Strona główna Inne „Stało się” Magdy Kuydowicz. Fragment

„Stało się” Magdy Kuydowicz. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

„Stało się” Magdy Kuydowicz. FragmentOSOBY ZAMIESZANE W ZBRODNIĘ:

 Matylda Kwiatek – rozczochrana dziennikarka koło czterdziestki, tropiąca uparcie ślady zmarłego kochanka

Natalia Stachyra – przyjaciółka Matyldy i jedyna sojuszniczka, walcząca z uczuciem do swojego eks, czyli do Stacha

Stachu Stachyra – były mąż Natalii, który walczy o odzyskanie jej miłości i o zachowanie trzeźwości przy okazji

Porucznik Ryszard Kudełka – przebiegły i zadziwiająco sprawny policjant, potajemnie podkochujący się w Matyldzie

Maciek Sat – producent, szef i bliski kolega Matyldy, który nieoczekiwanie staje się jednym z podejrzanych

Hanka Powalisz – dziewczyna Maćka, która kocha tylko rośliny

Klotylda Kwiatek – mamusia, wielbicielka intryg, krzyżówek i Ryszarda Kudełki

Zbigniew Nadworny – zwany nie bez przyczyny Ohydnym Zbyszkiem – kochanek Matyldy i jej utrapienie

Marta Nadworna – żona Zbyszka, zwana nie bez powodu Podłą

Piękny Henio – prawnik i niespełniona miłość Matyldy z czasu studiów

Kamil Trop – funkcjonariusz policji koszalińskiej, słynący z podrywów i spostrzegawczości

Marianna Lis – rudy demon po pięćdziesiątce i ofiara mordercy

Roman Gryzła – latarnik, kolejna ofiara

Andrzej  Nawałka – zwany nie bez przyczyny Savonarolą – tajemniczy bóg kinezy

Roman Burda – działacz społeczny i narodowiec, ukrywający swój romans z czarnoskórym gejem, ponura postać trzęsącą całym Koszalinem

Krzysio Lowelas – piękny i zepsuty do szpiku kości montażysta

Kostek Reguła – milczący sąsiad anglista-cyklista, wierny przyjaciel Matyldy

Oraz uczestnicy obozu sportowego w Mielenku, pracownicy pensjonatu Osa, koledzy Matyldy z pracy, podwładni Ryszarda Kudełki, właściciele lokali: Niezłe Ziółko, Kafelek i inni.

 

ROZDZIAŁ 1

STAŁO SIĘ

Szłam siłą woli. Nieumalowana, zrozpaczona, rozczochrana przez wiatr i wściekła. Oślepiało mnie poranne słońce, a gęstniejący w centrum tłum wsysał i wyrzucał mnie co chwila na zewnątrz. Nie słyszałam ani nie czułam nic. No, może poza chęcią szybkiego zobaczenia Podłej. I znokautowania jej jednym celnym słowem lub ciosem. Obojętne. Włosy wymykały mi się co chwila spod kaptura bluzy. Mysie końcówki chłostały mnie po policzkach. Od płakania miałam zapuchnięte oczy. Zwykle duże i ciemne, teraz przypominały wąskie ciemno­czerwone szparki. Czułam się kobietą doświadczoną przez los, w za bardzo średnim wieku i bez nadziei na zmianę tej sytuacji. Oraz wyglądu. W dodatku szary dres skutecznie odbierał wdzięk moim kobiecym kształtom. A Podła słynęła z elegancji. I braku dresu.

W podziemiach pachniało tanim jedzeniem, a pędzący przechodnie byli jak tornado. Obijałam się a to o torebki, a to o ramiona społeczeństwa pędzącego na oślep do tramwajów we wszystkich możliwych kierunkach świata. Ogłuszająco zawodziła już Orkiestra z Chmielnej. Kwiaciarki rozstawiały swoje bukiety, złorzecząc na bezdomnego z psem, który jak zwykle leżał tutaj i żebrał. Wiadomo. Miejsce na rogu było najlepsze. Ale tego dnia nie dostał ode mnie ani grosza. Przeszłam szybko obok i dotarłam do wyjścia z tunelu. Jeszcze trzy przecznice i będę na miejscu. Zbyszkowi życia to nie wróci, ale przynajmniej się czegoś dowiem.

 

