Strona główna Inne Tylko u nas! Fragment „Nieznajomych” C.L. Taylor

Tylko u nas! Fragment „Nieznajomych” C.L. Taylor

0
PODZIEL SIĘ

Rozdział 5

Ursula

Ursula przytupuje, starając się wetknąć klucz do dziurki.

– Szybciej, szybciej, szybciej!

Nie może obrócić klucza, więc naciska klamkę. O dzi­wo, drzwi ustępują. To środek dnia i oboje jej współlokatorzy są teraz w pracy. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że za­raz nakryje złodzieja plądrującego dom, ale już jej wszystko jedno. Wpada do przedpokoju, zatrzaskuje drzwi kopniakiem i biegnie na górę do łazienki. Na widok białej porcelany nie jest w stanie trzymać dalej, mięśnie puszczają. Z jękiem ściąga spodnie dresowe. Musi skorzystać z toalety, a potem pędem wrócić do furgonetki. Na Temple Meads były straszne korki i już ma siedem minut opóźnienia. Jeszcze trochę i nie da rady rozwieźć przesyłek na czas.

– Ach… – Oddycha z ulgą, gdy ląduje pupą na sedesie.

Kiedy wyciąga dłoń po papier, rozlega się mocne pukanie do drzwi łazienki. Aż podskakuje z przestrachu.

– Ursula? Tu Charlotte. Mogę cię prosić na słowo do salo­nu, jak skończysz?

Charlotte? Co ona robi w domu? Ursula podciąga majtki i spodnie, myje ręce i chce wytrzeć je w swój różowy ręcznik. Ale nie znajduje go na górnej rurce metalowego grzejnika na ścianie. Czarny ręcznik Matta wisi na następnym szczebel­ku, a szary Charlotte niżej, ale jej gdzieś przepadł. Patrzy na kafelki podłogi, zagląda za umywalkę. Nie ma. Kiedy prze­biega wzrokiem po małej łazience, widzi, że brakuje więcej rzeczy. Znikła jej pasta do zębów i szczoteczka, żel do ką­pieli, szampon i odżywka, krem do ciała i płyn do soczewek kontaktowych, i pojemnik na soczewki. To, co należy do Charlotte i Matta, jest na miejscu, więc nie wygląda na to, by któreś z nich wpadło w szał sprzątania, co zdarza się Mattowi o dziko wczesnej porze w niedzielę, kiedy Ursula ma jedyny dzień wolny. Po co więc ktoś ruszał jej rzeczy? Rzuca okiem na zegarek i biegnie do swojej sypialni, otwiera drzwi i wpa­da do środka. I natychmiast się cofa. Chyba pomyliła pokój, może to w ogóle nie ten dom…

– Charlotte! – Pędzi na dół, do salonu.

Tam staje jak wryta na widok stosu tekturowych pudeł pię­trzących się pośrodku.

– Bardzo nam przykro, Ursulo.

Wzdryga się na dźwięk głosu Matta, który siedzi na kana­pie za górą kartonów. Trzyma za rękę Charlotte, ich palce się splatają.

– Przykro? O co chodzi?

Nagle wszystko zaczyna jej się układać w całość. Spako­wali wszystkie jej rzeczy. To dlatego w sypialni nie ma już nic, a z łazienki znikły należące do niej przedmioty. To dlatego Charlotte wycofała się szybko do swojego pokoju, nie mówiąc „Dzień dobry”, kiedy mijały się na piętrze rano, tuż po siód­mej. I dlatego Matt radośnie zaoferował jej filiżankę kawy, gdy zeszła do kuchni. Zaplanowali to. Chcieli, by myślała, że idą do pracy, a potem weszli do jej pokoju i wyprowadzili ją stąd.

– Grzebaliście w moich rzeczach – mówi i aż dostaje gę­siej skórki pod grubą dresową bluzą. – W moich rzeczach oso­bistych.

– Nie tylko twoich, Ursulo.

Matt odrywa dłoń od ręki Charlotte i wstaje. Ma mniej niż metr osiemdziesiąt wzrostu, więc musi unieść brodę, by pa­trzeć Ursuli w oczy, ale w jego twarzy nie widać lęku (choć ona jest taka wysoka). Wydaje się zdecydowany i bardziej niż lekko wkurzony.

– Wiedzieliśmy, że to ty. – W odróżnieniu do stanowczego tonu Matta, głos Charlotte brzmi piskliwie, wyraźnie jest zde­nerwowana. – Mimo to próbowaliśmy ci zaufać. Wspomagali­śmy cię finansowo. Powiedzieliśmy ci nawet, że jak zwrócisz te rzeczy, zapomnimy o sprawie, ale…

– Zabrałaś obrączkę po jej babci – odzywa się Matt. – To była dla Charlotte cenna pamiątka. Prawda, Char?

Charlotte kiwa głową. Jej oczy błyszczą od łez. Ursulę ściska w gardle. Nie wiedziała, że to obrączka jej babci ani że ma wartość sentymentalną. Mała ceramiczna miseczka stała w ła­zience chyba od zawsze. Nie było w niej wiele. Jakieś gumki do włosów, końcówki szczoteczki do zębów, gałka, która od­padła od szafki, i cienka złota obrączka z pęknięciem, które łamało idealny okrągły kształt. Mrugała do Ursuli w porannym słońcu, więc wsunęła ją do kieszeni. Niemal bezwiednie. My­ślała wtedy o Nathanie.

– Przepraszam – mówi teraz. – Zamierzałam odłożyć ją na miejsce.

– Tak samo jak mój zegarek – cedzi przez zęby Matt. – I kubek Char, moje pióro i jej chustkę, i moją ramkę na zdjęcia, i… – Kręci głową. – Musiałbym siedzieć tu cały dzień, żeby wyliczyć wszystko. Znaleźliśmy to, co nasze, i trochę rzeczy naszych przyjaciół. Tych, którzy nocowali na tej kanapie, wie­rząc, że ich rzeczy są u nas bezpieczne.

Ursula z trudem przełyka ślinę. Nie chciała przywłaszczać sobie tego fajnego żelu pod prysznic z łazienki ani książki z po­ręczy kanapy, ani parasola z wieszaka w korytarzu. Zamierzała to wszystko zwrócić. Zawsze chciała oddać zabrane rzeczy, ale przyjaciele nigdy nie zostawali tutaj na tyle długo, żeby mogła ukradkiem im je podrzucić. Niestety, nie zdążyła odłożyć na miejsce obrączki, a Charlotte, szukając jej, przewróciła całą ła­zienkę do góry nogami.

– Znaleźliśmy też u ciebie mnóstwo innych rzeczy – mówi Charlotte. – Ubrania, biżuterię, jakieś drobiazgi z metkami. Matt powiedział, że powinniśmy iść na policję, ale nie chcę, żebyś trafiła do więzienia. Ja tylko… tylko… – Głos jej się łamie, zaczyna pochlipywać.

– Charlotte, proszę – błaga Ursula. – Bardzo cię proszę, nie rób tego. Zmienię się. Obiecuję. Nie możesz mnie tak wy­rzucić. Nie mam kasy, nie mam dokąd iść.

– Możesz zamieszkać u swojej mamy.

– Odpada. Nawet gdyby chciała mnie przyjąć, nie stać mnie na lot do Hiszpanii, a w Bristolu nie mam nikogo, do­słownie nikogo, poza tobą, u kogo mogłabym się zatrzymać.

– To może u mamy Nathana.

– Nie. – Ursula gwałtownie kręci głową, piekące łzy na­pływają jej do oczu. – Proszę, Charlotte. Porozmawiajmy. Usiądźmy wieczorem przy kieliszku wina, na pewno jakoś się dogadamy.

– Nie mogę. – Charlotte z żalem kręci głową. – Przykro mi, ale naprawdę nie mogę.

Matt kładzie dłoń na ramieniu swojej dziewczyny i ściska je, by dodać jej otuchy.

– Przykro mi, Ursulo, ale chcemy, żebyś się wyprowadziła.

  • • •

Wielkie łzy kapią na papier, który Ursula trzyma w dło­niach. Tył furgonetki jest załadowany jej rzeczami, silnik pra­cuje, a ona ma już czterdzieści pięć minut opóźnienia, ale nie potrafi zmusić się, by zwolnić hamulec ręczny i odjechać.

Trzymała się jakoś, dopóki Matt nie wyciągnął dłoni. Chciała ją uścisnąć na pożegnanie, ale on szybko cofnął rękę.

– Klucze od domu.

Gorące łzy podeszły jej do oczu, gdy odpięła dwa klucze z kółka i wrzuciła do jego dłoni.

– Gdzie ja się podzieję? – wykrztusiła. – Nie mam dokąd iść.

Poza Charlotte i Mattem naprawdę nie zna nikogo w Bristolu. Oczywiście jest Bob, facet, który co rano podwozi jej paczki, tyle że poza zdawkowym „Cześć” właściwie nigdy ze sobą nie rozmawiali. Szefowa, Jackie, jest sympatyczna, ale ma męża i dwójkę dzieci i na pewno nie znajdzie dla niej wolnego kąta. A z nikim ze szkoły podstawowej, gdzie pracowała przedtem jako nauczycielka, Ursula nie utrzymuje kontaktów. Wraca my­ślami do przeszłości, do ławy przed Banco Lounge. Na stole stoi w szeregu sześć kufli piwa. Męskie śmiechy. Ona mruży oczy od słońca. Obok siedzi Nathan – niski, krępy i włochaty jak niedźwiedź. Jego zaokrąglony brzuszek leży mu na kola­nach, wciśnięty pod blat stołu. Jego przyjaciele… przywołuje wyblakły obraz ich twarzy i próbuje dopasować imiona. Andy. „Szalony Andy”, mówił o nim Nathan. Joe. Tom. Harry. Nawet gdyby mogła się z nimi skontaktować i mieliby wolny pokój, nie chcieliby, żeby się wprowadzała. Obwiniają ją o to, co się stało, chociaż nigdy nie powiedzieli tego otwarcie. To dlatego zerwała z nimi kontakty. Kiedy straciła Nathana, przepadło też pół jej świata.

Ociera dłonią oczy. Na rękawie kupionej na eBayu bluzy Long Tall Sally zostają mokre ślady. Ursula skupia wzrok na zdjęciu w telefonie. Przesłała je właśnie Charlotte. To ogłosze­nie na wystawie jakiegoś sklepu. Serce jej się ściska. Podejrze­wa, że to Matt był motorem wyrzucenia jej z domu. Nigdy nie zdołała go zbytnio polubić, choć mieszkali razem ponad pół roku. Spojrzał na nią z ukosa i zmarszczył nos – minimalnie, ale dość, by to zauważyła – kiedy Charlotte ich sobie przed­stawiała.

„Mój chłopak, Matt!”, oświadczyła Charlotte, promienie­jąc dumą, ale nieco przygasła, gdy rzuciła okiem na Ursulę, w nadziei na jej aprobatę.

Mieszkały razem – Charlotte i Ursula, najlepsze przyja­ciółki od szkoły średniej – w szeregowym domku z dwiema sypialniami, który Charlotte kupiła po śmierci ojca, za pienią­dze ze spadku. Było im razem dobrze – cudownie – a potem wprowadził się Matt i wszystko się zmieniło. Drobne zwycza­je, które miały – jak wieczorne pogaduszki na kanapie, babskie imprezy, kino w niedzielę – stopniowo zostały zarzucone i Ur­sula coraz więcej czasu spędzała samotnie w swoim pokoju. Przy trójce lokatorów najwyraźniej zrobiło się tu ciasno.

Pokój do wynajęcia od zaraz.

Ursula czyta pierwsze zdanie ręcznie napisanego ogłoszenia.

William Street. Duży pokój z podwójnym łóżkiem, szafą i komodą wynajmę czystej, schludnej, niepalącej, zatrudnionej na stałe osobie (mężczyźnie albo kobiecie). Kuchnia do wspól­nego użytku. Właściciel mieszka na miejscu. Dostępny parking. Miesięcznie 350 funtów, w tym opłaty za media. Żadnych zwie­rząt, par czy korzystania z zasiłków.

Poniżej widnieje numer telefonu.

Ursula ogląda się na dom, który nazywała swoim przez prawie dwa lata, i dostrzega jakiś ruch w oknie po lewej stronie salonu. Szybko opuszczają się rolety.

Wraca do ogłoszenia. William Street to jeszcze Totter­down, kilka ulic stąd. Jeśli zostanie w okolicy, będzie mogła nadal tu działać, a lubi swoich klientów i czuje się bezpiecznie na dobrze znanych trasach. Czynsz też nie jest wygórowany. To całe sto funtów mniej, niż płaciła za mieszkanie u Charlotte.

Z drżącym sercem wybiera numer. Nie powinna żywić wielkich nadziei. Na pewno już ktoś złapał ten pokój albo jest on maleńki i brudny, a właściciel to jakiś czubek. Jeśli Ursula nie zdecyduje się na wynajęcie – albo okaże się to niemożli­we – pozostanie jej szukać noclegu w hotelu, na co nie bardzo ją stać przy zarobkach w wysokości siedemdziesięciu pensów za każdą doręczoną paczkę. A nie może wziąć jutro wolnego, żeby latać po agencjach nieruchomości. Po prostu nie może sobie na to pozwolić.

Czekając na połączenie, wznosi oczy i patrząc na sufit bia­łej furgonetki, modli się po cichu.

Jak to wypali, już nigdy niczego nie ukradnę. Przysięgam.

I tym razem dotrzymam obietnicy, dodaje po namyśle.

– Halo? – mówi miły męski głos do jej lewego ucha.

– Dzień dobry, dzwonię w sprawie pokoju. Nazywam się Ursula Andrews i…

– Jak ta dziewczyna Bonda?

Udaje, że się śmieje. Ileż razy już to słyszała.

– Nie. To była Ursula Andress, ma teraz pewnie z osiem­dziesiąt lat. Ja mam trzydzieści dwa. Nie palę, jestem porząd­na… no… lubię porządek. Pracuję jako kurier. Ale dawniej byłam nauczycielką w szkole podstawowej… Przepraszam, paplam jak najęta. W każdym razie codziennie rano muszę przyjąć przesyłki, ale to nie będzie sprawiać kłopotu, i…

Przerywa jej serdeczny wybuch śmiechu.

