Strona główna Recenzje Sprawa dla policjantek recenzja „Miasta glin” Karin Slaughter

Sprawa dla policjantek recenzja „Miasta glin” Karin Slaughter

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszka Krawczyk

 

Jeżeli zastanawiają się Państwo nad mikołajkowym prezentem warto zwrócić uwagę na „Miasto glin” Slaughter. Zwłaszcza, gdy się szuka ciekawego kryminału usytuowanego w niebanalnych realiach społecznych i historycznych – choć nie jest to bardzo odległa historia, a jednak z pewnych powodów, od naszych czasów dzielą ją lata świetlne.

 

Akcja toczy się w Atlancie w 1974, a główną bohaterką jest młoda wdowa po bohaterze z Wietnamu, Kate Murphy. Kate pochodzi z zamożnej żydowskiej rodziny o holenderskich korzeniach (takie dziewczęta autorka kultowego „Stachu przed lataniem” Erica Jong nazywała „żydowskimi księżniczkami”) i absolutnie niezgodnie z oczekiwaniami swej rodziny decyduje się wstąpić do służby w policji. To nie jest tak, że rodzice i ukochana babcia zabraniają Kate podjęcia tej pracy – wręcz przeciwnie, są dumni, że dziewczyna chce „zrobić coś dla innych”, z drugiej strony nie bardzo widzą ją w tej roli: policjantki patrolującej niebezpieczne ulice. Mają rację – policja w Atlancie to nie jest miejsce dla kobiet, bo jest zdominowana przez białych mężczyzn w średnim wieku: rasistów, seksistów, homofobów i mizoginów. Właśnie zmienił się burmistrz miasta i komendant policji, co wymusiło wprowadzenie parytetów w służbie – zarówno rasowych, jak i płciowych. „Starym” pracownikom się to jednak nie podoba. Sytuacja Kate, jako młodej kobiety i w dodatku Żydówki (co zresztą stara się ukrywać) nie jest więc prosta.

 

 

Kolejną trudnością jest czas, w którym dziewczyna wstępuje na służbę – miejscową policję terroryzuje Strzelec, czyli zabójca, który z zimną krwią strzela do policjantów na patrolach. Bezwzględnie zabija z bliskiej odległości, co wygląda na egzekucję. Jest przy tym nieuchwytny, potrafi doskonale zacierać ślady i ma stalowe nerwy.

 

Kate Murphy trafia do grupy patrolowej, gdzie ma się uczyć od bardziej doświadczonej koleżanki, Maggie Lawson. Cała rodzina Lawson służy w policji, a jej brat tylko cudem uniknął śmierci z rąk Strzelca. Maggie bardzo zależy na schwytaniu sprawy, więc wciąga nowicjuszkę w wir prywatnego śledztwa, które zaprowadzi je do „dzielnicy kolorowych” i w miejsca jakich „księżniczka” nigdy nie wiedziała na oczy. Kate Murphy będzie musiała się zmierzyć nie tylko z groźnym śledztwem, ale z własnymi ograniczeniami, słabościami i lękami, a także wspomnieniami z tragicznej przeszłości swej matki i babci.

 

„Miasto glin” to znakomita powieść. Czytając ją, byłam zdumiona jak zmienił się świat w ciągu tych ponad czterdziestu lat. Dzisiaj takie zachowania, jakich doświadczały Kate czy Maggie od kolegów z pracy byłyby nie tylko niedopuszczalne, ale zwyczajnie karalne. Seksistowskie uwagi, otwarte molestowanie, poniżanie było wówczas chlebem powszednim kobiet, które chciały wykonywać zawody uważane za „męskie”. Próbowano im więc to wybić z głowy wszelkimi możliwymi sposobami. Podobny jak do kobiet był wówczas stosunek do osób o innym kolorze skóry, czy odmiennej orientacji seksualnej. Pogarda, obraźliwe gesty, słowa, czy otwarta wrogość, a nawet przemoc były nie tylko akceptowane, ale uznawane za dopuszczalny rodzaj wyrażania swego zdania, wręcz prowadzenia dyskursu społecznego. To nieprawdopodobne jak agresywna segregacja rasowa, płciowa, czy dotycząca orientacji seksualnej istniała jeszcze stosunkowo niedawno temu! Człowiek nie był dobry lub zły, wartościowy lub nie, ale określało go, czy jest „głupią lalą”, czy też „żałosnym pedziem”.

 

Śledztwo prowadzone w powieści także jest niezwykłe. Maggie i Kate prowadzą je z wielką determinacją, nie zważając na wszelkie przeszkody i koszty, również emocjonalne, jakie muszą ponosić. Obie bohaterki w trakcie tego dochodzenia zmieniają się. Nie jest to tylko proste dojrzewanie, czy twardnienie charakterów. Ma się wrażenie, że zarówno Maggie, jak i Kate stają się naprawdę ludźmi, zaczynają rozumieć mechanizmy rządzące światem, poznawać uniwersalne prawdy. Przestają wartościować, zdają się na emocje, które łączą ludzi: zaufanie, uczciwość, prawość. Ważna staje się prawda, trzeba odrzucić uprzedzenia, zrozumienie tego daje obu bohaterkom wolność stanowienia o sobie, co paradoksalnie uwalnia każdą z nich od własnej rodziny.

 

No i sprawa Strzelca. Niełatwa historia i bardzo mroczna. Jedna z policjantek będzie się musiała z nią zmierzyć w szczególny i zaskakujący sposób.

 

Serdecznie polecam lekturę „Miasta glin”. Nie nudziłam się ani minuty, a książka była dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym świetnie napisanym i trzymającym w napięciu kryminałem. Uświadomiła mi, jak daleko odeszliśmy od tamtych czasów. Na szczęście!

 

Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.