Strona główna Inne Sebastian Fitzek „Pacjent”. Fragment

Sebastian Fitzek „Pacjent”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Sebastian Fitzek „Pacjent”. FragmentDlaczego tu jest tak zimno?

Choć Miriam przekroczyła właśnie próg piekła, tu na dole panował ziąb. Piwnica bez okien miała wilgotne ceglane ściany, które pokrywała czarna pleśń, jak rak pokrywa oskrzela palacza
tytoniu.

– Uwaga – ostrzegł policjant, wskazując jej głowę, którą musiała pochylić, żeby w przejściu do kotłowni nie zawadzić o rurę kanalizacyjną. A Miriam miała przecież tylko metr sześćdziesiąt pięć wzrostu. Nie mogła się równać z Tramnitzem, który wyglądał o wiele zbyt atrakcyjnie jak na tak przerażającą sytuację. Miał szerokie barki, wysokie czoło, szczupłą, ale muskularną budowę.  Był jak stworzony do zdjęcia na tytułową stronę berlińskiego kalendarza policyjnego, gdyby taki istniał. Ale tu, na dole, jego blond fryzura w stylu „znowu się nie wyspałem” zbierała kurz i pajęczyny, bo głową dosięgał do piwnicznego stropu. Domek na skraju Grunewaldu pochodził z lat dwudziestych zeszłego wieku. W tamtych czasach tutejsi ludzie widocznie byli niżsi.  I na pewno nie tacy źli jak ostatni mieszkaniec tego domu.

Chociaż, kto wie?

Miriam przełknęła ślinę i starała się przypomnieć sobie, jak ma na imię ten uprzejmy policjant, który przyjechał po nią i przywiózł ją tutaj. Nie, żeby to miało jakieś znaczenie. Próbowała tylko zająć myśli czym innym. Ale nie udawało się jej skierować ich na coś neutralnego. Nie tu, w tej piwnicy cuchnącej krwią, moczemi strachem.

I śmiercią.

Tramnitz odczepił czerwono-białą taśmę przyklejoną przez ekipę zabezpieczającą ślady na krzyż w otwartej framudze drzwi i zagradzającą dostęp do miejsca zbrodni. Widniały na niej powtarzające się słowa BLOKADA POLICYJNA, czarnymi literami na dwubarwnym tle.

Ale Miriam przeczytała: „NIE IŚĆ DALEJ! NIE PATRZEĆ!”

– Proszę posłuchać. – Komisarz pocierał nerwowo trzydniowy zarost. W świetle zakurzonej piwnicznej lampy wyglądał, jakby był chory na żółtaczkę. – Właściwie nie wolno nam tu przebywać.

Miriam chciała jednocześnie przytaknąć i pokręcić przecząco głową (nie, nie wolno nam; ale: tak, ja muszę to zrobić), co w rezultacie sprawiło, że jej tułów wykonał dziwny ruch.

– Kiedy ja chcę to zobaczyć – odezwała się.

Powiedziała „to”, jakby chodziło o jakiś przedmiot. Nie zdobyła się, żeby nazwać grozę po imieniu. Bo byłoby to jej imię.

– Przekraczam w tej chwili swoje uprawnienia. Miejsce zbrodni jeszcze nie jest dostępne, a ten widok…

– Nie może być gorszy od tego, który mam w głowie – powiedziała ledwo słyszalnie Miriam. – Proszę, ja muszę to zobaczyć na własne oczy.

– Dobrze, ale uwaga! – Policjant ostrzegł ją po raz drugi, wskazując teraz na stopnie przed nimi. Drewniane schodki zaskrzypiały sucho pod jej sportowymi butami. Tramnitz odciągnął na bok
mleczną plastikową płachtę niby zasłonę prysznica. Znajdował się za nią jakby przedsionek piwnicy, wykorzystywany prawdopodobnie przez właściciela jako przebieralnia czy garderoba, i dopiero kilka kroków dalej przez przymknięte drzwi przeciwpożarowe wchodziło się do piekła.

