Strona główna Recenzje Nie tylko o zbrodni: Melodia starej księgi – recenzja „Karminu” Agnieszki Meyer

Nie tylko o zbrodni: Melodia starej księgi – recenzja „Karminu” Agnieszki Meyer

0
PODZIEL SIĘ
Karmin Agnieszki Meyer
Karmin okładka

Karmin Agnieszki Meyer

Agnieszka Meyer napisała bardzo dobrą książkę. Waham się, czy nazwać ją debiutem, bo coś na jego kształt ma już za sobą – to tom krótkich miniatur „Zabierz mnie do domu”, wydany w formie ebooka. „Karmin” jest jednak debiutem Agnieszki Meyer w zakresie pełnowymiarowej powieści, i to naprawdę udanym.

Ze wspomnianego już tomu opowiadań wiem, że Agnieszka Meyer lubi opowieści o różnych kulturach, ich przenikaniu się, wzajemnym podglądaniu i rozpoznaniu, wielojęzyczności, stereotypach i ich przełamywaniu. Życiu na wielu kontynentach, w różnych krajach. Także o samotności towarzyszącej podróżom i ludziom, którzy sami siebie nazywają obywatelami świata.

Karmin Agnieszki Meyer powieścią mieszanych gatunków

„Karmin” również opowiada tę historię. Na pozór jest to opowieść o miłości z pewnym sensacyjno-kryminalnym podtekstem. Mamy dwie kobiety i dwóch mężczyzn oraz dosyć zawikłaną historię uczuciową. Są ucieczki i pogonie, przemieszczanie się pomiędzy starym i nowym kontynentem. Wielkie namiętności i równie rozpaczliwe rozstania.

W życie Sabiny, zwanej Seliną, młodej Polki, konserwatorki książek, uczuciowo zaangażowanej w niełatwy związek z Niemcem, Maksem, wkracza tajemniczy David. Rozpoczyna się pomiędzy nimi dziwna, niepokojąca gra. Selina nic nie wie o Davidzie, a on bardzo strzeże swej prywatności – trudno nawet powiedzieć jak się nazywa i skąd pochodzi. Mówi tyloma językami, że nie sposób ocenić, który jest jego mową ojczystą. Nigdzie nie ma domu, zatrzymuje się wyłącznie w wynajętych mieszkaniach, sekretem jest jego zawód. Dziewczyna wie tylko, że ma to jakiś związek z licznymi podróżami. Kim zatem jest? Agentem specjalnym? Złodziejem? Mordercą do wynajęcia? David podziwia pracę Seliny, zwłaszcza umiejętność restaurowania starych ilustracji książkowych. Daje jej do wykonania trzy zlecenia, mające być trzema krokami we wtajemniczenie. Co czeka bohaterkę na końcu tej ścieżki? Jaką tajemnicę skrywa Księga? Jak to wszystko wreszcie wiąże się z Maksem i historią miłości obojga tych bohaterów?

Nic tu nie jest proste i oczywiste. Historia biegnie bajkowo, momentami onirycznie, a momentami wręcz sensacyjnie. Meyer zaproponowała nam powieść z pogranicza gatunków. Bardzo dobrze rozegraną w warstwie obyczajowej, gdzie rozterki Seliny są czytelne, jasne i przekonywujące, podobnie jak motywacje Maksa – możemy go nie popierać, ale jego punkt widzenia jest dla nas jasny. Autorka analizuje bowiem związki i relacje międzyludzkie w różnych przejawach: miłość, przyjaźń, pożądanie, krótkie przygody, a nawet eksperymenty, które komuś przyniosą ból. Tak to niestety bywa w życiu, że nie zawsze się wygrywa los na loterii, czasem jest to pusty bilet.

Karmin Agnieszki Meyer powieścią o historii i pamięci

„Karmin” to także historia o pamięci i historii. Max jest Niemcem. Stąd jego dosyć skomplikowane relacje z Seliną (Polką) i Jessie (Amerykanką). Chodzi oczywiście o recepcję wojny. I to nie jest tak, że Amerykanka uważa wojnę za jakąś odległą historię, prawie bajkę. Jej dziadek zginął na granicy niemiecko-belgijskiej w 1945 roku. Ojciec Jessie nie omieszka wypomnieć tego Maksowi podczas obiadu z okazji 4 lipca. „Ja nie mam problemu z historią” – powie Amerykanka. Inni jednak mają, bo są to wciąż bolesne rany. Problem z historią, zarówno tą wielką, jak i całkiem małą – osobistą ma również Selina. Uwikłana w miłość do Maxa, wie że są sytuacje, z których nie ma dobrego wyjścia, bo nierzadko historia (czas) jest przeciwko nam, a nie można przecież go cofnąć.

No i wreszcie najważniejszy bohater – książki. Bo o nich przede wszystkim opowiada „Karmin”. Są piękne, bo są kochane. Trwają, ponieważ ktoś się o nie troszczy i pragnie je zachować w dobrej kondycji. A one się odwdzięczają. Jak? A to już trzeba przeczytać powieść Agnieszki Meyer.

Tak jak już napisałam, to bardzo dobry debiut. Z pogranicza gatunków, gęsty, napisany ładnym, czystym językiem. Poetycki, niosący wiele znaczeń i ważnych myśli, jak choćby tę: „Tylko śmierć nadaje kształt życiu. Inaczej bylibyśmy… jak woda bez naczynia” (s. 85).

Karmin Agnieszki Meyer powieścią o książkach

Przyznam, że początkowo, leniwie płynąca opowieść o Maksie i Selinie, nieco mnie skonfundowała. A gdzie opowieść o książkach? Gdzie tajemnica? Cierpliwości – Meyer dobrze odrobiła lekcję z „Imienia Róży”, ten kto przejdzie przez uwerturę, dotrze do głównego aktu. I na pewno się nie zawiedzie tą skomplikowaną i rozpisaną na różne głosy i tony opowieścią. Bo „Karmin” jest jak linia melodyczna – to wznosi się, to opada, ale logicznie i konsekwentnie aż do końca.

Mam nadzieję, że taka autorka nie pozostanie niezauważona.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG