Recenzja Marty Guzowskiej
Wielu, zbyt wielu, żeby ich wymieniać, pisarzy, a zwłaszcza pisarzy szeroko rozumianych powieści przygodowych (do których w tym przypadku zaliczyć muszę też sensację i kryminał, ale tylko na potrzeby tego tekstu), cierpi na przypadłość, którą, z braku lepszego określenia, nazwać można nieudanym orgazmem (choć może bardziej elegancko brzmiałoby ?z wielkiej chmury mały deszcz?). Każdy, kto się na taki orgazm natknął (mam na myśli literaturę), wie, na czym to polega. Gra wstępna w porządku, napięcie rośnie, osiąga szczyt, a potem pfff i koniec. Udany orgazm w powieści przygodowej, sensacyjnej czy kryminalnej jest o wiele trudniejszy do osiągniecia niż w seksie i wierzcie mi, wiem, co piszę.

Ale do rzeczy. Loureiro problemu z orgazmem nie ma. Napięcie, nakręcane przez dwa tomy, rozładowuje się w spektakularnym wybuchu. Który trwa i trwa i trwa?
Główny bohater poprzednich części, młody prawnik zamieniony siłą konieczności w survivalowca, jego dziewczyna Lucia i jego ukraiński kumpel i (cenna umiejętność!) pilot helikoptera Prit zostają uratowani z potwornego sztormu przez statek należący do małego miasta-państwa nad Zatoką Meksykańską. Jego mieszkańcy w porę odgrodzili się od reszty świata murem, którego zombie nie dają rady sforsować i są chyba jedyną ocalałą społecznością żyjącą we względnym dobrobycie. Ale nie wszyscy. Okazuje się, że w cudownym mieście panuje ostra segregacja rasowa i klasowa, a ?ci gorsi? są traktowani jak niewolnicy i nieustannie wysyłani za mur do walki z zombie.
Aby dodać apokalipsie smaczku Loureiro włączył do gry jeszcze Koreańczyków. W sumie to logiczne, że odizolowana od świata Korea Północna zdołała także odizolować się od zombie. Teraz jednak koreańscy wojskowi, prowadząc nieustanny nasłuch radiowy, odkrywają amerykańskie miasto. I postanawiają zatknąć nad nim koreańską flagę.
Co tu dużo pisać: dzieje się! Wydarzenie goni wydarzenie, nasi bohaterowie ledwo wykaraskają się z jednej opresji, już wpadają w następną, a zombie czekają za murem. Czyli wszystko według reguł gry.
Orgazm z Loureiro (mam na myśli literaturę) był o tyle przyjemniejszy, że inteligentny. Ja wiem, że powieści o zombie nie pretendują zazwyczaj do klasy noblowskiej, ale nie znam nikogo, kto lubi, żeby obrażać jego inteligencję. Loureiro tego nie robi. Po pierwsze: znajduje inteligentne wytłumaczenie swojego happy endu (bo jednak happy end jest). Po drugie: mimo miliardów zombie, jakie napotykamy na kartach jego powieści, i tak na koniec okazuje się, że największym zagrożeniem dla człowieka jest człowiek. I temu pesymistycznemu akcentowi zawdzięczmy dużą przyjemność czytania.
?Gniew sprawiedliwych?, trzecią część ?Apokalipsy Z? Manela Loureiro przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.