***

Tymczasem żona mojego martwego kochanka, starannie wypacykowana i ubrana jak spod igły, siedziała w mojej i Zbyszka ulubionej kawiarni – Niezłe Ziółko – na rogu Wilczej. Czekała na mnie i sączyła modny napój pietruszkowy z miodem. Żywa, kompetentna do bólu chuda szatynka. Chłodna jak głaz, o wypolerowanych na błysk szponach w kształcie idealnego migdała. Niech ją! Dlaczego właściwie to nie ona zginęła w tym wypadku? Poważnie nabuzowana dotarłam na miejsce i usiadłam przy niej tak gwałtownie, że aż wytrąciłam jej z ręki tablet. Kątem oka zarejestrowałam, że czatuje na erotycznym portalu randkowym, gdzie szuka się partnera. I fakt, że to dostrzegłam, tak ją strasznie wkurzył, że zaczęła na mnie znienacka krzyczeć. Że niby jakim prawem ją szpieguję! Też coś! Od lat zdradzała Zbyszka z byle kim. Każdy to wiedział! Każdy! Nim skończyłyśmy wymianę wrzasków, bezszelestnie pojawił się właściciel lokalu – Cwany Bonzo. Z sokiem z pokrzywy dla mnie w ramach promocji. Umilkłyśmy i zamówiłyśmy jeszcze po kawie. Ochłonęłam i spojrzałam na nią raz jeszcze. Awantura nie spowodowała najmniejszej zmiany w jej nienagannym wyglądzie. Jak ona to robi?! – zastanawiałam się. I ciekawe, za ile. Powoli popijałam to zdrowe paskudztwo i skanowałam ją bacznie od stóp do głów. Po kolejnym łyku zielonej lury Podła Małżonka, cała w modnych odcieniach limonki z bielą z najnowszej kolekcji jakiejś tam, pochyliła się w moją stronę i postanowiła przemówić ponownie. Tym razem jednak syczała teatralnie ściszonym głosem.

– Słuchaj no, ty, Zbyszek zginął nagle. Zostawił ci podobno klucze do domu nad morzem i jakieś ważne dokumenty w teczce. Muszę je mieć, i to szybko. W samochodzie wszystko spłonęło. A chcę się tam dostać jeszcze przed pogrzebem.

Zamurowało mnie. Perorowała więc dalej.

– Jak mi tego nie oddasz, to mój adwokat dobierze ci się do tyłka! Tak jak, za przeproszeniem, mój małżonek dobierał się przez ostatnie miesiące! Ale przyjemnie nie będzie! Zapewniam! – Odsunęła się wreszcie od stołu na długość obu rąk. Czerwona na twarzy. Prawie pękała ze złości. Istna kobra w Kenzo i Manolo Blahnik!

Skąd ona wie? Zostawił jej kartkę przy łóżku czy co? Nadal miałam ściśnięte gardło i nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Tymczasem dookoła nas gęstniał już poranny tłum przyjemnie podekscytowanych awanturą damulek z pobliskich biurowców. Notorycznie wpadały tu po kawę. Rzeczywiście była najlepsza w mieście. Po tyradzie Podłej w całym lokalu zapanowała przerażająca cisza. Byłyśmy niewątpliwie atrakcją tego dnia, jeśli nie całego sezonu. Wreszcie wzięłam głęboki oddech, żeby dać jej ostateczny odpór. A zaraz potem zemdlałam.

 

***

Gdy się ocknęłam, Bonzo, chwytając mnie delikatnie pod ramiona, holował moje jestestwo w stronę stylowego mebla przodków pod oknem. A Podła Żona, trzymając moje skąpo odziane w trampki odnóża, powtarzała jak nakręcona:

– Ale kto mógł przewidzieć, że ona zasłabnie? No kto? Kawał baby z niej, no nie?

A żeby cię pokręciło! Obyś wyłysiała i porosła parchami. Z włosem w środku każdego z nich! – zamarzyłam skrycie. Tymczasem przy pomocy Bonza z godnością ulokowałam się na zabytkowej rekamierze i zaczęłam się wachlować gazetą ze stolika. Po chwili dostałam swoją torebkę, rozpinaną bluzę i wodę. Mimo totalnego osłabienia postanowiłam także przemówić.

– Won stąd, babo wredna, bo cię uszkodzę! – wycedziłam wreszcie.

Miało to zabrzmieć groźnie, ale zaszemrałam tylko jak górski strumyk. Mimo to do Podłej błyskawicznie dotarło i ulotniła się wreszcie. Odetchnęłam. Tłum damulek z kawą też odetkało. Popychając się i chichocząc jak dzierlatki, zaczęły stopniowo opuszczać kawiarnię. Po kwadransie doszłam do siebie na tyle, aby spuścić nogi na podłogę i poprosić Bonza o wezwanie mi taksówki. Wtedy niespodziewanie pojawiła się moja najlepsza przyjaciółka, Natalia. Z rozmachem otworzyła szklane drzwi kawiarni i trzasnęła nimi tak, że aż ziemia zadrżała. Rosła, dorodna oraz zamaszysta w ruchach, o pięknych ciemnoblond włosach do ramion zebranych w kitkę, wzbudzała automatyczną sympatię kobiet i silny przestrach u mężczyzn. U byłego męża zwłaszcza. W przeciwieństwie do mnie była wcieleniem spokoju, odwagi i zdrowego rozsądku. Uwielbiałam ją z wzajemnością od lat.

– Matko Boska, Mati, co się stało?! – krzyknęła.

– Ciii, nie wrzeszcz tak! Skąd wiedziałaś? – Gestem nakazałam jej podejść bliżej. Wciąż miałam mroczki przed oczami.

– Podła zadzwoniła do Maćka, że zasłabłaś, a on do mnie! – Natalia z troską zaglądała mi w oczy i podawała bluzę.

– Do Maćka? Skąd miała jego numer? – zdziwiłam się i zamarłam z ręką w jednym rękawie.

– Od Zbyszka pewnie, znają się przecież od lat. Teraz też coś razem robili. Mati, może na pogotowie trzeba jechać? Powiedz, co mam robić, powiedz… – jęczała i wpychała mi teraz na głowę, nie wiadomo po co, swoją marokańską chustę.

– Żadnych konowałów! Chcę do domu! Muszę wziąć prysznic. Spociłam się jak mysz od tych sensacji! – Zerwałam upiorne nakrycie z głowy i raźno ruszyłam do wyjścia. Zachwiałam się jednak po drodze i rozpaczliwie uczepiłam ściany.

– Ale co ci się… – Natalia w mig znalazła się obok.

– W domu ci powiem – ucięłam stanowczo. Nieporadnie szarpałam już za klamkę. – Zawieź mnie do mnie, na Różaną – zadecydowałam, biorąc ją stanowczo pod rękę. – Po drodze coś załatwimy. Nie ma głupich, nie dam Podłej satysfakcji!

I moja przyjaciółka jak zawsze zrobiła wszystko, o co ją poprosiłam. W miarę szybko wydostałyśmy się jej starym bolidem ze Śródmieścia i już po kilkunastu minutach parkowałyśmy na moim Mokotowie. Z telefonu Natalii wydzwoniłam jeszcze zaprzyjaźnionego prawnika. Obiecał odezwać się, jak tylko uda mu się coś ustalić w związku z wypadkiem.

– Czemu nie chcesz używać swojego telefonu? – zdziwiła się Natalia.

– Bo to telefon firmowy. Maciek dostaje billingi. Nie chcę, żeby wszystko wiedział. Może mnie potem ciągnąć za słówka. Nie zniosę tego.

– No to co, na litość boską? – Natalia stanęła w miejscu i zatarasowała sobą wejście na klatkę. Odsunęłam ją łagodnie i stanowczo.

– Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Poza tym nie podoba mi się to, że Podła tak sobie od razu do niego zadzwoniła. Zamieniamy się telefonami. Przegrywamy kontakty. Ale już!

– Mati, nie popadaj w obsesję! Przecież Maciek robił jej reportaż z otwarcia nowej siedziby uczelni, gdzie ta larwa wykłada. I dawał wam ze Zbyszkiem klucze do pokoju na godziny, z tego mieszkania pod wynajem obok biura – jęknęła moja przyjaciółka. – No nie pamiętasz?

Ale posłusznie oddała mi swoją komórkę. Chwilę trwało, nim skopiowałyśmy sobie także dane z kart SIM. Dlaczego robiłyśmy to w pośpiechu na ciemnej klatce, Bóg raczy wiedzieć. Ale coś kazało mi to zrobić od razu. A ja zawsze słuchałam swojej intuicji.

W końcu wjechałyśmy na wysokie drugie piętro mojej kamienicy.

– Właśnie – mruknęłam do siebie, wysiadając z rozklekotanej windy. – On był za blisko mnie w tym wszystkim ze Zbyszkiem.

– Że co, proszę? – Natalia już otwierała drzwi mojego mieszkania.

– Nic, nic – uspokoiłam ją. – Muszę do łazienki.

Szybko wskoczyłam do wanny pod chłodny prysznic, zostawiając na wszelki wypadek otwarte drzwi. Chłodna woda na chwilę skutecznie oderwała mnie od koszmaru. Namydliłam ciało antyalergicznym żelem i stałam przez dłuższą chwilę pod silnym strumieniem, nie myśląc o niczym konkretnym. Tajałam tak sobie, kątem oka śledząc w lustrze widoczne efekty stresu. Schudłam i wyszlachetniałam przez ten cały toksyczny romans. Bez dwóch zdań. To mi jednak w sumie może nawet wyszło na dobre.

Wyszłam, owijając się szlafrokiem, i poklapawszy mokrymi stopami po śliskiej podłodze łazienki, pochuchałam w zaparowane lustro.

Po czym półgłosem podsumowałam moje przebłyski intuicji spod windy sprzed kwadransa. Zwykle najlepsze rzeczy przychodziły mi do głowy po kąpieli, więc tym razem mogło być tak samo.

Maciek, nasze dziennikarskie dochodzenie nad morzem. Ożywione ostatnio biznesowe kontakty ze Zbyszkiem, o których nie chciał mi nic powiedzieć. Kupno działki pod Koszalinem na Hankę, flamę Maćka. Ostentacyjnie okazywana przez niego niechęć. Pracowali, a jednocześnie się nie znosili? Dziwne…

Natalia tymczasem rzuciła się do przyrządzania nam ogromnej ilości mocnej czarnej herbaty w termosie. Znała mnie i wiedziała dobrze, co się święci. Czekało nas wiele godzin płaczu i męczących ustaleń. Zadzwoniła też do matki, prosząc, żeby ta otworzyła dziś za nią knajpę i posiedziała do wieczora. Z kochankami może nie szło mi ostatnio najlepiej, ale przyjaciółkę to ja miałam na medal.