Strona główna Inne Olga Rudnicka „Miłe Natalii początki”. Fragment

Olga Rudnicka „Miłe Natalii początki”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ
Bydgoszcz, 196Olga Rudnicka „Miłe Natalii początki”. Fragment4

– Jareczku, dziecko kochane… – Babcia Rozalka z czułością popatrzyła na wnuka.

Chłopiec podniósł wzrok znad zeszytu w linie i spojrzał pytająco wielkimi oczami, przepastnymi jak błękit nieba. Jasne włosy miał starannie zaczesane na bok, niebieską koszulę – uszytą przez matkę z materiału „spod lady”, wyniesionego przez ciotkę Hankę ze sklepu, gdzie pracowała – zapiął na ostatni guzik pod szyją. Ciemne, grube spodnie, zaprasowane na kant, wydawały się trochę za długie, ale lada moment do nich dorośnie. Miał już dziesięć lat i był wyższy niż większość chłopców w klasie. O ile oczy odziedziczył po matce, o tyle wzrost zdecydowanie po ojcu, szczupłym, wysokim mężczyźnie

– Jarek takim go znał z czarno-białych zdjęć, gdyż sam taty nie pamiętał. Ojciec zmarł, gdy chłopiec miał ledwo dwa lata.

– Tak, babciu? – zapytał uprzejmie, starannie ukrywając irytację.

Nie lubił, gdy mu przerywano, nieważne, czy odrabiał lekcje, czy też czytał książkę. Jednak był już wystarczająco duży, by wiedzieć, że okazywanie prawdziwych odczuć nie przyniesie mu nic dobrego. Babcia Rozalka wygłosi kazanie na temat zachowania wnuka, co tylko opóźni odrobienie lekcji, a na strychu czekała na niego kopalnia skarbów godna samego króla Salomona.

– Nie widziałeś mojej portmonetki, Jareczku?

– Nie, babciu.

– Przysięgłabym, że zostawiłam ją w kuchni – mówiła przejęta Rozalia.

– Więc musi gdzieś tam być, babciu – zapewnił ją chłopiec.

– Sprawdziłam, Jareczku, nie ma.

– Jeśli babcia sobie życzy, później odrobię zadanie, a teraz pomogę szukać – zaproponował.

– Kochane dziecko. – Pogłaskała go czule po głowie. – Ale ucz się, ucz. Matka nie będzie zadowolona, jak wróci z pracy i zobaczy, że jeszcze nie odrobiłeś lekcji.

– Dobrze, babciu. – Jarek na powrót pochylił głowę nad zadaniem.

Nie było trudne i gdyby nie babcia, już dawno by je skończył.

Rozalia, mamrocząc coś pod nosem, wyszła z pokoju wnuka. Chłopiec szybko skończył ostatnie zadanie z matematyki, po czym podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Zorientował się po dobiegających odgłosach, że babcia prowadzi poszukiwania w kuchni. Po cichu otworzył tornister i wyjął czerwoną podniszczoną portmonetkę. W środku znajdowało się kilka czerwonych stuzłotowych banknotów z portretem hutnika, dwie pięćdziesiątki z rybakiem oraz kilkanaście pięciozłotowych monet.

Matka zarabiała niecałe tysiąc pięćset złotych, Jarek potrafił już całkiem dobrze liczyć, wiedział więc doskonale, jaka jest wartość pieniądza. Po chwili zastanowienia wyjął jedną pięćdziesiątkę, zamknął portmonetkę i cichutko uchylił drzwi. Przemknął do łazienki znajdującej się dokładnie naprzeciw jego pokoju. W rogu niewielkiego pomieszczenia stał wiklinowy kosz na brudną bieliznę, obok pralka wirnikowa, którą matka dostała od żony swojego pracodawcy. Podrdzewiała i odrapana Frania wprawiła babcię Rozalkę w prawdziwy zachwyt. Skończył się czas prania ręcznego, chociaż drobne rzeczy nadal przepierała w misce, by – jak mówiła – nie wyjść z wprawy.

Niejednokrotnie – gdy babka i mama myślały, że chłopiec już śpi – słyszał ich rozmowy. Babcia narzekała na wzrok, nadal jednak słyszał nocami starą, terkoczącą maszynę do szycia, dzięki której mogła się dokładać do domowego budżetu. Obawiała się, że niedługo nie zdoła wykonywać swojej pracy wystarczająco dokładnie, by nadal zarabiać w ten sposób na życie. Do tego wciąż czegoś brakowało – a to jajek, a to mąki, a to mięsa. Jarek miał dopiero dziesięć lat, ale już zdążył się zorientować, że są ludzie, którzy nie narzekają na braki w zaopatrzeniu. Matka czasami przynosiła do domu coś, czego nie można było kupić, a co jej pracodawca potrafił zdobyć. Ostatnio przyniosła kawę, której chłopiec nie dostał, bo był za mały, widział jednak, jak obie najpierw długo wdychały jej aromat, zanim wypiły po filiżance. Resztę mama wsypała do szczelnie zamykanej puszki.

Z wahaniem dotknął kieszeni spodni, w której spoczywał ukradziony banknot. Przełknął gwałtownie ślinę, po czym, trzaskając drzwiami, wyszedł z łazienki, krzycząc głośno:

– Babciu, babciu! Znalazłem twoją portmonetkę! Zostawiłaś ją w łazience!

– Nie może być! – zawołała z radością i jednocześnie skrępowaniem Rozalia, wychodząc z kuchni. – Złote dziecko z ciebie, Jareczku. – Pogłaskała go po głowie. Ponownie.

Nie przepadał za czułościami babci, gdy ta mierzwiła mu krótko obcięte jasne włosy, ale bywało gorzej. Miała nieznośny zwyczaj mycia go własną śliną. Śliniła chusteczkę, którą nosiła w kieszeni fartucha, i wycierała chłopcu policzki albo usta, gdy ten – znacznie młodszy – ubrudził się jedzeniem. To bardzo szybko nauczyło Jarka dbać o higienę. Już jako pięciolatek sam szorował dłonie do czysta, a jego twarz lśniła jak księżyc w pełni.

Odwzajemnił uśmiech starszej kobiety, zręcznie uchylając się przed dalszymi czułościami. Kochał ją, ale były rzeczy, których nie mógł znieść, jak choćby to, że w przeciwieństwie do niego babcia nie myła zbyt często rąk. Na ogół tylko wycierała je w ścierkę wiszącą przy zlewie.

Nieważne, czy zagniatała ciasto, kroiła mięso czy też smarowała smalcem blachę do pieczenia, zawsze wycierała dłonie w szmatę. Te ręce nie mogły być czyste i w dodatku miewały dziwny zapach, którego nie potrafił określić. Niekiedy wszakże pachniały ciasteczkami, które uwielbiał, dlatego też nigdy nie powiedział babci, co myślał. Miał dopiero dziesięć lat, ale już wiedział, że ludzie wcale nie chcą słyszeć prawdy. Wolą słyszeć to, dzięki czemu dobrze się czują.

– Czy babcia miałaby coś przeciwko, gdybym się pobawił z chłopcami na podwórku?

– Odrobiłeś lekcje, Jareczku?

– Ależ oczywiście, babciu.

– Zatem idź, wnusiu, idź – zgodziła się Rozalia. Młodemu Sucharskiemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.

– Bardzo babci dziękuję. Babcia jest najlepszą babcią na świecie – powiedział z nieodłącznym uśmiechem, z którym zwracał się do wszystkich dorosłych.

Jak dobrze wychowany, grzeczny chłopiec, którym przecież był.

W rzeczywistości nie zamierzał iść na podwórze, gdzie chłopcy kopali piłkę. Grywał z nimi regularnie, gdyż tego od niego oczekiwano, nie przepadał jednak za ich towarzystwem ani taką formą spędzania czasu. Wolał książki. A teraz odkrył coś znacznie lepszego niż powieści przygodowe. Był to strych, na który wprawdzie nie pozwalano mu wchodzić, ale uważał – całkiem słusznie w swoim mniemaniu – że zakaz jest nonsensowny. Matka zabraniała mu tam myszkować, gdyż strych nie należał do nich. Z tego, co Jarek się zorientował, nie należał jednak do nikogo.

