Strona główna Recenzje Biel nocy Ann Cleeves – recenzja

Biel nocy Ann Cleeves – recenzja

0
PODZIEL SIĘ

Biel nocy Ann Cleeves – recenzjaPo niezwykle obiecującej Czerni kruka (recenzja TUTAJ) z zaciekawieniem sięgnęłam po kolejny tom szetlandzkich opowieści kryminalnych z detektywem Jimmy’m Perezem w roli głównej, czyli Biel nocy.

Biała noc na Szetlandach

W powieści Cleeves urzeka mnie wiele: niezwykła atmosfera opisywanego środowiska – akcja dzieje się w dosyć hermetycznym świecie małych miasteczek na wyspach, nastrój rodem z mrocznych kryminałów skandynawskich i trzymająca w napięciu akcja. Pisarka potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika, nie zdradzając zbyt wiele, ale jednak podrzucając czytelnikowi konieczne tropy.

Tym razem przenosimy się do Biddista. Jest czas białych nocy, gdy słońce nigdy nie zachodzi. Ta aura, nieustanne przytłumione światło męczy i wywołuje różne, czasami irracjonalne, zachowania.

Przyjaciółka detektywa Pereza, malarka Fran Hunter zostaje zaproszona do wystawienia swoich prac. Miejscem ekspozycji jest „Herring House”, dawnej suszarnia ryb, zaadaptowana przez zamożną artystkę Bellę Sinclaire na salę wystawienniczą z kawiarnią. Wernisaż nieoczekiwanie kończy się klapą – mało kto przychodzi na wydarzenie, które i tak zostaje zakłócone przez wybryk przypadkowego widza. Anglik, którego nikt nie zna, doznaje ataku histerii. Gdy Perez próbuje go uspokoić, okazuje się, że mężczyzna ma zanik pamięci: nie wie, kim jest i co tutaj robi. Następnego dnia, jeden z miejscowych znajduje zwłoki Anglika w opuszczonym magazynie na łodzie. Sprawa jest tym dziwniejsza, że wisielec ma na twarzy wesołą maskę klowna.

Perez musi się zmierzyć w wymagającą zagadką – odkryć kim jest ofiara, co ją przywiodło na Szetlandy, no i najważniejsze – kto przyczynił się do śmierci mężczyzny. Motywy są nieznane, a detektyw długo błąka się w mroku. Co gorsza pytań jest coraz więcej, a morderstwo Anglika nie będzie ostatnim.

Milczenie wyspy

Cleeves ma niewiarygodny talent do budowania obrazów małych odosobnionych środowisk. Tym samym zamyka kwestię zbrodni niejako w konwencji „zamkniętego pokoju”. Biddista to miejscowość, którą zamieszkuje zaledwie kilka osób, a przyjezdni pojawiają się tu na moment podczas wycieczki po Szetlandach i znikają szybciej niż zdąży się pomyśleć.

W dodatku każdy ma tutaj swoje tajemnice. Mieszkańcy wiele wiedzą, ale milczą, gdyż uważają, że tak będzie lepiej. Nie jest to przy tym żadna „zmowa milczenia”, po prostu tradycja dyskrecji i przekonanie, że małe społeczności rządzą się swoimi prawami i bronią swej integralności.

Co zatem stało się w Biddista? Czy ktoś powie coś Perezowi, choćby między wierszami, czy też detektyw jest skazany na własne domysły i obserwacje? Tym razem w śledztwie pomaga mu policjant z Inverness Roy Taylor. Taylor jest rozdrażniony sposobem prowadzenia dochodzenia na Szetlandach – wszystko tutaj toczy się powoli, a Perez (jego zdaniem) zbyt wiele czasu spędza na czczych pogawędkach z mieszkańcami wyspy. Po pewnym czasie dochodzi jednak do wniosku, że ten tryb ma sens, a Jimmy jest niezwykle skuteczny. Taylora męczy nie tylko leniwy tok dochodzenia, ale i aura – białe noce wprawiają go w niepokój.

Co ciekawe, Perezowi w prowadzeniu śledztwa bardzo pomaga Fran. Chociaż nie pochodzi ona z Szetlandów, to dobrze zadomowiła się na wyspach i potrafi słuchać. A informacje, które uzyskuje na podwieczorkach i kiermaszach mogą być niezwykle ważne dla detektywa.

Biel nocy nie ustępuje ani na jotę Czerni kruka. Cenię tę serię za intrygująco przedstawione tło akcji, świetne obserwacje psychologiczne i przyciągający obraz Szetlandów. Wiem, że to niegościnne i surowe wyspy. Nie zmienia to faktu, że chciałabym je zobaczyć na własne oczy.

No i czekam na Czerwień kości, której premiera już 13 lutego!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czwarta Strona