Strona główna Recenzje Jak przygoda, to tylko w kosmosie, czyli „Artemis” Andy’ego Weira

Jak przygoda, to tylko w kosmosie, czyli „Artemis” Andy’ego Weira

0
PODZIEL SIĘ

Jak przygoda, to tylko w kosmosie, czyli „Artemis” Andy’ego WeiraDziś prawdziwych przygód już nie ma i nie jest to nawet specjalnie oryginalne stwierdzenie. Świat się skurczył, cuda spowszechniały, a GPS-y w komórkach powodują, że nie można się nawet zgubić. Ale nadzieja na rozwiązanie wielu problemów ludzkości, w tym braku przygód, jest w kosmosie. Zrozumiał to Andy Weir już w swojej poprzedniej powieści „Marsjanin” i doszedł do wniosku, że skoro nie można się już porządnie zgubić na Ziemi, to może da się ma Marsie. Powieść odniosła oszałamiający sukces, podobnie jak film, bo każdy chciał zobaczyć, jak Matt Damon hoduje ziemniaki i leci w kosmos rakietą bez czubka. I podobnie jest w „Artemis” Andy’ego Weira.

Jej akcja toczy się na księżycu, w wybudowanym tam mieście z mniejszą niż ziemska grawitacją i w ogóle z innymi niż ziemskie problemami.

Jednym z nich jest, że wystarczy małe, maleńkie uszkodzenie skorupy, która stanowi osłonę miasta i w ciągu minuty wszyscy jego mieszkańcy są martwi. Więc trzeba bardzo uważać. To nie jest coś, o czym normalnie myślimy wychodząc z domu na planecie Ziemia.

Głowna bohaterka „Artemis” Jazz Bashara, drobna oszustka, która zajmuje się przemytem, dostaje propozycję, która może ustawić ją finansowo do końca życia. Miejscowy magnat, chce przejąć hutę aluminium mieszczącą  się obok Artemis. Wynajmuje Jazz, żeby uszkodziła pojazdy wydobywające rudę. Czysta robota, pojazdy są całkowicie zautomatyzowane, żadnych strat w ludziach. Jazz musi tylko wymyślić sposób jak niepostrzeżenie się do nich dostać i niepostrzeżenie wrócić. A to jest o wiele trudniejsze, niż jej się na początku wydaje. Do tego magnat zostaje zamordowany  wszystko wskazuje na to, że gra toczy się o wiele większą stawkę. A Jazz, która niechcący wdepnęła w bagno, musi ratować życie.

Akcja „Artemis” jest przyjemnie wartka i nie rozczarowuje, ale nie to stanowi o sile tej książki, podobnie jak nie akcja stanowiła najmocniejszą stronę „Marsjanina”. Jest nią całkiem nowa perspektywa. Z ciepłego fotela na trzeciej planecie od Słońca naprawdę ciężko sobie wyobrazić, że nasza sytuacja jest wyjątkowa, a cały pozostały kosmos (może z małymi wyjątkami) to nieprzyjazne miejsce, gdzie umiera się w kilka sekund. I gdzie przeżycie zależy od konkretnych technicznych umiejętności, tak bardzo różnych od tych, które umożliwiają przeżycie na Ziemi.

Wygląda więc na to, że prawdziwą przygodą można już przeżyć tylko w kosmosie.

Ale może za kilka, najdalej kilkanaście lat to będzie nasza codzienność. A póki co, przeczytajcie koniecznie „Artemis” Andy’ego Weira.

PS. Wydawnictwu Muza bardzo dziękuję za drugi egzemplarz Artemis po tym, jak pierwszy wpadł chyba w czarną dziurę, w każdym razie zaginął bez wieści 🙂