Kamienica, w której mieszkali, tak naprawdę nie była żadnym wielkim budynkiem, tylko przedwojennym piętrowym domem, podzielonym na kilka mieszkań.

Babcia upierała się, by nazywać go kamienicą, a pozostali lokatorzy podchwycili to określenie. Mieszkań było w sumie sześć. Wszystkie wyglądały podobnie – dwa pokoje, kuchnia, przedpokój i łazienka. W porównaniu z wieloma innymi domostwami, gdzie toaleta często mieściła się na półpiętrze i była wspólna, mieli tutaj luksusowe warunki, jak twierdziła babcia Rozalia. Jarek wiedział jednak, że tak nie jest. Widział kilka mieszkań, które mama sprzątała, by dorobić do niewielkiej pensji. Ich skromne lokum zdecydowanie nie wydawało się luksusowe. Chłopiec był jednak dość rozumny, by nie zadawać pytań, dlaczego nie mają przestronnego wielopokojowego mieszkania z ciepłą wodą, lecącą z kranu wprost do wanny, i ogromnym balkonem, gdzie można by postawić stół i kilka krzeseł.

Wystarczyła odrobina sprytu, by dostać się na strych. Przepiłowanie kłódki zajęło Jarkowi kilka dni. Teraz na łańcuchu wisiała jego własna kłódka, a właściwie znaleziona w schowku sąsiada, gdzie ten trzymał różne narzędzia, w tym piłkę do metalu, którą Jarek sobie pożyczył. Sąsiad trochę popijał i miał zwyczaj zapominać o różnych rzeczach, a nawet je gubić, co chłopiec skrzętnie wykorzystał.

Strych sam w sobie nie był zbyt ciekawym miejscem – zakurzona, drewniana podłoga pełna szczurzych bobków, kilka sznurów rozwieszonych między drewnianymi słupami podtrzymującymi konstrukcję dachową. Kiedy po raz pierwszy chłopcu udało się dostać do środka – poczuł wyłącznie rozczarowanie. Zobaczył puste pomieszczenie, po którym hulał wiatr, wciskający się w szpary między dachówkami. W kącie strychu Jarek odkrył jednak prawdziwy skarb. Wśród stert przewiązanych sznurkami gazet znalazł jakieś stare listy i kilka klaserów ze znaczkami. Nie potrafił określić ich wartości, ale nie miało to dla niego znaczenia. Znaczki należały do niego i jako takie były bezcenne. Jarek już jako dziecko lubił mieć, a zdecydowanie nie lubił się dzielić.

Początkowo listy nie zainteresowały go specjalnie.

Jakiś Antoni Domagała pisał je do żony i syna, który – sądząc po datach – teraz powinien mieć około trzydziestu lat, gdyż kiedy ojciec do niego pisał, adresat był mniej więcej w wieku Jarka. Ostatni list pochodził z tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku i nie był otwarty. Chłopiec poczuł dreszcz ekscytacji na myśl, że będzie pierwszą osobą – po niemal dwudziestu latach – która przeczyta te słowa.

Stasiu,

Jesteś za młody, by to pojąć, ale znalazłem coś. Coś wielkiego, co może naszą rodzinę zgubić albo pozwoli nam zacząć życie w nowym kraju. Na tę ciężarówkę natknąłem się przypadkiem. Niemcy już nie żyli. Przeniosłem wszystko tam, gdzie zaczęła się historia naszej rodziny. Gdybym nie wrócił, przypomnij sobie wszystkie opowieści, które słyszałeś, a będziesz wiedział, gdzie szukać. Wybacz, synu, że Ciebie tym obarczam, ale matka nie może wiedzieć. To nie na jej nerwy.

Stasiu, gdybym nie wrócił, wszystko będzie Twoje. Oni dość zrabowali w czasie wojny, a nie ma sensu szukać prawowitych właścicieli, bo pewnie nie żyją. Taki skarb pozwoli nam wszystkim rozpocząć nowe życie. Mam nadzieję, że ten list dotrze do Ciebie nienaruszony. Ostatnią rzeczą, której bym sobie życzył, byłoby narażenie Ciebie i mamy. Spal ten list, jak tylko go przeczytasz, i nikomu o nim nie mów, dopóki nie wrócę.

Pamiętaj o mnie

ojciec