W cyklu ?Nagroda Wielkiego Kalibru 2012? Zbrodnicze Siostrzyczki będą prezentować recenzje książek wydanych w ubiegłym roku i nominowanych do tegorocznej nagrody.
Zaczynamy ? rzecz jasna ? od zwycięskiej powieści ?Ziarno prawdy? Zygmunta Miłoszewskiego.
Recenzja Marty Guzowskiej
Kiedy rok temu czytałam ?Ziarno prawdy? Zygmunta Miłoszewskiego, przysięgłam sobie w duchu nigdy nie recenzować tej książki. Nie dlatego, że zła. Przeciwnie, jest tak dobra, że nie ma się do czego przyczepić. Długo udało mi się dotrzymać danego samej sobie słowa, ale Miłoszewski zdobył kilka dni temu we Wrocławiu drugą już Nagrodę Wielkiego Kalibru, więc recenzja ?Ziarna prawdy? obowiązkowo musi się na Siostrzyczkowej stronie pojawić. Zasiadłam więc do ponownej lektury z nadzieją, że jednak złapię coś, co uda mi się skrytykować. I mam! (Szukajcie, a znajdziecie) Moim zdaniem mało prawdopodobne jest, żeby była żona Szackiego, Weronika, po półrocznej zaledwie znajomości wprowadziła się do nowego faceta. Zwłaszcza, że w tym nowym związku ?jeszcze ani razu nie doświadczyła porządnego orgazmu? (s. 307). I że ma córkę.

Ale to, niestety, jedyny ?błąd? jaki znalazłam w ?Ziarnie prawdy?. W słowie ?niestety? zawarta jest, oczywiście, moja zazdrość jako pisarki. Miłoszewski napisał książkę znakomitą.
Już w swojej debiutanckiej powieści ?Domofon?, a później w ?Uwikłaniu? Miłoszewski pokazał, że potrafi rzecz w polskiej literaturze prawie niespotykana ? opowiadać historie. Tak po prostu. Nie rozliczać się z przeszłością, przyszłością i samym sobą, nie wprowadzać nas w meandry zabagnionej psychiki bohatera, nie komentować. Opowiadać. O tym jak wielka to sztuka, przekonać się może każdy, kto sam próbuje coś napisać. Opowiadać nie w taki sposób, aby czytelnik zachwycał się pisarskim kunsztem, tylko, żeby zapomniał, że jest, na przykład, Martą Guzowską i właśnie siedzi w pociągu. Żeby stał się Teodorem Szackim, prokuratorem, który właśnie spieprzył sobie życie i wylądował w Sandomierzu, miasteczku pięknym, ale raczej z daleka, niż z bliska.
Dobry film, dobra powieść, posiadają tę szczególną umiejętność przenoszenia czytelnika i widza w czasie i przestrzeni. Ja przez kilka godzin lektury ?Ziarna prawdy? naprawdę znalazłam się w Sandomierzu, patrzyłam przez ramię Szackiego, jak zmaga się ze śledztwem w sprawie zamordowania lokalnej działaczki, pięknej, młodej i kochanej przez wszystkich. Drżałam, kiedy pojawiały się kolejne trupy, przeraziła mnie potworna scena w sandomierskich lochach. Zafascynowała mnie legenda żydowskiej wendetty, dałam się zmylić pozorom, tak, jak dał się zmylić Szacki. Lektura ?Ziarna prawdy? to wielka przyjemność. Jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał tej książki, to, Kochani, na co czekacie?
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.