Mundur listonosza wisiał porządnie na wieszaku na miedzianym przewodzie. Obok stał dwukołowy wózek z paczkami.

– A więc jednak – wyrwało się Miriam.

Tramnitz kiwnął głową. Zamrugał, jakby dostał mu się do oczu kurz unoszący się w zatęchłym powietrzu.

– Pani podejrzenia się potwierdziły.

Boże wielki.

Miriam chwyciła się za gardło, niezdolna przełknąć ślinę, usta miała wyschnięte. Kiedy policja mimo upływu tygodni wciąż jeszcze nie natrafi ła na ślad Laury, Miriam na własną rękę podjęła poszukiwania córki. Przepytała raz jeszcze wszystkich sąsiadów, wszystkich pracowników sklepów w okolicy placu zabaw w Dzielnicy Szwajcarskiej, na którym jej córkę widziano po raz ostatni. Była tam pewna starsza lokatorka, z lekką demencją, której gadania widocznie nikt nie wziął na serio albo nikt się nie zastanowił nad jej słowami, co było o tyle zrozumiałe, że w trakcie mówienia bardzo szybko traciła wątek i zaczynała pogrążać się we wspomnieniach. W każdym razie kobieta powiedziała, że w dniu uprowadzenia widziała pocztowego doręczyciela. Zrobiło jej się go żal, bo nikt mu nie pomógł taszczyć tego mnóstwa paczek, które musiał zabrać z powrotem i wracać z nimi kawał drogi od bloku przy ulicy Altdorfer aż do swojej furgonetki DHL, bo nie zastał odbiorców w domu. Potem zaczęła opowiadać, że ten człowiek przypominał jej siostrzeńca, co nie przysporzyło wiarygodności jej słowom. A jednak to ona dostarczyła najważniejszej wskazówki!

– On rzeczywiście był przebrany za doręczyciela – potwierdził Tramnitz i lekko trącił nogą stos paczek wysokości z półtora metra, ułożony na dwukołowym wózku przy ścianie. Była najpierw zdumiona, a potem przerażona, kiedy stos w całości się przewrócił, mimo że policjant ledwo go tknął.

– Papier mâché – oznajmił Tramnitz. – W środku nic nie ma.

Była to pusta wewnątrz atrapa. Wysokości metr pięćdziesiąt. Dość miejsca dla siedmiolatki.

– Laura – jęknęła Miriam. – Moje dziecko. Co on z nią zrobił?

– Odurzył ją, żeby ukrytą w tej atrapie bez przeszkód zawieźć do swojego dostawczaka. Proszę za mną.

Silne ręce Tramnitza odsunęły drzwi przeciwpożarowe, na których z zewnątrz widniała stara nalepka sklepu muzycznego Sound & Drumland. Czy to możliwe, żeby ten potwór lubił muzykę?

Tak jak Laura

Miriam przyszło na myśl dziecięce pianino, kupione nie dawniej jak zeszłego lata, które w ostatnich tygodniach tak nieznośnie cicho stało w dużym pokoju. Za to tu na dole było nieznośnie głośno. W tej kwadratowej piwnicy, do której właśnie weszła, Miriam zdawało się, że słyszy krzyki swojej córki. Echo wspomnień odbij ało się od trupioszarych ścian i wyłożonej płytkami podłogi z odpływem pośrodku. Nad nimi kołysała się niczym nieosłonięta, spryskana białą farbą żarówka, która wydawała się źródłem raczej cienia niż światła.

– Co to jest? – wychrypiała Miriam, wskazując na skrzynię stojącą przed nimi pod ścianą.

