Strona główna Wywiady Piszę o tym, co kocham – z Anną Klejzerowicz rozmawia Agnieszka Krawczyk

Piszę o tym, co kocham – z Anną Klejzerowicz rozmawia Agnieszka Krawczyk

0
PODZIEL SIĘ

Zbrodnicze Siostrzyczki: Aniu, kolejny raz spotykamy się przy okazji premiery kryminału z Emilem Żądło w roli głównej – jak teraz patrzysz na całą serię, która książka jest Ci najbliższa?

Anna Klejzerowicz: Nadal nie potrafię powiedzieć. Cała seria razem ze swoim bohaterem jest mi bliska, bo w niej pokazuję czytelnikowi to, co mi najbliższe. Czyli sztukę i historię na tle współczesnego Gdańska, zagadki z przeszłości, które mnie samą fascynują od lat, ubrane w kryminalną fabułę. „Sąd Ostateczny” to pierwsza książka z serii i dlatego mam do niej sentyment, to w niej narodził się Emil Żądło, a tryptyk Memlinga zawsze był obecny w moim życiu. W „Cieniu gejszy” przedstawiłam temat, nad którym długo pracowałam: wątek japońskich drzeworytów ukiyo-e, a one same w sobie są magiczne i tajemnicze. „Dom Naszej Pani” oraz „Zaginione miasto” to moje pasje i obsesje datujące się od czasów licealnych. Więc… nie wiem. One chyba grają jako całość.

 

Od Sądu Ostatecznego Memlinga do zaginionego miasta na końcu świata poprzez tajemniczy japoński drzeworyt, a jeszcze po drodze Atlantyda. Twoje kryminały są ambitne i oferują czytelnikowi coś więcej niż tylko rozrywkę. Uważasz, że warto w dzisiejszych czasach pisać kryminały o sztuce, historii czy archeologii?

Warto. Po pierwsze dlatego, że autor w swojej twórczości powinien być szczery wobec czytelników, pozostawać sobą. Czyli pisać o tym, co sam kocha, co go naprawdę żywo interesuje, na czym się zna. Po drugie, mimo dość trudnej tematyki, mam spore grono oddanych „ambitnych” czytelników, których podobne tematy nie zniechęcają, przeciwnie – czekają na każdą nową książkę. Wielu udało mi się zarazić pasją odkrywania tajemnic i własnych poszukiwań, co sobie najbardziej cenię i jestem z tego dumna. Piszą do mnie, dyskutują, a to coś pięknego, spełnione marzenie autorki. A ci, którzy historii porwać się nie dadzą, śledzą po prostu wątek kryminalny czy wątki obyczajowe, i to także mnie cieszy, bo to znaczy, że w ten czy inny sposób docieram do różnych grup. W każdym z tych wątków mam coś do przekazania, coś w moim przekonaniu istotnego.

 

 

Długo przygotowujesz się do napisania takiej książki jak „Zaginione miasto”, długo zbierasz materiały?

To zależy, jak na to spojrzeć. Bo z jednej strony… zbierałam je przez niemal całe moje życie. Tematem Fawcett`a i jego Miasta interesowałam się od bardzo dawna, zaczęło się to jeszcze w wieku szkolnym. Do tej pory mam pięć grubych zeszytów zapisanych notatkami, które przechowuję jak skarb, przydały mi się podczas pisania tej książki. Bezpośredni research zajął mi parę miesięcy: musiałam wrócić do dokumentów, książek, artykułów i notatek, jeszcze raz je przeanalizować, wybrać te treści, które najbardziej zainteresują czytelnika i na ich bazie stworzyć kryminalną intrygę.

 

Widać, że jesteś zakochana w historii swego miasta. Co takiego ma w sobie Gdańsk, czego nie ma gdzie indziej?

Duże znaczenie ma pewnie fakt, że to moje miasto. Myślę, że dla każdego miejsce, w którym się wychował i dorastał, jest szczególne. Ale prawda, że Gdańsk jest miastem wyjątkowym, właśnie poprzez swoją długą, skomplikowaną historię, wielokulturowość, niepokorność. No i z powodu swego położenia nad morzem. Gdańsk to odwieczne miasto portowe, a one – stare porty – mają swój odrębny, szczególny romantyzm, są otwarte na świat, a mieszkańcy bardziej tolerancyjni i mniej zamknięci w swoim narodowym kokonie. Czują w końcu na co dzień oddech morza, które jest oknem na dalekie, egzotyczne krainy wraz z ich odmienną kulturą i obyczajem.

