żeby spisać zeznania, a potem odwiozą was do hotelu.

– Nie Brytyjczyk? – wydukała Merel, po raz pierwszy zwracając się bezpośrednio do Callanacha.

– Jestem Francuzem – odparł inspektor – a właściwie pół Francuzem, pół Szkotem. Przepraszam, jeśli trudno zrozumieć mój akcent.

– Le garçon était trop jeune pour mourir. – Chłopiec był za młody, żeby umrzeć, powiedziała po francusku i przeszła na ten język, ale Callanach nauczył się już tak szybko tłumaczyć w myślach, że wydawało mu się, jakby mówiła po angielsku.

Merel de Vries przypomniała sobie coś jeszcze. Przez muzykę przebił się kobiecy śmiech tak głośny, że słyszała go nawet wtedy, gdy schyliła się, żeby pomóc ofierze. Callanacha uderzył sposób, w jaki Merel go opisała. To nie był radosny śmiech. Według niej brzmiał złośliwie.

Przekład: Beata Horosiewicz