Strona główna Nasze patronaty Krwawe żniwa Sharon Bolton – recenzja

Krwawe żniwa Sharon Bolton – recenzja

0
PODZIEL SIĘ

 

Krwawe żniwa Sharon Bolton - recenzjaHeptonclough to maleńka wręcz idylliczna osada na wrzosowiskach. Właśnie tutaj, niedaleko dwóch kościołów i cmentarza zbudowała swój dom rodzina Fletcherów, przybyszów z głębi Anglii. Są obcy w tej społeczności, podobnie jak Harry Laycoc, nowy pastor, który ma na nowo otworzyć kościół po przeszło dziesięciu latach nieużywania go jako miejsca kultu.

Mieścina jest typową osadą rolniczą, ludzie tutaj doskonale się znają, wręcz obserwują wzajemnie zza firanek. Kultywuje się stare zwyczaje, czasem dosyć dziwne dla przybyszów. Wielebnego szczególnie poruszają wszystkie obrzędy dożynkowe – palenie wielkich kukieł, przemarsze z zaostrzonymi kosami, którymi rolnicy uderzają o bruki dla głośnego efektu dźwiękowego.

Mimo wszystko Heptonclough wydaje się być przyjazne i spokojne. Do czasu jednak. Pewnego dnia, tuż po święcie zmarłych, następuje niespodziewany wypadek. Po osunięciu ziemi na cmentarzu zostaje odsłonięty grób. A w nim, obok ciała pochowanej tam małej dziewczynki, jeszcze dwa inne. Także dziecięce. Dodatkowo syn Fletcherów zaczyna słyszeć dziwne głosy i widywać tajemniczą widmową postać na cmentarzu. Czy chłopiec ma początki choroby psychicznej, czy coś się dzieje w tym miejscu? W sprawę angażują się młoda doktor psychiatrii Evi Oliver i pastor Laycoc. Wyświetlenie prawdy będzie jednak trudniejsze niż się wydaje, a sama prawda – bardziej przerażająca niż można przypuszczać.

Jestem wielbicielką Sharon Bolton i nie ukrywam tego. Każda jej książka to dla mnie prawdziwa przyjemność czytelnicza, ponieważ jej powieści są coraz to inne. Zawsze potrafi mnie zaskoczyć i zaczarować. Rozpoczynając lekturę, wiem jedno – wszystkie hipotezy, jakie sobie stworzę śledząc przebieg akcji, przy końcu okażą się nietrafione. Za to również (a może najbardziej?) lubię autorkę.

Nie inaczej jest w przypadku „Krwawych żniw”. To finezyjnie i ciekawie zbudowane powieść. Jak zwykle u Bolton ważna jest atmosfera i pełen napięcia, niepokojący klimat. Wrzosowiska są nastrojowe i piękne, gdy wieje wiatr wyglądają jak wzburzone morze. Także dwa kościoły i cmentarz Heptonclough są przesiąknięte niesamowitością i pewną grozą. Do tego miejscowe zwyczaje i obrzędy, które niejeden raz kojarzyły mi się bardziej z powieścią gotycką niż thrillerem.

Wreszcie postaci. Każda z nich jest ciekawa, zwłaszcza pod względem psychologicznym, każda ma też jakąś (często fizyczną skazę). Evi cierpi z powodu niedowładu nogi. Śliczna Gillian jest złamaną przedwcześnie kobietą, na której pięknych rysach odbiło się nieszczęście. Nie inaczej jest w przypadku innych kobiet – są bardzo ładne, ale jednak coś je szpeci. I prawie każdy w tym mieście ma jakąś tajemnicę. Fletcherowie i pastor są tutaj obcymi. Zostali przyjęci z rezerwą lecz serdecznie. Czy zdołają jednak poznać sekrety miasteczka, zanim im samym zacznie coś zagrażać?

Heptonclough żyje wedle pór roku i ich zmienność buduje rytm egzystencji mieszkańców. To wspólnota, a wspólnoty rządzą się swoimi, często niepisanymi prawami. Można zaryzykować stwierdzenie, że wspólnie czują: kochają i nienawidzą. Psychologia tłumu to wielka siła. Przekonają się o tym nasi bohaterowie.

Jak zwykle przeczytałam powieść Sharon Bolton jednym tchem, prawie się nie odrywając. Jest idealnie wpasowana w okres roku, w jakim się znajdujemy – początek listopada, przejście jesieni w zimę. Może również dlatego lektura była tak przejmująca?

Serdecznie polecam.

Książka pod patronatem Zbrodniczych Siostrzyczek, przeczytana dzięki uprzejmości wydawnictwa Amber

O powieściach Sharon Bolton TUTAJ

Fragment „Krwawych żniw” TUTAJ