Strona główna Inne Krwawe żniwa Sharon Bolton – fragment

Krwawe żniwa Sharon Bolton – fragment

0
PODZIEL SIĘ

Krwawe żniwa Sharon Bolton - fragmentOna nas obserwuje. Już od jakiegoś czasu.

– Mów dalej, Tom.

            – Czasami wydaje się, że jest tam zawsze, za stertą kamieni, w cieniu wieży, za jednym z tych starych grobów. Umie się ukrywać.

– Na pewno.

            – Czasami podchodzi bardzo blisko, zanim się zorientujesz. Myślisz o czymś, a tu nagle słychać jeden z tych jej głosów. Zaskakuje cię. I naprawdę brzmi to tak, jakby to mówili twój brat albo mama, schowani gdzieś za rogiem.

            – A potem się okazuje, że tak nie było?

            – Tak. To nie oni. Tylko ona. Ta dziewczynka z głosami. Ale jak tylko odwrócisz głowę, jej już nie ma. Jak jesteś naprawdę szybki, możesz zobaczyć, jak ucieka. Ale najczęściej nie ma tam nic, wszystko jest tak, jak było, tylko że…

            – Tylko że co?

            – Tylko że teraz to jest tak, jakby świat miał jakąś tajemnicę. I ten ucisk w dole brzucha, ten, co mówi, że ona znowu tu jest. Że patrzy.

Prolog

3 listopada

 

A więc stało się; stało się to, czego patrząc z perspektywy czasu, bał się, bo wiedział, że się stanie. To była prawie ulga, w pewnym sensie, ta świadomość, że najgorsze już minęło, że nie musi dłużej udawać. Może teraz będzie mógł przestać zachowywać się tak, jakby uważał, że to jest zwyczajne miasteczko, że to normalni ludzie. Harry wziął głęboki oddech i przekonał się, że śmierć ma zapach ścieków, mokrej ziemi i grubego plastiku.

Czaszka, leżąca nie dalej niż dwa metry od niego, wyglądała na małą. Pewnie gdyby wziął ją w dłoń, mógłby ją w niej zamknąć. Chyba jeszcze gorsza niż czaszka była ręka. Leżała w błocie, kości ledwie połączone resztkami tkanki; jakby próbowała się wygrzebać z ziemi. Silne sztuczne światło zamigotało jak stroboskop i przez sekundę wydawało się, że ręka się rusza.

Nad jego głową w plastikową płachtę deszcz bębnił jak kanonada. Wysoko na wrzosowiskach wiatr zaczynał zamieniać się w wichurę, prowizoryczne osłony policyjnego namiotu nie były w stanie oprzeć się tej sile. Kiedy parkował samochód, nie więcej niż trzy minuty temu, była trzecia siedemnaście. Noc o żadnej porze nie jest ciemniejsza. Zorientował się, że zamknął oczy.

Dłoń detektywa nadinspektora Rushtona nadal spoczywała na jego ramieniu, chociaż obaj dotarli już do wewnętrznego kordonu. Dalej by ich nie przepuścili. W namiocie było z nimi jeszcze sześć innych osób, wszystkie w takich samych białych kombinezonach z kapturami i w kaloszach, które Harry i Rushton właśnie założyli.

Harry czuł, że się trzęsie. Z nadal zamkniętymi oczami słyszał równomierne natarczywe bębnienie deszczu w dach namiotu. Wciąż widział tę rękę. Czując, że się chwieje, otworzył oczy. O mało się nie przewrócił.

– Proszę się trochę cofnąć – rzucił Rushton. – Niech pan nie schodzi z maty, pastorze. – Harry wykonał polecenie. Miał wrażenie, jakby jego ciało nagle się powiększyło; pożyczone kalosze straszliwie cisnęły, ubranie kleiło się do skóry, kości w głowie wydawały się za cienkie. Szum wiatru i deszczu trwał dalej, jak ścieżka dźwiękowa kiepskiego filmu. Zbyt wiele światła, zbyt głośno jak na środek nocy.

Czaszka odturlała się od tułowia. Harry dostrzegł żebra klatki piersiowej, takiej małej, wciąż okrytej ubraniem, maleńkie guziczki połyskiwały w świetle reflektorów. – Gdzie są inne? – spytał.

Detektyw Rushton przechylił głowę, potem poprowadził go po szachownicy aluminiowych płyt rozłożonych na błocie jak schodki. Podążały za linią kościelnego muru.