– Chyba jesteś zdenerwowana, Ursulo. Weź oddech.

Mężczyzna mówi z eleganckim akcentem, przez co ona jeszcze bardziej się spina, ale robi, co radził – napełnia płuca ciepłym powietrzem z wnętrza auta, po czym lekko drżąc, wy­dycha je nosem.

– Przepraszam.

– Nie ma za co. Pokój nadal jest do wynajęcia, jeśli chcia­łabyś go obejrzeć.

– Naprawdę? Świetnie. Kiedy mogłabym się wprowadzić?

Następuje chwila ciszy.

– Masz czas, żeby teraz zobaczyć pokój?

– Tak! Nie… – Serce jej się ściska. Przypomina sobie, że w tyle furgonetki, między jej rzeczami, jest jeszcze wciśniętych ponad trzydzieści paczek do rozwiezienia. – Muszę najpierw doręczyć wszystkie przesyłki, ale mogę być u ciebie koło szó­stej. To za późno? Naprawdę chcę wynająć ten pokój. To pilne, a jak mówiłam, jestem odpowiedzialna, lubię porządek i…

Znów ten śmiech. Nie jest pewna, czy on śmieje się do niej, czy z niej.

– Jeszcze go nie widziałaś. Może ci się nie spodoba.

– Nie ma obawy. Z opisu wydaje się idealny.

– Słuchaj, dzisiaj nikt inny nie umówił się na oglądanie, a jeśli ktoś się zgłosi, nie podejmę decyzji, póki nie wpadniesz. Zgoda?

– Tak.

Ogarnia ją ciepła fala optymizmu. Nie skończy jak że­braczka na ulicy. Wszystko będzie dobrze.

– W porządku – odzywa się mężczyzna. – To do zobacze­nia koło szóstej. A przy okazji, numer domu piętnaście.

– Przyjadę. Aha! – Uderza ją pewna myśl. – Mam jeszcze jedno pytanie.

– Dawaj.

– Umknęło mi, jak się nazywasz.

– Edward.

– A nazwisko?

Chwila ciszy, po czym Edward lekko się śmieje.

– Do widzenia, Ursulo. Miło, że wkrótce się zobaczymy.

 

Rozdział 6

Alice

 

Kiedy porządkują zostawione na wieszaku obok przymie­rzalni ubrania i niosą je, by odwiesić na miejsce, Alice dostrze­ga, że Lynne jej się przypatruje.

– Co?

– Jesteś niezwykła. Wiesz?

Alice śmieje się. Gdyby Peter był taki skory do komple­mentów, mogliby nadal być małżeństwem. Nie, tak naprawdę chyba jednak nie. Za nic nie darowałaby mu zdrad, choć może przynajmniej wyszłaby z tego związku, zachowując odrobinę pewności siebie.

– Niby czemu to jestem niezwykła?

Lynne zdejmuje z wieszaka gruby płaszcz i przerzuca go sobie przez rękę.

– Większość normalnych ludzi po czymś takim, co cię spotkało, poszłaby do domu.

– Czyli ja nie jestem normalna? Dzięki.

Teraz z kolei Lynne się śmieje.

– Wiesz, co mam na myśli. Ja byłabym teraz u siebie, pod kołdrą. Albo… – zerka na Alice – na posterunku policji. Jesteś pewna, że nie chcesz tego zgłosić? Wybacz, że nudzę, ale…

Alice wzdycha. To samo mówił Simon. Ten facet, któ­ry o mało nie dostał zawału, goniąc za nią z jej portfelem od pubu aż do galerii. Widział całe zdarzenie i był gotów złożyć zeznania na policji. Powiedziała „Nie” i chciała jak najszyb­ciej o wszystkim zapomnieć, ale gnębiło ją to. A jeśli nie jest pierwszą kobietą, którą Michael zaatakował na randce? Może zwabił i skrzywdził dziesiątki innych? Uświadomiła sobie, że powinna zgłosić policji, co się stało, ale teraz nie miała już jak skontaktować się z Simonem, jedynym świadkiem. Pożegnała się z nim, nie pytając go o nazwisko, nie biorąc numeru telefo­nu – rozpaczliwie pragnęła tylko zostawić cały ten nieszczęsny epizod za sobą.

– O cholera – bąka pod nosem.

Lynne ogląda się. Za chwilę zamykają, a do sklepu wparo­wuje jakaś klientka.

– To ona – szepcze Lynne do ucha Alice. – Ta, o której ci mówiłam.

