Strona główna Recenzje Salomon Creed Simona Toyne recenzja

Salomon Creed Simona Toyne recenzja

0
PODZIEL SIĘ

Salomon Creed Simona Toyne recenzjaSalomon Creed – człowiek znikąd

Bohater, pojawiający się w pierwszej scenie książki, w niecodziennych okolicznościach – tu wyłania się z pożaru, który nastąpił po katastrofie niewielkiego samolotu – skąd my to znamy? Od razu na myśl przychodzi choćby „Tożsamość Bourne’a”, zwłaszcza, że Salomon Creed także niczego nie pamięta. Tylko że nasz bohater jest inny, wie, że ma kogoś ocalić, zna nawet jego nazwisko: James Coronado. Nie zniechęca go nawet fakt, że mężczyzna ten nie żyje i na ocalenie jest już za późno.

Skoro na ocalenie zabrakło czasu, może starczy go na Odkupienie? Bo taką nazwę nosi miasteczko, do którego los zawiódł tajemniczego albinosa Salomona Creeda. Człowieka, który nie wie, kim jest, skąd pochodzi, ale ma francuską marynarkę ze swoim nazwiskiem na wszywce, zna się na wielu bardzo skomplikowanych sprawach, posiada coś w rodzaju zdolności jasnowidzenia, a na ramieniu ma piętno w kształcie litery „I”.

Odkupienie i jego niezwykła historia

Samo miasto również zasługuje na uwagę. Powstało na niegościnnej pustyni w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem i wzbogaciło się dzięki kopalni miedzi. Miejscowa legenda, starannie pielęgnowana i otaczana kultem, mówi o szanowanym ojcu-założycielu, wielebnym Jacku Cassidy. Duchowny, wiedziony siłą swej wiary i wielkim samozaparciem, dotarł aż na to miejsce, by zbudować kościół. Odkryte w pobliżu złoża kruszców zapewniły dostanie życie mieszkańcom, a rodowi Cassidych szacunek i funkcję burmistrzów w mieście. Przez lata ludzie szeptali, że protoplasta rodu odkrył wielki skarb, który gdzieś zakopał, o czym enigmatycznie wspominał w swej autobiografii.

Pożar, którego nie sposób ugasić

James Coronado to młody szeryf, który zginął w wypadku samochodowym, nie zdążywszy nawet objąć swego urzędu. Z jakiego powodu Salomon Creed miał go uratować i właściwie przed czym? Jaki związek ma historia miasteczka z jego współczesnością i co jeszcze kryje się na kartach pamiętnika Jacka Cassidy’ego? W katastrofie samolotowej, od której bierze początek cała ta opowieść zginął syn szefa narkotykowego kartelu, a ów gangster, Papa Tio, nie zwykł wierzyć w wypadki. I gdy ktoś krzywdzi jego rodzinę bierze krwawy rewanż na wszystkich, którzy znaleźli się w pobliżu miejsca zdarzeń. Ojcowie miasta czują, że do Odkupienia zbliża się katastrofa. Nadciąga coś groźniejszego niż pożar, który zagrażał im na początku tej historii, i z którym pomógł uporać się Salomon Creed, tajemniczy przybysz.

Niezwykła historia

„Salomon Creed” to niezwykła mieszanka thrillera i – nie zawaham się tego powiedzieć – horroru. Mamy tu bowiem po trosze opowieść grozy wyzierającą z pamiętnika Jacka Cassidy (historyczny plan powieści). Opowieści o duchach, mieszają się tu z majaczeniami człowieka dręczonego przez gorączkę, pragnienie i szał samotnej wędrówki przez pustynię. Okropności, jakich tam doświadczył na zawsze pozostaną w jego pamięci. Ale Creed także widuje duchy. Zjawę małej dziewczynki, opisanej w pamiętniku Cassidy’ego oraz ducha Jamesa Coronado. Sam również wydaje się być postacią nie z tego świata: albinos, ale różniący się od typowych albinosów. Nie ma różowej skóry, ani czerwonych oczu. Jest po prostu człowiekiem o bladej skórze i oczach koloru pyłu. Niesamowity i niezwykły, o niecodziennych zdolnościach.

Odkupienie

W mieście dzieją się bowiem rzeczy złe i trzeba, żeby zjawił się strażnik, który wyprostuje ścieżki i poprowadzi sprawy we właściwym kierunki. W historii Jacka Cassidy oraz w majaczeniach Papy Tio pojawia się opowieść o aniele z lustra, który po wysłuchaniu opowieści człowieka i ocenieniu jego charakteru spełnia życzenie. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że i tutaj – w symboliczny sposób spełniło się życzenie miasta o odkupieniu (a może marzenie jego założyciela?).

Przypowieść

Coraz częściej spotykam w literaturze popularnej książki, które są czymś więcej niż tylko rozrywką dla zabicia czasu. Niosą jakieś symboliczne przesłanie, czy sens. Tak jest też z „Salomonem Creedem”, powieścią z wyraźnie zaznaczoną symboliką, którą możemy wywodzić z biblijnej, bo ten kontekst sam się narzuca. Litera „I” na ramieniu Creeda, to może też być rzymska cyfra i oznaczać pierwsze zadanie do wykonania, albo też pierwsze przykazanie. Właśnie ono, najpełniej opisuje symboliczną sytuację mieszkańców miasteczka – od założyciela po ostatnich, najbardziej współczesnych mieszkańców.

Salomon Creed niczego nie pamięta – o tym już wiemy. W jego świadomości materializuje się jednak jakieś nazwisko. Na początku powieści było to „James Coronado”, na końcu zaś „Magellan”. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu przygód albinosa bez pochodzenia i przeszłości. A właściwie – z bardzo ciekawą przeszłością, bo coś jednak zostało w tej pierwszej części zdradzone, ale ja nic nie powiem, by nie popsuć przyjemności z lektury…

O „Salomonie Creed” u nas TUTAJ i TUTAJ

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Albatros