Tramnitz podrapał się po wygolonej skórze na karku i zmierzył wzrokiem kanciasty drewniany kojec. Skrzynia spoczywała na metalowym stole, przypominającym stół sekcyjny. Była zbita z brązowego prasowanego drewna, miała długość około półtora metra i szerokość trzydzieści centymetrów. W dłuższej ściance, zwróconej w ich stronę, w odstępie mniej więcej szerokości dłoni były wycięte dwa okrągłe otwory, nieco większe niż powierzchnia rakietki do ping-ponga. Były obciągnięte nieprzejrzystą folią, tak samo jak górna część skrzyni, Miriam nie mogła więc widzieć, co znajduje się w jej wnętrzu.

– To inkubator – wyjaśnił Tramnitz i piekło tej piwnicy stało się jeszcze bardziej lodowate. Miriam zrobiło się niedobrze, kiedy pojęła, że otwory umożliwiają dotykanie tego, co się kryło za ściankami „inkubatora”.

– Co on jej zrobił? Co on zrobił mojemu dziecku? – spytała Tramnitza, nie patrząc na niego.

– Sprawca pracował wiele lat na oddziale wcześniaków, dopóki nie został stamtąd wyrzucony za nieobyczajne zachowanie. Nigdy tego nie przebolał. Tu na dole stworzył sobie własny oddział noworodków.

– Po co?

Miriam podeszła o krok bliżej, wyciągnęła rękę, ale dłoń za bardzo jej się trzęsła. Nie była w stanie nic zrobić. Jakby „inkubator” otaczało pole magnetyczne, tym silniej odpychające jej palce, im bardziej się zbliżały, żeby zerwać folię.

Tramnitz podszedł do niej od tyłu. Dotknął lekko jej ramienia, odchrząknął.

– Czy pani naprawdę tego chce?

Kiwnęła głową, zamiast uciec z krzykiem. Policjant zerwał plastikową folię z „inkubatora”, a Miriam nie zdążyła wystarczająco szybko zamknąć oczu. Zobaczyła, a obraz grozy odcisnął piętno w jej pamięci jak rozżarzone żelazo odciska znak na skórze zwierzęcia.

– Laura – wydusiła, dysząc ciężko, bo nie było wątpliwości.

Ciało było wprawdzie przysypane absorbującym zapachy żwirkiem dla kotów, a pod szeroko otwartymi oczami wiły się już robaki, ale Miriam poznała ją: po dołeczku na brodzie, znamieniu
obok prawej brwi, po spince do włosów z księżniczką Lillifee poskramiającą krnąbrny kucyk.

– Dbał o nią.

– Że co?

Miriam była duchem oddalona o lata świetlne od wszelkiego rzeczywistego życia, pogrążona w morzu bólu i udręki. Słowa policjanta wdarły się do jej świadomości jak z innego wymiaru i nie miały sensu.

– Dawał jej pożywienie, lekarstwa, ciepło. I miłość.

– Miłość?

Miriam pomyślała, że chyba straciła rozum. Odwróciła się do Tramnitza i spojrzała na niego. Za zasłoną z jej łez atrakcyjna, symetryczna twarz policjanta rozmywała się jak za ścianą deszczu.

Ku swemu przerażeniu usłyszała jego gardłowy rechot.

– O, jest dużo lepiej, niż miałem nadzieję. Ten wyraz pani twarzy!

W tym momencie Miriam miała pewność, że nie ma już Boga.

Jest już tylko ona, trup Laury i diabeł tuż przed nią.

– Nie jest pan żadnym policjantem – chciała jeszcze wykrzyczeć.

– To pan zrobił! To pan uprowadził moje dziecko, torturował je i zamordował!

Ale wszystkie te słowa już nie wydobyły się z jej ust, bo między oczy Miriam wbiła się siekiera. Ostatni dźwięk, jaki usłyszała w tym życiu, to był bolesny trzask, jakby cały las suchych gałęzi łamał się w jej uszach, przez co przebij ał się już tylko odrażający rechot Guida Tramnitza, kiedy zadawał ciosy. Raz za razem. I znowu. Aż wszystko wokół niego i niej stało się jedną jedyną czerwoną mgłą, a potem ostatnim, gwałtownym bólem. Potem nie było już nic.

Nie było już nawet czerni.