Strona główna Inne Jussi Adler-Olsen „Pogrzebany”. Fragment

Jussi Adler-Olsen „Pogrzebany”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Jussi Adler-Olsen „Pogrzebany”. FragmentRené E. Eriksen nigdy nie był ostrożnym człowiekiem. Może właśnie z tego powodu, doświadczywszy w łańcuchu nieprzewidzianych zdarzeń zarówno sukcesów, jak i porażek, potrafił cieszyć się z ostatecznego rozrachunku własnego życia i to również przypisywał wrodzonemu szczęściu.

Mimo to René miał refleksyjną naturę, co w kontekście właściwych dzieciństwu ważnym pytań i konfrontacji skutkowało częstym trzymaniem się spódnicy mamy, a w dorosłym życiu sprawiało, że zanim rzucił się w wir czegoś nowego, zawsze zabezpieczał sobie w miarę akceptowalne wyjścia awaryjne.

Dlatego dobrze się zastanowił, gdy jego dobry przyjaciel i kolega ze szkoły Teis Snap, dyrektor Banku Karrebæk, pewnego popołudnia zadzwonił do jego gabinetu w ministerstwie z propozycją, którą w normalnych okolicznościach człowiek na wysokim urzędniczym stanowisku, taki jak René, uznałby za wyjątkowo niestosowną.

Działo się to tuż przed tym, jak kryzys bankowy na dobre ukazał swoją szpetną facjatę. W dniach, w których dla wszystkich utrzymujących się z pożyczania pieniędzy stało się jasne, do czego doprowadziły działania pazernych spekulantów giełdowych i nieodpowiedzialna polityka ekonomiczna.

To dlatego Teis Snap zadzwonił.

– Obawiam się, że w  ciągu najbliższych dwóch miesięcy nasz bank splajtuje, jeśli nie załatwimy dodatkowego kapitału  – powiedział wtedy.

– A co z moimi akcjami? – wyrwało się Renému, który z bijącym sercem i zmarszczonym czołem wspomniał wizję obiecanej mu luksusowej emerytury gdzieś na południu pod palmami, która w tej chwili rozsypała się w pył.

– No właśnie. Jeśli nie podejmiemy szybko drastycznych kroków, stracimy wszystko, co mamy. Tak się niestety mają sprawy.

Taka pauza, która potem nastąpiła, zapadała między przyjaciółmi. Ten rodzaj milczenia, który nie pozostawiał miejsca na protesty czy bezsensowne komentarze.

René opuścił głowę i wziął oddech tak głęboki, że aż go zabolało. Tak właśnie sprawy się mają i to jest ich punkt wyjścia. Oczywiście ścisnął mu się żołądek, a na czoło wystąpił zimny pot, ale jako dyrektor Biura Ewaluacji Wsparcia Rozwojowego przywykł do konieczności klarownego myślenia w stresujących sytuacjach.

Wypuścił powietrze.

– Dodatkowy kapitał, powiadasz? A można dokładniej?

– Dwieście do dwustu pięćdziesięciu milionów koron na cztery, pięć lat.

Pot znów wystąpił na szyi Renégo.

– Do licha, Teis! Przecież to pięćdziesiąt milionów rocznie!

– Tak, wiem, to naprawdę straszne. Przez minione cztery tygodnie zrobiliśmy wszystko, by naprędce wykombinować jakieś rozwiązanie awaryjne, ale nasi klienci nie są wystarczająco stabilni. Przez ostatnie dwa lata zbyt pochopnie udzielaliśmy kredytów bez wystarczającego poręczenia. Dziś to wiemy, kiedy sypie się rynek nieruchomości.

– Do jasnej cholery, człowieku! Musimy działać szybko! Nie możemy wycofać środków osobistych?

– René, obawiam się, że na to już za późno. Dziś rano kursy drastycznie spadły i chwilowo obrót akcjami został zawieszony.

– Aha – René sam słyszał, jaki chłód pojawił się w jego głosie. – I co twoim zdaniem mam z tym zrobić? Bo przecież nie dzwonisz tylko po to, by mi powiedzieć, że zmarnotrawiłeś całą moją fortunę, co? Znam cię, Teis. Ile sam zdołałeś uratować?

W głosie starego przyjaciela słychać było głęboką urazę.

– Nic, René – odrzekł dobitnie. – Zaręczam ci, że zupełnie nic. Zdążyli tu wkroczyć audytorzy. A nie wszystkie firmy audytowe oferują kreatywne rozwiązania w takich sytuacjach. Nie, dzwonię, bo wydaje mi się, że znalazłem rozwiązanie i że może być ono całkiem lukratywne również i dla ciebie, przyjacielu.

Właśnie tak zaczął się szwindel. Od tego czasu minęło wiele miesięcy i wszystko funkcjonowało doskonale aż do chwili, gdy przed minutą stanął przed nim najbardziej doświadczony pracownik biura, William Stark, wymachując kartką.

– Okej, panie Stark – powiedział René. – Mówi pan, że dostał jakiś bełkotliwy SMS od Louisa Fona i że potem na próżno usiłował się pan z nim skontaktować. Ale wie pan przecież równie dobrze jak ja, że Kamerun leży dość daleko i że zazwyczaj połączenia nie są najlepsze, więc może właśnie w tym tkwi problem?