Alice obserwuje kobietę, która chodzi od wieszaka do wie­szaka, przeciągając palcami po ubraniach. To najwyższa kobieta, jaką w życiu widziała. Ma z metr dziewięćdziesiąt, jak nie więcej. Ciężkiej budowy. Barczysta. Duża twarz o szero­kim czole, z mizerną grzywką, która bardziej zwraca na nie uwagę, niż je maskuje. Jest ubrana byle jak, spodnie dresowe, sportowe buty i zmechacony wełniany płaszcz.

– Ostatnim razem zwinęła spódnicę w rozmiarze osiem – szepcze Lynne. – Jedną z tych nowych, które nam się nie po­dobają, w te paskudne niebieskie kwiatki. A nosi co najmniej rozmiar dwadzieścia cztery.

Alice rzuca okiem w kierunku drzwi, gdzie stoi ich sześć­dziesięciokilkuletni strażnik Larry, popatrując tęsknie na ze­wnątrz. Pewnie bardzo chciałby już iść do domu.

– Złapał ją? – pyta Alice, choć zna odpowiedź.

– Nawet nie zauważył, a na nagraniu z kamery nic nie było widać.

Alice wzdycha. Możliwe, że kobieta kradnie na zamówie­nie. Pewnie ma listę tak długą jak jej ręka. Zawodowi złodzieje są znani wszystkim kierownikom sklepów w Meads. Mają za­kaz wstępu, ale i tak próbują wejść, kiedy Larry buja w obło­kach, a ekspedientki są zajęte. Jednak tej kobiety nie ma jesz­cze na wydrukach zdjęć, które Alice przypięła do tablicy na zapleczu.

– Ale jesteś pewna, że podwędziła tę spódnicę?

– Tak. Zauważyłam, jak wpycha ją pod płaszcz, ale właśnie miałam klientkę awanturującą się, że od spodni, które kupi­ła dwa miesiące temu, odpadł guzik. Kiedy podniosłam wzrok, ta Godzilla już znikła. Spódnica też.

Alice patrzy, jak wysoka kobieta sunie na koniec sklepu, gdzie są torebki i biżuteria.

– Podlicz kasę – mówi do Lynne. – Powiem jej, że zaraz zamykamy.

Idzie za złodziejką przez sklep, przystając przy różnych działach. Porządkuje rzeczy według rozmiarów, wciąż mając na oku kobietę. Nie wygląda na to, by szukała czegoś konkret­nego, ale wyczuwa się w niej jakieś napięcie. Jakby wstrzy­mywała oddech albo szykowała się do walki. Alice nasuwa to skojarzenie z córką – z tym, jak zmienia się atmosfera w domu, kiedy Emily wraca z pracy. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny nie ma sensu jej zagadywać. Alice musi zaczekać, aż córka pomaszeruje do swojego pokoju, przebierze się, po czym wkroczy do kuchni, wyjmie z kredensu butelkę riojy, otworzy ją i naleje sobie spory kieliszek. Wtedy obie są bardziej zrelak­sowane.

– Przepraszam?

Wysoka kobieta z grzywką pojawia się przy Alice tak na­gle, że ta aż podskakuje. Nieznajoma wręcz zawisa nad nią, zgarbiona, z lekko pochyloną głową. Szaroniebieska kreska pod oczami jest rozmazana, na górnej wardze pozostały resztki różowej szminki.

– Tak, słucham?

Alice stara się odczytać mowę jej ciała. Większość złodzie­jek nie jest groźna. Chcą wejść i niepostrzeżenie się ulotnić. Ale zdarzają się i bardziej niebezpieczne – agresywne, zde­sperowane, które każdemu, kto wejdzie im w drogę, zagrożą brudną strzykawką. Ta kobieta nie wygląda na ćpunkę, ale coś zaczepnego w jej tonie każe Alice mieć się na baczności.

– Tam jest jakiś mężczyzna, który stara się zwrócić pani uwagę. – Złodziejka unosi długą rękę i wskazuje gdzieś za gło­wę Alice.

W pobliżu kasy, przestępując nieśmiało z nogi na nogę, stoi Simon z ogromnym bukietem kwiatów. Lynne, nadal za ladą, napotyka wzrok Alice i robi minę, jakby pytała: Co to za numer?

– Chwileczkę…

Alice zostawia złodziejkę i podchodzi do Simona. On od­chrząkuje, ze zdenerwowania ma czerwone plamy na szyi.

– Ja… no… przepraszam, to pewnie… trochę dziwaczne, ale… hm… nie dawało mi spokoju to, co się wydarzyło. Czuję, że powinienem był się wtrącić albo coś zrobić. Pewnie moja gonitwa za tobą niespecjalnie ci pomogła… – Wtyka jej do rąk bukiet z lilii i róż. – To na przeprosiny. Masz za sobą straszne przeżycie, a ja… hm… – znów odchrząkuje – nie za dobrze się spisałem.

– To nie twoja wina.