– Patrz pod nogi, chłopcze – przestrzegł Rushton. – Ten cały teren to jedna wielka krwawa jatka. Tam, widzi pan?

Zatrzymali się w odległym krańcu wewnętrznego kordonu. Drugie zwłoki były całe, ale nie wyglądały na większe od pierwszych. Leżały twarzą do ziemi, w błocie. Na lewej nodze połyskiwał mały kalosz.

– Trzecie są pod murem – oznajmił Rushton. – Trudno je zobaczyć, bo do połowy są zasypane kamieniami.

– Kolejne dziecko? – spytał Harry. Luźno wiszące klapy namiotu łomotały na wietrze i żeby było go słychać, musiał prawie krzyczeć.

– Na to wygląda – przytaknął Rushton. Okulary miał całe w kroplach deszczu. Nie wycierał ich od chwili wejścia do namiotu. Może wolał nie widzieć wszystkiego wyraźnie. – Widać, w którym miejscu mur się osunął.

Harry skinął głową. Mniej więcej trzymetrowy odcinek kamiennego muru, który oddzielał działkę Fletcherów od cmentarza, zapadł się, a ziemia, którą zatrzymywał, jak mała zjeżdżalnia osunęła się do ogrodu. Razem z murem przewrócił się stary cis. W ostrym sztucznym świetle kojarzył się Harry’emu ze zwisającymi długimi kobiecymi włosami.

– Kiedy się rozpadł, groby z boku cmentarza zostały naruszone – tłumaczył Rushton. – Zwłaszcza jeden, grób dziecka. Dziewczynki, nazywała się Lucy Pickup. Nasz problem polega na tym, że z planów, które mamy, wynika, że to dziecko było w tym grobie samo. Był świeżo dla niej wykopany dziesięć lat temu.

– Wiem – przytaknął Harry. – Ale z drugiej strony… – Znów popatrzył na scenę przed sobą.

– Cóż, teraz rozumie pastor, o co nam chodzi – mówił Rushton. – Jeśli mała Lucy została pogrzebana sama, do kogo należą te dwa inne ciała?

– Mógłbym na chwilę zostać z nimi sam? – spytał Harry.

Rushton przymrużył oczy. Przeniósł wzrok od małych postaci na Harry’ego i z powrotem.

– To święta ziemia – mruknął Harry, prawie jakby mówił tylko do siebie.

Rushton odsunął się.

– Panie i panowie – zawołał. – Proszę o minutę ciszy, dla pastora. – Policjanci popatrzyli w górę. Jeden otworzył usta, chyba, żeby się sprzeciwić, ale zrezygnował na widok wyrazu twarzy Briana Rushtona. Mamrocząc podziękowania, Harry wysunął się na przód, bliżej zagrodzonej przestrzeni, aż czyjaś dłoń na jego ramieniu kazała mu się zatrzymać. Czaszka zwłok leżących najbliżej niego była bardzo uszkodzona. Wyglądało na to, że brakuje prawie jednej trzeciej. Pamiętał, że słyszał, jak mówiono, w jaki sposób zginęła Lucy Pickup. Wziął głęboki oddech, świadomy tego, że wszyscy dokoła stoją nieruchomo. Kilka osób mu się przyglądało, inni pochylili głowy. Podniósł prawą rękę i zaczął wykonywać znak krzyża. W górę, w dół, w lewo. Zatrzymał się. Bliżej miejsca wypadku, bardziej bezpośrednio pod lampami miał lepszy widok na trzecie zwłoki. Maleńkie ciałko było ubrane w coś z haftowanym wzorem przy szyi: mały jeżyk, królik i kaczka w kapeluszu. Postaci z opowiastek Beatrix Potter.

Zaczął mówić, ledwie wiedząc, co. Krótka modlitwa za dusze zmarłych, mogło to być cokolwiek. Chyba musiał skończyć, bo funkcjonariusze powracali do pracy. Rushton poklepał go po ramieniu i wyprowadził z namiotu. Harry nie opierał się, wiedział, że jest w szoku.

Trzy maleńkie ciała wypadły z grobu, w którym powinno się znajdować tylko jedno. Nieznane dzieci dzieliły miejsce ostatecznego spoczynku Lucy Pickup. Tyle że jedno z nich nie było nieznane, przynajmniej nie dla niego. To dziecko w piżamie z postaciami Beatrix Potter. Wiedział, kto to jest.

Tłumaczenie: M. Stefaniuk

Fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Amber