Strona główna Recenzje Tajemnica szkoły dla panien Joanna Szwechłowicz

Tajemnica szkoły dla panien Joanna Szwechłowicz

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Mamy początek lat 20. XX wieku. W Mańkowcach, miasteczku w dawnym zaborze pruskim, działa ekskluzywna szkoła dla panien ? pensja z internatem, której właścicielką jest pani Wachowska. Niby wszystko idzie utartym schematem ? nauczycielki udzielają lekcji, uczennice pilnie się kształcą, a jednak dochodzi do skandalu. Jedna z dziewcząt, Marianna Szulc, zostaje znaleziona martwa ? wisi na podwójnie skręconym sznurze. Ciało uczennicy odkrywa młoda nauczycielka przyrody, Łucja Kalinowska. Do akcji natychmiast wkracza miejscowa policja, w osobie objadającego się landrynkami Hieronima Ratajczaka. Podkomisarz chętnie uznałby sprawę za samobójstwo i szybko zamknął śledztwo ? niestety, śmierć Marianny Szulc nie jest ostatnią zbrodnią w miasteczku?


 

 

Powieść Joanny Szwechłowicz nie bez przyczyny od razu wywołała u mnie skojarzenia z ?Emancypantkami? Prusa. Oczywiście, pani Wachowska nie przypomina zupełnie właścicielki pensji z powieści Prusa, czyli pani Latter, raczej jej największą konkurentkę, pannę Malinowską, a Łucja Kalinowska to nie naiwna Madzia Brzeska. Jest jednak u Szwechłowicz coś z dusznej atmosfery prowincjonalnej szkoły dla dziewcząt, której przełożona z trudem próbuje forsować nowe idee w zaściankowym środowisku. Tak właśnie było w Iksinowie, do którego bohaterka ?Emancypantek? Madzia Brzeska trafiła po upadku pensji pani Latter.

Małe miasteczko ma swoje sekrety i dobrze skrywane grzeszki. Tylko pozornie wydaje się przyjazne i sympatyczne. Ludzie bacznie się obserwują, pamiętają najdrobniejsze potknięcia z przeszłości. Mają na siebie haki, o czym dobitnie przekonuje się podkomisarz Ratajczak, bezskutecznie usiłujący ukryć swoją przeszłość.

Naprawdę w powieści Szwechłowicz nic nie jest takie, jak się na pozór wydaje. Zamordowana dziewczyna, Marianna Szulc to sierota, którą Wachowska trzyma na pensji ?z łaski?. Dziewczyna prowadzi jednak bujne życie towarzyskie, nie stroni od chłopców i mężczyzn. Kim więc w istocie jest? Dlaczego musiała zginąć? Jaką tajemnicę skrywają kolejne zbrodnie? Kto za nimi stoi?

W dodatku w sprawę zdaje się zamieszana cała miejska śmietanka ? dyrektor męskiego gimnazjum Zuber i kierujący szpitalem doktor Korman. Co się właściwie dzieje w tych Mańkowicach?

Szwechłowicz wspaniale oddała realia epoki, odmalowując z wyczuciem drobnomieszczańską atmosferę ?gdzieś w mordobijskim powiecie? ? żeby zacytować Tuwima. Wszystko tutaj jest robione na pokaz, ludzie są dwulicowi i spętani konwenansem. Nieśmiało przebijają się pierwsze przebłyski emancypacji ? kobiety chcą się kształcić, buntują przeciwko pełnieniu wyłącznie roli matki i ?strażniczki domowego ogniska?. Jednocześnie, nawet wykształcona za granicą Łucja Kalinowska, ma poczucie, że dyplom szkodzi ? kobieta światła prędzej zostanie starą panną, niż umiejąca ładnie wyszywać głupia gęś. Podobną świadomość ma dyrektorka szkoły, Wachowska, która z rozgoryczeniem stwierdza, że aby dogodzić rodzicom, warto byłoby zmniejszyć ilość lekcji matematyki na korzyść robót ręcznych. To już bliskie rozterkom pani Latter u Prusa.

Nadzieję na zmiany dają jednak uczennice ? młode kobiety żywiołowe i ciekawe świata. Gdy czytałam o nich, jak żywo stawał mi przed oczami film Weira ?Piknik pod wiszącą skałą? ? również opowieść o tajemnicy, młodości i śmierci.

W debiutanckiej powieści Szwechłowicz wszystko jest dopracowane ? odtworzenie nastroju i realiów epoki, przekonujące motywacje i charaktery postaci, wreszcie dokonały język.

To jedna z lepszych powieści retro jakie ostatnio czytałam. Serdecznie polecam.

No i landrynki. Odegrają naprawdę ważną rolę!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i ska