Alice czuje, że się rumieni, biorąc kwiaty. Zanurza w nie twarz i wącha, żeby zyskać kilka sekund do namysłu. Nie pa­mięta, kiedy ostatni raz ktoś dał jej kwiaty. Peter raczej nie należał do romantyków. Miała szczęście, jeśli dostała kartkę na walentynki, a prezenty urodzinowe były zawsze praktyczne i funkcjonalne.

– Mój… – Simon puka palcem w celofan. – Zapisałem ci swój numer telefonu na bileciku z kwiaciarni. Na wszelki wy­padek. Gdybyś zmieniła jednak zdanie i chciała porozmawiać z policją.

– Dziękuję. – Alice patrzy mu w oczy. – Naprawdę nie musiałeś przynosić mi kwiatów. Ale to bardzo miło z twojej strony.

Uśmiecha się skrępowany. Jeden kącik ust unosi się wyżej niż drugi. Simon nie jest atrakcyjny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie tylko usta ma lekko asymetryczne, ale też coś jesz­cze w twarzy… Jednak jego szare oczy są łagodne i serdeczne, a głos jest niski i melodyjny.

– No dobrze. – Wzrusza ramionami i już odchodzi.

– Odezwę się – mówi Alice.

Simon przystaje i ogląda się na nią. Na jego bladej, piego­watej twarzy maluje się zdziwienie.

– W sprawie policji – precyzuje Alice. – Zamierzam do nich zadzwonić, kiedy wrócę do domu.

– Oczywiście. – Kiwa zdecydowanie głową, rzucając okiem na potężną kobietę, która przeciska się między nim a Larrym na zewnątrz, przytrzymując mocno poły workowa­tego płaszcza.

– O cholera – szepcze Lynne zza pleców Alice. – Znów coś zwinęła.

 

Rozdział 7

Gareth

Gareth nadal nie posiada się z gniewu, kiedy parkuje pod domem, w którym mieszka z matką. Jak ten William Mackesy śmie straszyć jego mamę takimi uwagami? Ona cierpi na de­mencję i Mackesy dobrze o tym wie. Gadanie, że Garethowi coś grozi, może łatwo wywołać u niej kolejny atak. I to nie bę­dzie chwilowa sprawa. Ona może czuć potem niepokój przez wiele dni. Co za bzdury opowiada ten człowiek. Oczywiście, Gareth codziennie jest narażony na ryzyko. W końcu pracu­je jako ochroniarz. Zawsze istnieje możliwość, że ktoś, kogo zatrzyma, będzie miał broń. Do licha, nie dalej jak wczoraj czytał, że w jednym z marketów ochroniarz, który próbował zatrzymać złodzieja, dostał nożem w rękę i nogę.

Przeklęty William Mackesy z tym swoim szczurzym pyszczkiem, ciemnymi świdrującymi oczkami i zaczeską na łysinie. Gareth spotkał go tylko dwa razy. Raz, kiedy towa­rzyszył mamie na jednym z „nabożeństw” w kościele, i raz, kiedy wrócił do domu i zastał go siedzącego w jego fotelu i pi­jącego z jego kubka. Matka Garetha, Joan, księgowa w wieku przedemerytalnym, nigdy nie była religijna, ale przyjaciółka namówiła ją, by poszła do Kościoła Spirytualistycznego (na długo przed tym, zanim rozwinęła się u niej demencja). Wiara, że istnieje życie po śmierci, może być dla niej pociechą, nawet jeśli sama nie dostanie żadnej wiadomości z zaświatów, argu­mentowała tamta. Gareth próbował wyperswadować to mamie, ale skończyło się na tym, że poszedł razem z nią.

W małej, zatłoczonej salce zgromadziły się głównie ko­biety. Z płaszczami i torebkami na kolanach, siedziały wpa­trzone w niepozornego, szczupłego mężczyznę, który chodził tam i z powrotem przed nimi, wznosząc oczy ku plastikowym panelom na suficie, i przystawał, z dłonią przyciśniętą do boku głowy, za każdym razem, kiedy otrzymywał wiadomość „z tamtej strony”. Gareth spodziewał się ponurej atmosfery, szykował się na to, że ciężar żałoby i poczucie straty wbiją go w plastikowe krzesło, a tymczasem wśród zebranych panowało radosne ożywienie. Wszyscy siedzieli wyprostowani, w napię­ciu wyczekując wieści od swoich ukochanych zmarłych.

– Mam tu mężczyznę – oznajmił William Mackesy, prze­czesując wzrokiem widownię. – Strasznie się trzęsie.

Mama Garetha, siedząca obok niego, cicho westchnęła i Mackesy od razu skupił się na niej, jak pocisk termolokacyj­ny, ubrany w błyszczące spodnie z wysyłkowego sklepu Littlewoods.

