Strona główna Inne Camilla Grebe i ?sa Träff, ?Bardziej gorzka niż śmierć? – fragment

Camilla Grebe i ?sa Träff, ?Bardziej gorzka niż śmierć? – fragment

0
PODZIEL SIĘ

Wydawnictwo Rebis wydało drugą powieść pisarskiego duetu sióstr (rodzonych, nie zbrodniczych:-) Camilli Grebe i ?sy Träff. Powiesc nosi tytuł ?Bardziej gorzka niż śmierć? i jest jeszcze lepsza niż i tak już świetne pierwsze wspólne dzieło Grebe i Träff. Przekonajcie się sami, poniżej fragment.

 

 

 

?Z dołu wszystko wygląda inaczej.

 

Grube nogi od wielkiego stołu, dębowy blat z wyraźnymi słojami i od spodu nieodkryty jeszcze przez mamę rysunek kredą. Obrus opada miękkimi, kremowymi fałdami, tworząc budkę pod stołem.

 

Mama też wygląda inaczej, gdy się patrzy z dołu.

 

Tilde ostrożnie wysuwa głowę ze swojej budki i patrzy na stojącą przy kuchni mamę: jedną ręką upycha w garnku wystające kawałki spaghetti, które wyglądają jak bierki, w drugiej ręce trzyma papierosa.

 

Pod naciskiem widelca makaron wydaje suche trzaski.

 

Wytarte dżinsy zjechały mamie na tyłku, widać tatuaż nad pośladkami i różowe majtki.

 

Oglądany z dołu tyłek mamy jest ogromny, dziewczynka zastanawia się, czy to powiedzieć. Mama często pyta, czy nie ma za dużej pupy, i zmusza Henrika, żeby jej odpowiedział, chociaż on nie chce. Woli patrzyć na konie w telewizji, biegają w kółko, a on pije piwo.

 

To się nazywa, że ktoś ma zainteresowania.

 

Mama gasi papierosa w filiżance po kawie, długimi paznokciami chwyta kilka źdźbeł makaronu, które spadły koło garnka, i wkłada do ust, jakby to były słodycze.

Chrupią jej w zębach.

 

Dziewczynka bierze niebieską kredkę i zaczyna kolorować kawałek kartki, który będzie niebem. Na rysunku jest już domek. To ich dom, a przed nim czerwony samochód, który sobie kupią, gdy mama znów dostanie pracę. Przesączające się przez okno blade przedpołudniowe jesienne światło maluje kuchnię w smutne kolory, ale w jej budce panuje przytulny mrok. Dociera tu w sam raz tyle światła, by widzieć kartkę, która leży przed nią na podłodze, i domyślać się kolorów kredek.

 

Z radia nieustannie płynie muzyka przerywana reklamami.

 

Dziewczynka już wie, że reklama jest wtedy, gdy gadają. Gdy Henrik idzie wysikać wypite piwo. Reklama jest też wtedy, gdy mama wychodzi na balkon, żeby zapalić, a gdy Henrika nie ma, pali w domu. Chociaż wtedy nie ma reklam.

 

Lekkie, delikatne pukanie, jakby ktoś nie tyle pukał, ile przechodząc, w zamyśleniu zabębnił palcami o drewnianą taflę drzwi.

 

Dziewczynka widzi, jak mama zapala następnego papierosa, wygląda, jakby się zastanawiała.

 

Pukanie przechodzi w łomot.

 

Buch, buch, buch.

 

Nie ma wątpliwości, za drzwiami stoi ktoś, kto domaga się wpuszczenia. Ktoś, komu się śpieszy.

 

– Już idę! – woła mama i powoli, z papierosem w ręce idzie do drzwi. Jakby miała Bóg wie ile czasu. Tilde wie, że tak jest, bo Henrik musi się nauczyć, że trzeba poczekać. Nie wszystko naraz i nie wszystko na jego warunkach. Mama tak mu powiedziała.

