Strona główna Inne Mariusz Zielke „Dobre Miasto”. Fragment

Mariusz Zielke „Dobre Miasto”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Mariusz Zielke „Dobre Miasto”. FragmentMałgorzata, Warszawa, 2017

Naczelny powiedział, że nie da ani grosza, zresztą tak przypuszczałam. Owszem, mógł zapłacić za rozbieraną sesję jakiejś morderczyni, skradzione z serwera kompromitujące maile polityka czy ekskluzywną informację o tajemnicach z przeszłości gwiazdy estrady. Zabójstwo żony lokalnego biznesmena nie miało takiej wagi, no… chyba że by ją pocięli czy spalili publicznie i mógłby kupić taki film.

– Muszę mieć pewność, że to coś warte – uzasadnił. – Co to za Kryśka?

„A skąd mam wiedzieć”, miałam na końcu języka, ale tego nie powiedziałam.

– Ważny świadek.

– Spróbuj dowiedzieć się czegoś sama. Jak nie dasz rady, pogadamy. Jedź w końcu do tego Dobrego Miasta i na miejscu zbadaj, bo z Warszawy nic przecież nie wywąchasz.

Bip. Koniec połączenia. Jedź i wąchaj – to jego rada i metoda. Zawsze na miejscu, nie przez internet czy telefon. Nie ściągaj z YouTube’a, tylko sama zobacz, na własne oczy. Uczył się przecież od najlepszych, sam był kiedyś reportażystą. Mnie dawał prace Kąkolewskiego, Wańkowicza i Redlińskiego, a przed Kapuścińskim przestrzegał, żebym zanadto nie dążyła do literatury.

– Ale pamiętaj, Małgoś, nawet jeśli zamierzasz kłamać, to tylko po tym, jak coś sama obejrzysz, bo wtedy kłamstwo jest bardziej wiarygodne, może nawet pachnieć i smakować jak prawda.

Wysłał mnie zatem na osobisty koniec świata – w miejsce, do którego nie chciałabym trafić za żadne grzechy, do którego miałam już nigdy nie wracać – bo przecież jest oczywiste, że skoro ma reporterkę znającą okolicę, to wyśle taką, a nie jakiegoś stażystę. Zwłaszcza że wciąż znaczyłam – a co istotniejsze, kosztowałam – niewiele więcej. Osiem lat w kieracie, kilkaset nieistotnych tekstów, jeden ważniejszy, parę ukradzionych, trochę zmyślonych. Oto ja, reporterka z ambicjami, marzący o poważnych materiałach krawężnik z działu miejskiego niby poważnego pisma, które coraz bardziej stawało się tabloidem.

– Taka tendencja, Małgoś, nie zawrócisz kijem żmii – mówił Paweł, gdy narzekałam.

A kiedy zapowiadałam, że to rzucę, natychmiast symulował chorobę, żebym zrozumiała, jak wielką uczynię „nam” krzywdę, bo on przecież nie może nagle wziąć się do pracy w „takim” stanie. Poza tym coś tam wkłada do wspólnego garnka, wszak dostaje jeszcze kasę od starego, no i czasem w końcu sprzeda jakiś obrazek, choć może i prawda, że więcej wydaje na materiały. Cóż, nieregularny jest, ale tak to już bywa z artystami.

Pracowałam więc w tabloidzie, który udawał, że nim nie jest, w nielubianym przez siebie dziale krajowym, sekcji miejskiej, czasem sądowej i kryminalnej, które nie prowadziły już stałych rubryk, bo nie działo się za wiele ciekawych rzeczy, a teraz miałam dodatkowo zrobić reportaż o zbrodni w mieście, w którym się urodziłam i którego szczerze, z wzajemnością nienawidzę.

I z którym szczęśliwie nic mnie już nie wiązało.

– Pojedziesz? – zapytał Paweł, gdy mu powiedziałam, a ja pomyślałam przez chwilę, że nawet szczerze się zmartwił. Tylko przez chwilę, bo zaraz dodał: – Silna dziewczyna, wiem, że pojedziesz. Nie pozwolisz tak sobą pogrywać. Wszystkim im pokażesz i zrobisz reportaż roku. A może będzie to materiał na książkę. Chcesz przecież napisać książkę.

Chciałam. Gdy go poznawałam, on twierdził, że zostanie nowym Degasem czy Gierymskim, a ja zapewniałam, że przeskoczę Sylvię Plath i Prusa.

Skończyło się na opowiadaniach dla kobiet publikowanych w magazynach z życia wziętych, ze stawką po pięć dych za stronę, które Paweł ilustrował, zadowalając się „ile dacie” od obrazka.

Z tym że podczas gdy ja wyrosłam z marzeń, stanęłam twardo na nogach, przestałam akceptować ochłapy i wywalczyłam w miarę normalne warunki, on nadal malował za „co łaska” i w zasadzie był z tego zadowolony. Dopóki ja pracowałam na etacie, mogliśmy jakoś przeżyć.

– Tak, pojadę – odparłam, pomijając inne motywacje.

Pierwszej nocy po decyzji o delegowaniu mnie do Dobrego Miasta nie zmrużyłam oka…