 

Para głównych bohaterów Emil i Marta ma ważnego kociego pomocnika, czyli Bolero. Wiem, że ten kot miał swój pierwowzór. Opowiesz nam o tym?

 

Pierwowzorem Bolera jest mój ukochany, niezapomniany kocur Rudi – albo inaczej Rudzik – Miłość Mojego Życia. Już za Tęczowym Mostem, od trzech lat. Teraz żyje w książkach. To był kot wybitny, żywiołowo kochający, wierny, komunikatywny, mądry i na dodatek piękny, choć jego uroda była tylko wartością dodaną. Jako maleństwo był brzydkim kaczątkiem, które – porzucone przez matkę – wykarmiliśmy smoczkiem. Niestety miał chore serce – choć „wielkie” i czułe. Wyrósł imponująco, miał długą, falistą sierść, jak rasowy norweski leśny, ale chorował przez całe swoje życie, choć i tak był z nami prawie 12 lat, pełnych wzajemnej miłości. Naprawdę lubił muzykę, jak Bolero. I bronił mnie zaciekle, nawet na zapas, jeśli uznał coś lub kogoś za zagrożenie. A był większy od średniego psa. Powiem szczerze: moi przyjaciele i znajomi, którzy znali Rudzika, wciąż go wspominają. Był osobowością. 

 

Twoje kryminały to z jednej strony powieści sensacyjno-przygodowe, ale też psychologiczno-obyczajowe. Szczególnie dobrze ukazane jest środowisko dziennikarskie, znasz je z autopsji?

Trochę znam, bo sama przez lata uprawiałam publicystykę. Jeszcze na długo wcześniej, zanim zaczęłam pisać książki. W pewnym sensie jako autorka właśnie z tego środowiska wyrosłam. Jednak nie było to dziennikarstwo polityczne czy na przykład tabloidowe, pisałam głównie dla czasopism o charakterze kulturalnym, był też epizod z regionalną prasą młodzieżową: tam także prowadziłam kącik z zagadkami z przeszłości, choć również zajmowałam się tematyką obyczajową, społeczną. Czyli zainteresowań za bardzo nie zmieniłam, tylko formę przekazu.

Jak się pisze taką rozbudowaną serię? Czy masz dalsze pomysły na przygody Emila Żądło? Zdradzisz nam swoje plany?

 

Pomysłów mam wiele, ale jeszcze niesprecyzowanych. Na razie zagłębiłam się w całkiem innej tematyce, bardziej społecznej, mniej historycznej, chyba że wątek z zagadką kryminalną z lat siedemdziesiątych uznać za historyczny. Mówię tu o „Królowej śniegu”, która właśnie powstaje, premiera zaplanowana jest wstępnie na luty 2017. Ale do Emila Żądło na pewno jeszcze wrócę, bo czuję się z nim jak ryba w wodzie. No i z nikim innym nie mogłabym rozwiązywać zagadek z odległej przeszłości tak jak z nim! A tych zagadek jest przecież bez liku. Właśnie dlatego myślę, że serie pisze się dobrze, bardzo dobrze – wraca się do nich jak do domu.

 

A jeżeli już o planach mowa, czy jeszcze jakiegoś kryminału (niekoniecznie o Emilu) możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

 

Na pewno „Królowej śniegu”, wkrótce po Nowym Roku, i poproszę o kciuki, bo choć temat trudny, pisze mi się doskonale, a to może być złudne… Więc obym nie utknęła w jakimś martwym punkcie, bo w kryminale martwe mogą być tylko ofiary zbrodni 😉

 

Dziękujemy bardzo za rozmowę i oczywiście trzymamy kciuki!

 

 

Dziękuję i pozdrawiam Czytelników –

Anna Klejzerowicz

Zdjęcia pochodzą z archiwum Autorki i są publikowane za jej uprzejmą zgodą.