 

Tilde wyszukuje jasnożółtą kredkę, powinna się nadać do rysowania słońca, i krągłym ruchem kreśli kółko. Papier trochę się marszczy, mała przytrzymuje go drugą ręką i wtedy w prawym rogu powstaje nieduże rozdarcie. Małe pęknięcie w tworzonym przez nią idealnym świecie.

 

Dziewczynka zastanawia się, zacząć od nowa czy rysować dalej?

 

Buch, buch, buch.

 

Henrik chyba złości się jeszcze bardziej niż zwykle. Słychać chrobot zdejmowanego łańcucha, mama otwiera drzwi.

 

Tilde szuka wśród kredek, które w mroku pod stołem przypominają szarobrązowe patyczki. Jakby siedziała w lesie pod choinką i bawiła się prawdziwymi patykami. Ciekawe, jak by to było, Tilde nigdy nie była w lesie. Tylko na placu zabaw w centrum, a tam nie ma choinek, same kolczaste krzaki z malutkimi pomarańczowymi jagódkami, dzieci mówią, że są trujące.

 

W końcu znajduje szarą kredkę. To będzie wielka, ciemna chmura. Taka z deszczem i gradem w brzuchu, którego nabrzmiały kształt i sina barwa budzi u dorosłych lęk.

 

Z przedpokoju dochodzą rozgniewane głosy i walenie, ale jakieś inne. Głuche odgłosy, jakby raz za razem coś padało na podłogę. Tilde wolałaby, żeby wreszcie skończyli te awantury i żeby mama wyrzuciła złote puszki po piwie, o które Henrik ciągle się złości.

 

Tilde wychyla się i wygląda spod obrusa. Teraz krzyczą, coś się stało. Głosy brzmią obco. Henrik mówi jakimś innym głosem.

 

Przedpokój jest pogrążony w ciemności.

 

Nic nie widać, można się tylko domyślać, że coś się rusza.

 

Wrzask.

 

Ktoś, Tilde widzi, że to mama, bezwładnie pada głową naprzód na podłogę w kuchni. Ląduje na brzuchu, twarzą do podłogi, widać pod nią czerwoną kałużę, która staje się coraz większa. Ręce mamy chwytają chodnik, jakby chciała się przytrzymać, wykonuje ruch w kierunku pokoju i w tym momencie do kuchni toczy się po podłodze coś małego i błyszczącego. Kulka?

 

 

Ktoś, mężczyzna, klnie w przedpokoju. Niskim, chrapliwym głosem. Potem słychać kroki. Ciemna postać pochyla się, łapie metalowy przedmiot i już widać, że to pieniążek.

 

Tilde boi się wystawić głowę, sprawdzić, kto to, widzi tylko czarne buciory i ciemne nogawki, które zatrzymują się koło głowy mamy, sekunda wahania, potem kopią ją w twarz, raz za razem. Aż wydaje się, że cała twarz odpada, jak maska z lalki, a na chodnik wylewa się kałuża czerwonej i różowej brei. Ta breja jest również na czarnych buciorach. Skapuje na podłogę jak roztopione lody.

 

Robi się cicho, tylko ta muzyka z radia. Tilde dziwi się, jak to możliwe, że muzyka gra i gra, jakby nic się nie stało, chociaż mama leży na podłodze jak kupka brudnej bielizny, a kałuża krwi z każdą chwilą staje się coraz większa.

 

Oddech mamy brzmi przeciągle, chrapliwie. Jakby się zachłysnęła.

 

Potem widzi, jak pan ciągnie mamę do przedpokoju, centymetr po centymetrze. Mama wciąż mocno trzyma chodnik, który wyjeżdża razem z nią do ciemnego pomieszczenia.

 

Na jasnym kuchennym linoleum zostaje tylko morze krwi i różowa breja.

 

Chwila wahania, potem Tilde wraca do kolorowania szarej chmury gradowej.?

 

Fragment powieści Camilli Grebe i ?sy Träff zamieszczamy dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis.