Strona główna Recenzje Piękna epoka – recenzja „Najdłuższej nocy” Marka Bukowskiego i Macieja Dancewicza

Piękna epoka – recenzja „Najdłuższej nocy” Marka Bukowskiego i Macieja Dancewicza

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Lubię kryminały retro i nie ukrywam tego. A jeśli sceną akcji jest moje rodzinne miasto powieść natychmiast przykuwa mą uwagę. Kiedy więc Wydawnictwo Muza zapowiedziało „Najdłuższą noc” Bukowskiego i Dancewicza wiedziałam, że będę chciała tę książkę przeczytać. A skonstruowanie dobrej powieści w stylistce retro nie jest prostą sprawą.

 

Autor, zwłaszcza początkujący, musi się tutaj zmierzyć nie tylko z koniecznością dokonania historycznego reaserchu, ale także z równie trudnym selekcjonowaniem materiału. Kiedy wchodzi się głęboko w badania nad epoką, pojawia się bowiem pokusa, by sprzedać czytelnikowi całość swojej wiedzy. A to może sprowadzić powieść na manowce i spowodować, że tło zaczyna dominować nad fabułą, co jest najczęstszym grzechem polskich powieści retro.

 

Jak sobie z tym poradzili debiutanci na niwie powieści kryminalnej czyli Marek Bukowski (aktor, reżyser i scenarzysta) oraz Maciej Dancewicz (reżyser, scenarzysta, autor artykułów historycznych)? Otóż zupełnie nieźle.

 

Przyjrzyjmy się fabule. Mamy rok 1904, w Krakowie, na Plantach zostaje znaleziona młoda kobieta z wyłupionymi oczyma. Śledczym nie udaje się jednak ustalić nic więcej ponad to, że dziewczyna przybyła ze wsi, a w Krakowie najprawdopodobniej szukała pracy. Prowadzący dochodzenie policjant, Rudolf Jelinek, chce wierzyć, że makabryczne wydarzenie było jednorazowe, a zbrodniczego czynu dokonał jakiś szaleniec. Niestety, wczesną wiosną z sadzawki na Plantach zostaje wyłowiona kobieca głowa. W mieście zaczynają się plotki o pojawieniu się mordercy w stylu londyńskiego Kuby Rozpruwacza. W tym samym czasie do kraju po kilku latach służby na brytyjskich statkach wraca Jan Edigey-Korycki, wezwany wiadomością o śmierci matki. Splot okoliczności sprawia, że to właśnie Janowi, człowiekowi odważnemu, przenikliwemu, ale doświadczonemu przez los, przyjdzie się zmierzyć z rozwiązaniem okropnej zagadki.

 

„Najdłuższa noc” jest powieścią napisaną sprawnie i we wciągający sposób. Fabułę poprowadzono zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki i czytelnik na pewno nie może narzekać na nudę. Nie tylko cała sprawa przedstawiona jest barwnie, ale i towarzyszące jej okoliczności opisano w niebanalny sposób. Autorzy dużo trudu włożyli w to, by zainteresować nas realiami „pięknej epoki”, ukazać mentalność ówczesnych ludzi, zagubionych na granicy pomiędzy wiekami. Trafnie uchwycona jest zwłaszcza mentalność austro-węgierskich urzędników, jak na przykład prowadzącego śledztwo Jelinka. Jest on co prawda z urodzenia Czechem (cieszy się, że nie Polakiem), ale myśli po niemiecku i pierwszą płytą jaką kupił na swój gramofon jest hymn cesarstwa. Ma się wręcz wrażenie, że przynależność do kasty urzędniczej monarchii, to pewnego rodzaju stan umysłu, dominujący nad szacunkiem do kraju swego urodzenia, czy języka rodziców.  Na tym tle zupełnie inaczej rysuje się Edigey-Korycki. Jan należy do zubożałej szlachty, jego ojciec jest już inteligentem, profesorem. Na skutek niespełnionej miłości do hrabianki i braku akceptacji tego związku przez rodziców wybranki, Jan musi opuścić kraj. Jest jednak patriotą i  wciąż myśli o powrocie. Porzuca obiecującą karierę na statku „Legion” i przybywa do Krakowa.

 

Myślę, że właśnie kreacje postaci są najmocniejszą stroną „Najdłuższej nocy”. Nie da się ukryć, że bohaterów skrojono bardzo filmowo, opisuje ich pewna wyrazista cecha, ale ma to w kryminale retro swoje uzasadnienie. Podobało mi się też umiejętne wysycenie tła anegdotami. Przygody Jana na Madagaskarze przedstawiono w sposób bliski powieści przygodowej. Mamy tu więc efektowne awantury i ucieczki, a nawet wątek romansowy, a wszystko w stylu opowieści płaszcza i szpady spod znaku Teofila Gautiera lub pirackich gawęd Rafaela Sabatiniego.

 

No więc, czego dla mnie było za dużo? Moim zdaniem autorzy powinni ograniczyć szczegółowe opisy – zapalanie latarni na Plantach czy opis towarzystwa spacerującego po tym miejskim deptaku (cały rozdział! choć uczciwość każe dodać, że liczy tylko cztery strony) nie muszą naprawdę być tak rozwlekłe. Zwłaszcza, że łatwo się zorientować, iż pełnią rolę retardacyjną.

 

Poza tym – jak to mówią w talent show: jestem na tak. Z przyjemnością obejrzę serial „Belle Epoque”, który był inspiracją dla tej książki.

 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza