Strona główna Inne O piszących babkach, łóżkach i pożytku z posiadania kota. Z Alex Marwood...

O piszących babkach, łóżkach i pożytku z posiadania kota. Z Alex Marwood rozmawia Marta Guzowska

0
PODZIEL SIĘ

Z Alex Marwood rozmawia Marta Guzowska

(wywiad jest skróconym zapisem spotkania z Alex Marwood prowadzonego przez Martę Guzowską, które odbyło się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, 27 maja, 2017 r.)

 Marta Guzowska: Nie jesteś Alex Marwood. Kim jesteś?

Alex Marwood: (śmiech) Nazywam się Serena Mackesy. Zmieniłam nazwisko na pseudonim, ponieważ byłam autorką romantycznych komedii: napisałam aż trzy powieści z tego gatunku i jeszcze thriller paranormalny. Problem polegał na tym, że w każdej książce zabijałam coraz więcej osób, a na okładkach wciąż królowały dziewczyny z modnymi torebkami. W brytyjskim świecie książkowym prawie niemożliwa jest zmiana gatunek bez zmiany pseudonimu. Większość pisarzy jakich znam pisze pod więcej niż jednym nazwiskiem. Zresztą niezbyt długo udało mi się utrzymywać w sekrecie moją nową pisarską tożsamość. Na pierwszym festiwalu kryminału, na którym się pojawiłam, otoczyli mnie koledzy po piórze z okrzykami „Serena, co ty tu robisz na miłość boską!”

Z Alex Marwood rozmawia Marta Guzowska

Oprócz zmiany nazwiska zdecydowałaś się też na zmianę oficjalnego życiorysu. Nazwijmy rzecz po imieniu: niezłe w nim nazmyślałaś. Na przykład: „wychowały mnie wilki za kołem podbiegunowym, gdzie nabyłam wyjątkowe umiejętności przetrwania”. Tak było naprawdę?

No coś ty! (śmiech). Mój ojciec był historykiem w na uniwersytecie w Oksfordzie, a matka panią domu. Chociaż ojciec pochodzi z północy Szkocji, więc nie tak daleko od koła podbiegunowego. Fajnie jest być nową osobą, można zostać kim się chce, wymyślić się na nowo.

Ale w Twoim „życiu przed Alex” potrzebne były spore umiejętności survivalowe. Pracowałaś jako czasowa pomoc biurowa, nauczycielka angielskiego, leksykograf, układacz krzyżówek, sprzedawca domokrążca, dziennikarka, pisarka podróżnicza… Nie jestem pewna, czy wymieniłam wszystko.

Byłam jeszcze barmanką, a także czytałam tarota na przyjęciach. To była zresztą bardzo fajna praca: dobrze płacili, 200 funtów za wieczór, a drinki były za darmo bez ograniczeń.

Czyli zawsze miałaś skłonność do zmyślania historii. Podobno masz to we krwi, bo obie Twoje babki były pisarkami.

To prawda. Matka mojej matki pisała bardzo popularne powieści pod nazwiskiem Margaret Kennedy. W latach 1920 stworzyła prawdziwy bestseller, powieść zatytułowaną „The Constant Nymph” o cyganerii i jej zetknięciu z mieszczaństwem, oraz o niemożliwej i zakończonej tragicznie miłości czternastoletniej dziewczyny do dużo starszego mężczyzny. Babcia zarobiła na tej książce bardzo dużo pieniędzy, które potem straciła w czasie wojny.

Natomiast moja druga babka, ze strony ojca, pisała harlekiny. Została do tego w pewnym sensie zmuszona, kiedy jej mąż, mój dziadek stracił pracę. Mieli dwoje dzieci w szkole z internatem, więc babcia miała do wyboru: przenieść dzieci do gorszej szkoły, albo znaleźć pracę, która za szkołę zapłaci. Była bardzo płodną pisarką przez prawie 20 lat i utrzymywała rodzinę. Smutne natomiast jest, że dziadek, chociaż to on zawiódł rodzinę, nigdy nie cenił pracy babci, a wręcz wstydził się jej. Ja ją bardzo podziwiam, była doskonalą pisarką i bardzo dzielną kobietą.

Czy myślałaś o swoich babciach, kiedy zaczynałaś pierwszą powieść? Coś w stylu: one dały radę, więc ja też dam?

Na pewno pomogło mi to, że w mojej rodzinie pisanie uchodziło za pracę odpowiednią dla odpowiedzialnej, dorosłej osoby, pracę, z której można się utrzymać. Podejrzewam, że większość pisarzy, kiedy po raz pierwszy oznajmia rodzinie, że będzie pisać powieści, słyszy „co za bzdura!”. Albo: „proszę bardzo, możesz to robić w wolnej chwili, to znaczy w ciągu tych pięciu minut dziennie, jakie masz dla siebie”.

A co z samym sposobem, w jaki piszesz? Czy też odziedziczyłaś go po babkach?

