Strona główna Recenzje Sebastian Fitzek „Lot 7A”. Recenzja

Sebastian Fitzek „Lot 7A”. Recenzja

0
PODZIEL SIĘ

Sebastian Fitzek „Lot 7A”. RecenzjaMatts jest psychologiem, Niemcem, ale mieszka w Buenos Aires. Zwiał tam po śmierci żony, kiedy nie był w stanie dłużej wytrzymać życia, ani wspierać swojej córki. Ta z kolei mieszka w Berlinie. Jest w ciąży. Rozstała się z ojcem dziecka, a do tego ma wirusa HIV, wynik lekkomyślnie wykonanego tatuażu, więc bardzo jej zależy na dobrej opiece medycznej, żeby urodzić zdrowe dziecko. A po latach braku kontaktów z ojcem zależy jej też na tym, żeby ktoś bliski był przy niej podczas porodu i pierwszych dni życia dziecka. Prosi więc Mattsa, żeby przyjechał.

Matts się cieszy, to okazja nawiązania od nowa kontaktów.

Jest tylko jeden mały problem: Matts panicznie boi się latać. Ale że dla córki jest gotów zrobić wszystko, wsiada na pokład samolotu, zarezerwowawszy tam aż 4 miejsca, które statystycznie uznał za najbezpieczniejsze podczas różnych faz lotu.

I wszystko wydaje się iść gładko, ale Matts otrzymuje dziwny telefon. Ktoś porwał jego córkę, której właśnie odeszły wody płodowe. Uwięził ją w starej oborze, bez pomocy medycznej, w strasznych warunkach. Matts może ją uratować tylko w jeden sposób: doprowadzić do katastrofy samolotu. A może to zrobić, ponieważ szefowa stewardes jest jego dawną pacjentką. Matts wie, jak wywołać w niej reakcje, które przemienią ją w chodzących na dwóch nogach bombę. I tego właśnie oczekuje porywacz.

Niczego nie zdradzam, to wszystko macie już na pierwszych kilkunastu stronach powieści. A potem jest tylko lepiej.

Na niemieckim Amazonie „Lot 7A” zajął pierwszą pozycję, nawet przed najnowszym Danem Brownem, co jest nie lada osiągnieciem. Niemcy uwielbiają swojego czołowego mistrza thrillerów. Ale i my powinniśmy go pokochać. Z kilku przyczyn.

Po pierwsze: Fitzek nie bierze jeńców. Stawia bohaterów w sytuacji naprawdę bez wyjścia. I potem, krok po kroku, każe im się z niej wydobyć.

Po drugie: pisze tak wartkim językiem, że nawet nie zauważycie, kiedy zrobi się druga w nocy, a Wy nie odłożycie przecież książki, kiedy rozwiązanie jest tuż-tuż.

Po trzecie: jego bohaterami mógłby być każdy z nas.

Fitzek nie pisze o ludziach obdarzonymi jakimiś nadzwyczajnymi talentami, albo umiejętnościami. Wiele z jego czytelniczek było kiedyś w ciąży i doskonale może zrozumieć, co czuje porwana Nele, córka Mattsa. Wiele czytelniczek i czytelników boi się latać (w tym ja!) i naprawdę mogą zrozumieć panikę psychologa na pokładzie samolotu, zwłaszcza, kiedy Matts zdaje sobie sprawę, że jego najczarniejsze lęki właśnie stają się rzeczywistością.

Polecamy bardzo gorąco. Ale wiedzcie, że po lekturze „Lotu 7A” już nigdy nie wsiądziecie beztrosko na pokład samolotu.