Niestety Stark nie wydawał się przekonany i w tej chwili do Renégo dotarło, że do jego świata właśnie zakrada się chaos.

Kierownik biura Stark zacisnął swoje i tak już niewidoczne wargi w cienką kreseczkę.

– Tak, tylko że nic nie wiemy na pewno. – Spojrzał z namysłem na podłogę, a jego długa, ruda grzywka zupełnie zasłoniła mu oczy. – Wiem tylko, że dostałem tego SMS-a niedawno, zaraz po pańskim powrocie z Kamerunu, i od tej pory Louisa Fona nikt nie widział. Nikt.

– Hm. Nie sądzi pan, że może nadal znajdować się w  regionie Dja, a tam prawie nie ma zasięgu? – René pochylił się nad biurkiem. – Niech spojrzę na tego SMS-a, panie Stark.

René starał się zapanować nad drżeniem ręki, gdy Stark podawał mu kartkę.

Przeczytał wiadomość. „Cfqqugthondae(s+1)la(i+1)ddddddvdlogdmdntdja” – brzmiała jej treść.

Grzbietem dłoni René otarł z czoła zdradziecki pot. Na szczęście był to zupełny bełkot.

– Tak, rzeczywiście dziwnie to wygląda, panie Stark, tu się z panem zgodzę. Ale czy musimy doszukiwać się w tym czegoś szczególnego? Komórka leżała pewnie w kieszeni Louisa Fona i zaczęła żyć własnym życiem – powiedział, odkładając kartkę na biurko. – Poproszę, żeby ktoś się tym zajął, ale mogę panu powiedzieć, że Mbomo Ziem i ja kontaktowaliśmy się z Louisem Fonem w Somalomo w dniu naszego wyjazdu do Jaunde i wszystko było jak zawsze. Chyba się pakował na swoją kolejną wyprawę. Wydaje mi się, że z jakimiś Niemcami.

William Stark spojrzał na niego posępnym wzrokiem i pokręcił głową.

– Mówi pan, żeby się niczego w tym nie doszukiwać, ale proszę spojrzeć na kartkę jeszcze raz. Myśli pan, że to przypadek, że SMS kończy się słowem Dja? Naprawdę pan sądzi, że to się napisało przez przypadkowe naciśnięcie na klawiaturę w kieszeni? Nie wydaje mi się. Nie, uważam, że Louis Fon chciał mi coś przekazać i że mogło mu się przytrafić coś złego.

René zacisnął usta. Nauczył się, że na ministerialnych stanowiskach urzędniczych nie wolno lekceważyć nawet najbardziej szalonych hipotez.

Dlatego jego odpowiedź brzmiała:

– Faktycznie, dziwne to wszystko.

Sięgnął po swoją komórkę sony ericsson, leżącą na parapecie za jego plecami.

– Mówi pan, że jest tam napisane „Dja” – spojrzał na klawiaturę telefonu. – Tak, to naprawdę mogło się zdarzyć przez przypadek. Proszę spojrzeć! D, J i A to pierwsze litery na klawiszach. Proszę wcisnąć jednokrotnie klawisze trzy, pięć i dwa i wyjdzie panu „dja”, a to się przecież może zdarzyć przypadkowo w kieszeni, choć trudno w to uwierzyć. Więc tak, oczywiście jest to dziwne. Uważam po prostu, że powinniśmy poczekać parę dni i sprawdzić, czy Louis sam się nie odezwie. Ja tymczasem skontaktuję się z Mbomem.

Uważnie obserwował Williama Starka, dopóki ten nie wyszedł z gabinetu i nie zamknął za sobą drzwi, po czym znów otarł czoło. Czyli jednak Mbomo majstrował przy komórce Louisa Fona podczas ich podróży powrotnej land roverem do stolicy.

Boże, co za idiota!

Zacisnął ręce i  pokręcił głową. Jedna rzecz, że Mbomo był na tyle infantylny, by ukraść telefon martwemu Louisowi Fonowi, druga, że się do tego nie przyznał, gdy René pytał, co to za komórką się bawi. I dlaczego ten pieprzony dureń Mbomo nie pofatygował się, by sprawdzić, czy nie ma na niej niewysłanych SMS-ów? Skoro buchnął ją nieboszczykowi, dlaczego automatycznie nie wyjął baterii czy nie wyczyścił pamięci? Jakim w ogóle trzeba, kurwa, być tępakiem, żeby kraść telefon człowiekowi, którego się przed chwilą zabiło?

Pokręcił głową. Mbomo był głupkiem, ale w tym momencie to nie on stanowił problem, tylko William Stark. Czy nie o tym właśnie mówił Teisowi Snapowi?

Kurwa mać, no! Nikt nie miał takiego rozeznania w umowach i ramach budżetowych departamentu, nikt nie był równie skrupulatny w ewaluacji projektów ministerstwa jak William Stark, więc jeśli ktoś w ogóle miałby odkryć, że odkładają dla siebie środki pomocowe dla krajów rozwijających się, to właśnie on.

René wziął głęboki oddech, zastanawiając się nad swoim kolejnym ruchem. Nie miał zbyt wiele możliwości.

„Jeśli kiedykolwiek będziesz miał z tą sprawą jakieś problemy – powiedział Teis Snap – od razu dzwoń do nas”.

Właśnie to miał teraz zamiar zrobić.

 

Tłumaczyła Joanna Cymbrykiewicz