– Ale mi zimno. – Mackesy zaczął rozcierać dłońmi ra­miona, dygocząc teatralnie. – Tak mówi. Strasznie, strasznie mi zimno.

Joan skinęła głową, zaciskając mocno usta.

– Słyszę cię… Marvin…

Joan zgarbiła się lekko, pewnie rozczarowana.

swoją kolej, Marvin! Proszę! – Publiczność zachichotała ner­wowo. – Teraz mówi Jeffrey…

Gareth wyczuł, jak matka drgnęła, słysząc pierwszą literę tego imienia. William Mackesy najwyraźniej też to zauważył.

– Nie, to chyba raczej John… tak, John. I on właśnie… – Przechylił na bok głowę. – Woła cię. Prosi cię o pomoc. Coś ci to mówi, kochanie?

Matce niemal odebrało głos. W jej ochrypłym „Tak” było tyle bólu, że Gareth ledwie powstrzymał się, by nie wyskoczyć i nie walnąć Mackesy’ego w gębę. Ale tylko ujął dłoń matki, uścisnął ją lekko i wbił wzrok w podłogę. Po wlokącej się nie­miłosiernie minucie czy dwóch Mackesy wreszcie przeszedł do kogoś innego.

– Sądzisz, że to naprawdę był on? – szepnęła matka, kiedy trzy kwadranse później wychodzili z sali. – Myślisz, że to był tata?

„Wykluczone, żeby tata przekazywał ci wiadomość przez takiego pajaca”, chciał powiedzieć Gareth. Jednak sformuło­wał to inaczej.

– Jeśli to cię uspokaja, mamo…

Popatrzyła na niego w zadumie.

– Nie zaznam spokoju, póki go znów nie zobaczę.

Kiedy Gareth wysiada z samochodu i otwiera furtkę, jego myśli wędrują od Williama Mackesy’ego do ojca. Minęło dwa­dzieścia lat, odkąd zaginął podczas wędrówki na Scafell Pike. Zorganizowano wielką akcję poszukiwawczą, ale ojca nigdy nie odnaleziono. Doszli do wniosku, a policja też tak uznała, że ojciec musiał mieć jakiś wypadek, wspinając się samotnie na górę. Pewnie spadł i ciało utknęło gdzieś, gdzie nie dało się go wypatrzeć z helikoptera, w miejscu niedostępnym dla pieszych zespołów, które przeczesywały teren. Kiedy policja przesłuchi­wała Garetha i matkę i pytano o stan psychiczny taty, mama szybko odrzuciła możliwość samobójstwa. Stanowili szczęśli­wą rodzinę. John dobrze się czuł na emeryturze. Był w dobrej formie – fizycznej i psychicznej – i rzadko odwiedzał lekarza.

Gareth zgodził się z tym, co mówiła matka. Miał szczęśliwe dzieciństwo, bez kłótni w domu czy okresów wrogiego milcze­nia, których doświadczyło wielu jego kolegów. Trochę trudniej zrobiło się, kiedy był nastolatkiem. Niemal z dnia na dzień prze­stał słyszeć: „Mój ty mały mężczyzno”, za to stale powtarzały się uwagi: „Sam nie wiesz, co jest dla ciebie dobre”. Teraz już rozumie, czemu ojciec miał tak twardą rękę w sprawach szko­ły i odrabiania lekcji – chciał, żeby Gareth osiągnął więcej niż on – ale nadal boli go wspomnienie, jak ojciec bez słowa wy­chodzi z kuchni, gdy przyszły wyniki ukończenia podstawówki. Po latach tata nie ukrywał, że decyzja Garetha o zatrudnieniu się w charakterze ochroniarza była dla niego gorzkim rozcza­rowaniem. „Zajęcie dla nieudanych policjantów”, skomento­wał. Jednak Gareth nie był nieudanym policjantem. Po prostu nie dostał się do policji. Tak czy siak, krytyka ojca utkwiła mu w pamięci jak kolec.

Unosi wzrok, bo coś poruszyło się za oknem w sąsiednim domu. Dostrzega cień Georgii, trzynastolatki mieszkającej ze swoją mamą Kath, ale zanim zdąży pomachać ręką na powita­nie, zasłona szybko zostaje zaciągnięta.

  • • •
Pociąga nosem, kiedy wchodzi do holu i włącza światło. Czuje swąd spalenizny. Co tym razem przypaliła?

– Mamo! – woła, biegnąc do kuchni.

Jednak w malutkim, wypełnionym dymem pomieszczeniu nie widać jego pulchnej matki w kapciach z baranka i przydu­żym granatowym swetrze, jeszcze po ojcu. W garnuszku, na palniku kuchenki, są za to dwa zwęglone jajka. Zakrywając usta rękawem, Gareth łapie z szafki ściereczkę, chwyta roz­grzany rondelek i wrzuca do zlewu. Naczynie syczy w zetknię­ciu z zimnym metalem, a Gareth otwiera tylne drzwi i włącza wyciąg.