Zabawne, że o to pytasz, bo piszę dokładnie jak moja babka, Margaret Kennedy. Dowiedziałam się o tym dopiero niedawno na pogrzebie ciotki, kiedy ktoś z jej przyjaciół opowiadał o spotkaniu z babką. Podobnie jak ona jestem bardzo chaotyczna, łatwo się rozpraszam, więc muszę kompletnie odciąć się od świata, żeby w ogóle coś napisać. Piszę głównie w łóżku. Przez jakieś 4-5 miesięcy budzę się rano, wciągam do łóżka laptopa i gapię się w ekran, aż znowu przychodzi pora snu. I dlatego piszę książkę tylko raz na dwa lata, w przeciwnym przypadku…

Zamieszkałabyś w łóżku…

Chciałam powiedzieć, że całkiem bym zwariowała. A tak jestem tylko w połowie wariatką (śmiech). A ostatnio wyrzuciłam z mojej pracowni biurko i zainstalowałam tam drugie łóżko, więc teraz mogę „dojeżdżać do pracy”. Sama przecież wiesz: pisanie to zabójca kręgosłupa.

Oj tak. Ja też piszę w łóżku, ale czasem „dojeżdżam do pracy” na sofę w pokoju dziennym.

A ja czasem „dojeżdżam” dalej: na ławkę na balkonie.

A powiedz, jak robisz badania źródłowe? Przeczytałam na twojej stronie, że kiedyś w ramach badan nauczyłaś się hipnozy. Więc chyba podchodzisz do rzeczy bardzo sumiennie.

Ta hipnoza nie była do powieści, tylko do artykułu w gazecie. Prowadzać badania do książek głównie czytam inne książki. Jeśli natrafiam na coś wyjątkowo trudnego, staram się znaleźć eksperta i porozmawiać z nim lub nią. Ale głównie obkładam się książkami po sufit, a potem, kiedy piszę, staram się o tym wszystkim zapomnieć i nie popisywać się wiedzą. Mam ogromną kolekcję książek psychologicznych, to moje hobby.

A czy odwiedzasz miejsca, o których piszesz? Czy, na przykład, pisząc „Dziewczyny, które zabiły Chloe” odwiedziłaś jakieś konkretne nadmorskie miasteczko?

Moje miejsca w książkach są całkowicie fikcyjne, ale oczywiście bazują na prawdziwych. Miasteczko w „Dziewczynach” jest wypadkową iluś tam paskudnych nadmorskich angielskich miasteczek.

Na swojej stronie piszesz też, że dzielisz mieszkanie w południowym Londynie z birmańskim kotem i kilkoma tysiącami książek. Lubisz koty? Uważaj, co odpowiesz, bo my w Polsce je kochamy.

Uwielbiam koty. Zawsze miałam koty birmańskie, to najbardziej niezwykłe stworzenia na ziemi, są prawie jak psy, niezwykle inteligentne. Pochodzą z buddyjskiej społeczności na granicy Chin i Birmy, gdzie mnisi wierzą, że kot jest etapem przejściowym między zżyciem pod postacią człowieka a stanem nirwany. Więc jeśli byleś dobrym człowiekiem, możesz odrodzić się jako kot, a dopiero potem osiągnąć nirwanę. W tym klasztorze każdy mnich troszczy się o jednego kota, który głównie spędza czas siedząc mnichowi na ramionach. Więc te koty od setek lat są najbardziej przyjaznymi kotami, jakie istnieją. Łażą za człowiekiem przez cały dzień i przemawiają po kociemu. A jak siadasz, one siadają na tobie.

Kto się teraz troszczy o Twojego kota, kiedy Cię nie ma?

Sąsiad. Mój obecny kot to łobuziak. Kiedy miał ok. 9 miesięcy, zaczął znikać, więc kupiłam mu obróżkę z moim numerem telefonu. Gdy miał ją na sobie po raz pierwszy, po jakichś 30 sekundach od jego wyjścia z domu zadzwonił telefon i męski glos zapytał: czy masz małego szarego kota? Powiedziałam: tak, a na to ten facet: twój kot zakochał się w moim panu Pucci (jak się później okazało, też kocie). I tak od słowa do słowa zaprzyjaźniłam się z właścicielem pana Pucciego, który jest zresztą rozchwytywanym fryzjerem, więc dzięki romansowi mojego kota, mam teraz fryzury za darmo.

Mam wrażenie, że kochasz Londyn.

Uwielbiam Londyn. Rosłam, nudząc się potwornie, na wsi, i od zawsze marzyłam o mieszkaniu w Londynie. I nigdy się nim się rozczarowałam. To najbardziej niezwykłe miasto ze swoją mieszanką ludzi. I z możliwością jednocześnie zniknięcia i utrzymywania ścisłych więzi z ludźmi. Znam doskonale wszystkich moich sąsiadów. Jeden z nich dba teraz o mojego kota, a drugi właśnie w tej chwili maluje na niebiesko mój balkon. A jednocześnie mogę w tym mieście całkowicie zniknąć, iść ulicami i nikt cię nie zna. To cudowna kombinacja.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie z archiwum Alex Marwood, publikowane dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa Albatros