Strona główna Recenzje Czterdzieści osiem godzin – recenzja „Obrony” Steve’a Cavanagh

Czterdzieści osiem godzin – recenzja „Obrony” Steve’a Cavanagh

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Eddie Flynn jest byłym adwokatem, byłym oszustem i złodziejem, byłym alkoholikiem, wreszcie – byłym mężem. Tylko ojcem jest wciąż aktualnym. Kocha swoją dziesięcioletnią córeczkę Amy ponad życie i właśnie to postanawiają wykorzystać bezwzględni gangsterzy z rosyjskiej mafii. Porywając córkę Flynna, stawiają go w obliczu misji nie do wykonania – musi wystąpić przed sądem i walczyć, aby podejrzany o zbrodnię mafioso Wołczek nie został natychmiast aresztowany, czyli nie cofnięto mu zwolnienia za kaucją. To zadnie miał wykonać niegdysiejszy wspólnik Flynna, ale nie sprostał mu. Eddie ma tylko 48 godzin, by zapoznać się z aktami i wymyślić jakąś skuteczną linię obrony, która da więcej czasu jego córce. I jemu samem też, ponieważ mafiosi założyli mu pod marynarkę kamizelkę ze zdalnie sterowaną bombą. Flynn zamyka oczy i schodzi „w głąb króliczej nory” – jak sam mówi. Dla dobra dziecka podejmie to mordercze (w dosłownym znaczeniu) wyzwanie, licząc na to, że inteligencja, spryt, doskonała znajomość prawa oraz złodziejskie umiejętności mu się przydadzą.

 

 

Książkę Cavanagh czytałam z wielką przyjemnością i nieledwie wypiekami na twarzy. Zarwałam dwie noce, żeby się dowiedzieć, jak skończy się ta rozgrywka i przysięgam – nie zajrzałam na koniec (ze wstydem przyznaję, że czasem mi się to zdarza), żeby przekonać się, jak to się skończy, bo nie chciałam sobie zepsuć rozrywki.

Akcja książki biegnie w niewiarygodnie szybkim tempie, jak kolejka w parku rozrywki. Razem z Flynnem przeżywamy momenty triumfu i rozczarowania. Świętujemy drobne zwycięstwa na sali sądowej i przełykamy gorycz porażki. Szala przechyla się to na jedną to na drugą stronę, a stawką jest życie dziecka. Jak w każdym dobrym thrillerze nic tu nie jest takie jak się wydaje – sprawa Wołczeka ma drugie dno, ktoś tu gra bardzo nieczysto, a Flynn musi sam rozwikłać skomplikowane powiązania.

Nie ukrywam, że ogromnie lubię kryminały/thrillery sądowe, zwłaszcza amerykańskie, bo tamtejszy system prawny jest bardzo szczególny – opiera się na precedensach. Inteligencja, dobra pamięć i obeznanie w dawniejszych wyrokach są kluczem do sukcesu adwokata. Eddie Flynn jest w tym bardzo dobry – rzutki, skuteczny i błyskotliwy kiedyś był bardzo dobrym prawnikiem. Porzucił jednak ten zawód i nie zamierza do niego wracać. To coś rodzaju jego pokuty za pewien zawodowy błąd. Jest to bardzo ciekawie zarysowana przekonująca postać. Flynn to bohater jak z powieści Lehane’a czy filmów Coppoli – wychowany w biednej dzielnicy, z traumatycznym dzieciństwem, chce być kimś innym, wybija się aż do szkoły prawniczej. Ma przy tym wielu przyjaciół „z ulicy”, na których może liczyć. Ten związek to dalekie echo filmów: „Uśpieni” Levinsona i „Chłopców z ferajny” Scorsese.  Nieco słabiej wykreowano jednak „głównego złego”, czyli Wołczeka – postać ta jest za mało diaboliczna, trudno w pewnym momencie było uwierzyć w jego omnipotencję. Dużo lepsi byli pomocnicy Rosjanina: brutalny Wiktor czy prawa ręka szefa – Arturas.

No i wreszcie dramat sądowy – po przeciwnych stronach stają Eddie Flynn i ambitna prokurator Miriam Sullivan. Ona także walczy o wielką stawkę, bo ten proces to dla niej szansa na spory awans.

Pojedynki Miriam i Flynna są naprawdę widowiskowe, a czytelnik czuje się prawie jak członek ławy przysięgłych.

Serdecznie polecam „Obronę” jako lekturę na przedświąteczny tydzień. Co tam mycie okien i sprzątanie! Zobaczmy jak się walczy o życie na sali sądowej w Ameryce – ze wszystkich sił i wszystkimi możliwymi sposobami.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Filia (seria Mroczna Strona)