Strona główna Recenzje W przeszłość – recenzja „Wyspy powrotów” Petera Maya

W przeszłość – recenzja „Wyspy powrotów” Petera Maya

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Na niewielkiej wyspie Entry położonej w Zatoce Świętego Wawrzyńca zostaje popełnione morderstwo. Ginie lokalny biznesmen, James Cowell. Jego żona Kristy zeznaje policji, że zostali zaatakowani przez nieznajomego mężczyznę w kominiarce, który napadł na dom. Oficerowie nie dają wiary tym wyjaśnieniom. Entry jest miejscem odciętym od świata, nie pojawia się tu nikt obcy. Podejrzenia kierują się więc w stronę Kristy, zwłaszcza że szybko okazuje się, iż mąż ją zdradzał, a nawet chciał się wyprowadzić do kochanki.

Śledztwo prowadzi wydział zabójstw policji w Montrealu. Na wyspę skierowany zostaje detektyw Sime Mackenzie, przede wszystkim dlatego, że mówi po francusku i po angielsku, a mieszkańcy Entry są anglojęzyczni. Poza tym Mackenzie wychował się na podobnej, tyle że szkockiej wyspie, zna mentalność wyspiarzy – ludzi surowych, prawych i nieustępliwych zarówno w miłości, jak i w zemście. Poznawszy Kristy, Sime wątpi w jej winę; kobieta wydaje mu się przy tym znajoma, lecz nie może sobie przypomnieć, gdzie mieliby się wcześniej spotkać. Sytuacja komplikuje się, gdy na wyspie dochodzi do kolejnych niepokojących zdarzeń.

 

„Na tej wyspie nie ma stróżów prawa ani niczego takiego. Ludzie sami wymierzają sprawiedliwość. Jesteśmy wolni” (s. 59). To zdanie wypowiedziane przez jednego z mieszkańców Entry, doskonale oddaje sens i klimat tej książki. Wyspa jest z jednej strony zamkniętą klaustrofobiczną przestrzenią, z której nie można uciec, ale z drugiej – dla niektórych całym światem. Kristy Cowell nie chce opuścić Entry, jest to jeden z jej warunków, gdy godzi się na ślub z Jamesem. Podobnie jej sąsiad, młody upośledzony chłopak Norman Morrison, który przebywanie na jałowej i niegościnnej wysepce ubarwia sobie, tworząc na suficie pokoju niewiarygodnie realistyczne miasteczko z plasteliny. Na Entry mieszka zaledwie kilka osób, a właściwie wszystkich można nazwać dziwakami. Zadaniem detektywa jest odkrycie, czy pomiędzy nimi ukrył się morderca. A może jednak przybył tu z lądu? Nie jest to przecież wykluczone, podobnie jak inne, jeszcze bardziej zastanawiające rozwiązania.

Detektyw Sime to człowiek o złożonej osobowości. Lubi swoją pracę, jest dobrym policjantem. W życiu nie bardzo mu wyszło i właśnie rozstał się z żoną Marie-Ange. Co gorsza, jego żona jest razem z nim na Entry, ponieważ pracuje w grupie prowadzącej śledztwo. Mackenzie ma problemy ze snem, podczas długich nocy, kiedy nie może zmrużyć oka, przypominają mu się pamiętniki odległego przodka, pochodzącego z wyspy Lewis w Szkocji. Te dzienniki kiedyś czytała mu babka, a opowiadały o niezwykłej miłości syna włościanina do córki bogatego dziedzica. Na skutek bezsenności Sime śni na jawie i gubi ostrą granicę pomiędzy rzeczywistością a wyobraźnią, dodatkowo rozdrażnia go surowy krajobraz wyspy, korespondujący z ponurym nastrojem policjanta.

Nie ukrywam, że Peter May jest jednym z moich ulubionych autorów. Zachwycił mnie poprzedni cykl, którego akcja umiejscowiona była na wyspie Lewis i trochę bałam się, jak będzie teraz. „Wyspa powrotów” absolutnie zaspokoiła moje czytelnicze apetyty. To May w najlepszym wydaniu. Inteligentna historia kryminalna, niejednoznaczność postaci – tak głównej podejrzanej, jak i prowadzącego śledztwo detektywa. Oboje są „dziwni” i określenie to często pada z ust innych bohaterów. Zmaganiom Sime’a ze śledztwem, samym sobą i swymi wspomnieniami przygląda się milcząca wyspa. Entry jest tutaj równoprawnym bohaterem – Sime obserwuje zmiany barw nieba i morza, analizując swoje uczucia i postępy w śledztwie. Nocami przetaczają się tu straszne burze, brzeg jest niegościnny. Ludzie milczą, są zamknięci w sobie, niechętni. Dotarcie do prawdy wydaje się niemożliwe, wszystko się gmatwa.

„Wyspa powrotów” to historia wracania nie tylko do dobrze znanych miejsc, by poznać je od nowa, ale również podróży w głąb siebie i własnej przeszłości. Atmosferą i pomysłem na przypadłość głównego bohatera, przypominała mi „Bezsenności” Nolana, gdzie surowy krajobraz Alaski odgrywał podobnie groźną i podsumowującą działania bohatera rolę jak u Maya.

Powieść Maya to coś więcej niż opowieść o zbrodni. To wysmakowana i subtelnie kreowana historia o wielu aspektach ludzkiego życia, pięknego i surowego jednocześnie. Na drodze tego życia czają się różne pułapki i czasami jest to morderstwo, którego zagadkę trzeba rozwiązać.

Serdecznie polecam.

 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Albatros

Cytat z „Wyspy powrotów” P. Maya, w tłum. Jana Kabata, Warszawa 2016, s.59.