– Mamo! – Popycha drzwi salonu. – Wiesz, że niewiele brakowało, a spaliłabyś dom!

Matka, siedząca w ciemnym pokoju, gdzie tylko miga światło od telewizora w kącie, ogląda się i patrzy na jego stopy.

– Nie zdjąłeś butów. Zostaw je w korytarzu, nanosisz błota na wykładzinę.

Gareth idzie do korytarza, zdejmuje buty i stawia je przy drzwiach wejściowych.

– Nie czujesz tego swądu? – pyta, wracając, i pociąga sznurek lampy za swoim fotelem. – Tej spalenizny?

Mama marszczy nos.

– Może, trochę. Sąsiedzi rozpalili ognisko?

– Nie, mamo. – Zasuwa zasłony. – Spaliłaś na węgiel dwa jajka i prawie puściłaś dom z dymem.

– Ojej. – Mama chce wstać, ale Gareth daje znak ręką, żeby spokojnie siedziała.

– W porządku. Załatwiłem to. Ale myślę, że powinnaś dać sobie spokój z gotowaniem, mamo. To się zdarza już trzeci raz.

– Ale ja lubię gotować.

– No to będziemy gotować razem.

– Ale… – rzuca okiem na zegar – zawsze wracasz tak póź­no. Byłam głodna.

– Yvonne nie dała ci nic do jedzenia, zanim wyszła?

– Kto taki?

– Yvonne, twoja opiekunka. Wysłała mi esemesa, że do­staniesz kawałek keksa i jabłko. A Sally zrobiła ci kanapkę na lunch.

– Tak? – Mama macha na niego. – Bądź już cicho. Oglą­dam EastEnders, przeszkadzasz.

Siadając w swoim fotelu, Gareth z wyrzutami sumienia myśli o kwadransie, który spędził na parkingu pod McDonal­dem, gdzie raczył się wegańskim burgerem deluxe i dużymi frytkami, popijając waniliowym koktajlem mlecznym. Będzie musiał zrezygnować z takich przyjemności i wracać wcześniej do domu, żeby przygotować mamie kolację. Co prawda nie od­różnia garnka od patelni. Trzeba kupić jakieś książki kuchar­skie i się nauczyć. Albo poprosi kogoś, by go podszkolił. Jego myśli wędrują bezwiednie do Kath i smakowitych zapachów, które płyną z jej kuchni, kiedy on wywiesza swoje robocze koszule w ogrodzie za domem. Wyobraża sobie inne życie, wspólne szykowanie kolacji po pracy. On by siekał, ona dyry­gowała. Opowiadaliby sobie, jak minął im dzień, i śmialiby się z głupot, jakie widzieli czy słyszeli, a potem…

Kątem oka dostrzega coś na stoliku. Sięga. To pocztówka. Przedstawia tańczącą, przytuloną parę. W stylu lat pięćdzie­siątych ubiegłego wieku. Mężczyzna jest w mundurze woj­skowym, a ona ma jaskrawoczerwone usta i falujące włosy.

Gareth odwraca kartkę, sięga do kieszeni po okulary i patrzy na znajomy charakter pisma. Z prawej strony jest nazwisko matki i adres. Z lewej kilka słów.

Kocham Cię, Joan.

Całuję

John

Uśmiecha się z rozczuleniem i odkłada kartkę na stolik. Najwyraźniej Sally lub Yvonne znów przeglądały z mamą jej pudełko z pamiątkami, żeby zachęcić ją do rozmowy. Pewnie zapomniały schować tę kartkę. Wstaje i wyciąga z kredensu po prawej stronie telewizora duże drewniane pudełko, po czym wraca na fotel i je otwiera.

– Mamo – mówi, unosząc pocztówkę – a może byś zjadła jajecznicę na grzance albo…

Urywa, marszcząc brwi na widok znaczka w rogu kartki. Jest tam bożonarodzeniowy obrazek, ale coś mu nie pasuje. Ta czerwona skrzynka na listy, na tle zaśnieżonej ulicy, pełnej ludzi zaaferowanych świątecznymi zakupami… Jednak nie to przykuwa jego uwagę. Patrzy na postać listonoszki w odblaskowej pomarańczowej kurtce. Kobieta przykuca, by zabrać pocztę. Kobieta? W odblaskowej kurtce? To zbyt nowoczesny widok jak na czasy, kiedy mama i tata się poznali. Odsuwa kartkę na odległość ręki i mruży oczy, żeby odczytać zamaza­ną datę odbitą szarym tuszem, obok falujących linii po lewej stronie stempla. Ogląda się na matkę.

Ojciec zaginął dwadzieścia lat temu, a data na stemplu jest wczorajsza.