Strona główna Recenzje W oparach absurdu – recenzja Tajemnicy zaginionej ślicznotki Eduardo Mendozy

W oparach absurdu – recenzja Tajemnicy zaginionej ślicznotki Eduardo Mendozy

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Tym razem damski fryzjer opuszcza sanatorium dla psychicznie chorych, by odnaleźć – na polecenie tajemniczych agentów policji – zaginionego pieska, należącego do zamożnej pani Linier. Agenci nie mogą się sami zająć tą sprawą, ponieważ prowadzą śledztwo w innej – dotyczącej zabójstwa modelki z dzielnicy San Gervasio, pięknej Olgi Baxter. Szybko jednak okazuje się, że zlecenie „agentów” to jedynie mistyfikacja, a sam fryzjer zostaje wrobiony w morderstwo modelki. Ponieważ nie ma innego wyboru, musi zbiec policji i poprowadzić samodzielnie śledztwo, by dowieść swej niewinności. W ten sposób nasz bohater zmierzy się z najważniejszym i najniebezpieczniejszym dochodzeniem w swej karierze, a przed naszymi oczyma przedefiluje cała plejada niezwykłych postaci z całą rodziną Linierów na czele. Wszystko to podlane humorem i absurdalnym sosem.

 

 

Przyznam, że „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Mendozy, o której wiem, że ma rzesze oddanych wielbicieli i wiernych fanów. Ja żywię wobec tej książki mieszane uczucia. Być może biorą się one stąd, że najwyraźniej „nie kupuję” już konwencji kryminału na wesoło.

 

Bezsprzecznie Mendoza jest artystą w swoim fachu – książka jest kapitalnie poprowadzona, a slapstickowych wstawek nie powstydziliby się bracia Marx. Główny bohater jest nieodparcie śmieszny, ale jednocześnie obdarzony tragicznym rysem, zaś wszystkie sytuacje przedstawione z charakterystycznym mrugnięciem okiem do czytelnika. Weźmy wspomnianą rodzinę Linier – to właśnie im ginie piesek, Toby. Zamożni ludzie, gdzie obie małżonki pana domu – ta obecna i ta eks – mają na imię Carlota. Trzech synów to kolejno: Carlos, Charles i Karl, a żeby już niczego nie brakowało do kompletu ojciec rodu to don Carlos. Jak nazywa się rodzinna posiadłość? Tak, zgadli państwo: Los Carlitos. W dodatku każdy z synalków to oryginał: jeden gra w tenisa, drugi chodzi na masówki prawicy (czasem w stroju pierrota, jeśli nie wyschnie mu uniform szturmowca), trzeci to pokerzysta. Metody śledcze fryzjera także plasują się na granicy geniuszu i obłąkania, ale dość powiedzieć – są skuteczne. Akcja płynie więc żwawo, nie nuży, wywołując przynajmniej uśmiech na twarzy czytelnika. No i to pierwsze zadanie powieści, które mnie – absolutną wielbicielkę perfekcyjnych pierwszych zdań – po prostu wbiło w fotel: „ Ogólnie rzecz ujmując, byłem w dobrym stanie”.

 

Skoro więc styl, warsztat, fabułę, język i bohatera uznałam za dobre, pochwaliłam bieg akcji i pojawiający się w powieści humor, to dlaczego piszę, że „Tajemnica zaginionej ślicznotki” nie trafiła do mnie?

 

Może dlatego, że rozsmakowawszy się w powieściach noir i skandynawskim kryminale obyczajowym trudniej mi zaakceptować powieść na wesoło, gdzie absurd goni absurd, a jedna zabawna sytuacja przechodzi w drugą. Fajerwerki dowcipu w powieści kryminalnej najwyraźniej nie są już dla mnie, ale jeśli Państwo szukają dobrej zabawy i uśmiechu podczas lektury, a prawdopodobieństwo opisywanej kryminalnej historii nie jest tak istotne, Mendoza sprawdzi się tu doskonale.

 

Bo „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to naprawdę dobrze napisana historia, której nic nie można zarzucić pod względem kompozycji, czy warsztatu. Żonglerka konwencjami i stylistyką jest tu naprawdę imponująca i jestem przekonana, że miłośnicy absurdalnych kryminałów z dużą dawką groteskowego humoru się nie zawiodą. Szczególnie im polecam więc nową powieść Mendozy.

 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak