Strona główna Recenzje Artur Kawka i Monika Wysocka „Nawrócony”. Recenzja

Artur Kawka i Monika Wysocka „Nawrócony”. Recenzja

1
PODZIEL SIĘ

Artur Kawka i Monika Wysocka "Nawrócony". Recenzja Ach te lata 90-te! Pamiętacie? Z jednej strony to był Dziki Zachód, człowiek bał się chodzić po ciemku ulicami (to wtedy, po tym jak w mojej małej uliczce ktoś mi wyrwał torebkę nauczyłam się nosić listonoszki). Z drugiej strony: czas nieograniczonych możliwości. Wtedy błyskawicznie powstawały fortuny (niektóre równie szybko upadały). Polityczny kocioł kipiał, afera goniła aferę, a my goniliśmy Zachód. Nigdy później nie było już w historii Polski tak ciekawego okresu (chociaż jeszcze wszystko przed nami, nie?).

Na najtisy panuje teraz moda. Moda dosłowna (ubrania) i moda na najtisową kulturę. Tamte piosenki, tamte gwiazdy, tamte filmy. Chłoniemy, przetwarzamy i podajemy dalej.

Moda ogarnęła też literaturę, zwłaszcza popularną. W najtisach tkwi dzieciństwo lub młodośc wielu obecnych wytrawnych czytelników, więc zawsze chętnie sięgamy po powieści dziejące się w tamtym okresie.

Po „Nawróconego” Artura Kawki i Moniki Wysockiej sięgnąć szczególnie warto. Bo to powieść, w której dzieje się tyle, że wystarczyłoby na trylogię.

Dawny „cyngiel” bezpieki szykuje skok na największe archiwum komunistycznej polski, ujawnienie którego pogrążyłoby wiele karier. Robi to, by zdobyć pieniądze na operację maleńkiej wnuczki, którą, dzięki koneksjom u samego Jana Pawła II zdołał umieścić w klinice Gemelli. Archiwum sprzedaje Amerykanom, w zamian za objęcie rodziny programem ochrony świadków. Jednocześnie, aranżując skomplikowany skok, mści się na lokalnym bandycie z Piaseczna, którego syn kilka lat wcześniej zabił żonę i drugą wnuczkę cyngla.

Skok się udaje, ale takich skoków nie puszcza się płazem. Śladem uciekającego cyngla idą policjanci (świeżo przemianowani z milicjantów), a także wszystkie chyba możliwe służby państwowe. Rozpoczyna się wyścig…

Więcej nie zdradzę, to byłoby z mojej strony okrutne. Bo Kawkę i Wysockiego nie czyta się, tylko pochłania. Pamiętacie powieści sensacyjne Alistaira MacLeana, tak popularne w latach 90-tych i wcześniej  w 80-tych (przed transformacją trzeba było mieć znajomą w księgarni, żeby je zdobyć, po zmianie ustroju w Warszawie kupowaliśmy je z polówek pod uniwersytetem)? Autorzy „Nawróconego” przyznają się do fascynacji tymi świetnymi czytadłami, a ja powiem tylko: to się czuje. „Nawrócony” to czytadło w najlepszym tego słowa rozumieniu. Świetna lektura na coraz przecież dłuższe jesienne wieczory.

  • Dorota Lińska-Złoch

    Ja tylko powiem, że to „Wysocka”, nie „Wysocki” 😉
    A recenzja do mnie przemawia 😀