Strona główna Inne Niebezpieczna dziewczyna K.L. Slater – fragment

Niebezpieczna dziewczyna K.L. Slater – fragment

0
PODZIEL SIĘ
Niebezpieczna dziewczyna K.L. Slater - fragment
Niebezpieczna dziewczyna K.L. Slater

Więc wreszcie leżą opatuleni w łóżku. Bierzesz garść zapałek i zapalasz po kolei, patrząc jak spalają się na czarny, miałki proszek.

Popiół w otwartym palenisku kominka przygasa, ale w głębi nadal, jest rozpalone do białości jądro, jest jeszcze na tyle mocne, żeby pomóc ci wreszcie załatwić sprawy na dobre.

„Dwie poduszki z gąbki na krześle, cztery poduszki z gąbki na krześle”. Ale fajnie kiedy śpiewa się to na melodię „Dziesięć butelek na murku”.

Przysuwasz krzesło tak blisko nich, że tapicerki z krzesła i z łóżka stykają się. Szczypcami ostrożnie wyjmujesz z popiołu dwa kawałeczki rozżarzonego węgla, delikatnie kładziesz je pośrodku poduszek. Teraz rozsiadasz się i patrzysz, jak wtapiają się głęboko. Rozżarzone kule toną łapczywie w miękkiej piance, a przypalona powłoczka poduszek kurczy się, jakby próbowała uciec.

Nie ma hałasu, radujesz się ciszą.

Jesteś w transie, patrzysz, jak płomyki zaczynają tańczyć, migoczą ślicznymi, śmiercionośnymi językami. Ich siła zadziwia cię, przeraża i jednocześnie zaspokaja. Czujesz, jak warstwy ochronne, którymi próbowałeś się okryć przez całe lata, są teraz zrywane. Potrzebowałeś ich, żeby móc przetrwać dzień za dniem i noc za pijaną nocą, ale teraz jesteś bezpieczny. Płomienie dają ci bezpieczeństwo.

Jasne, wiele razy próbowałeś im powiedzieć, próbowałeś prosić o pomoc. ale nie rozumieli, co chcesz im przekazać. A teraz brutalność twojego strachu, twojego smutku – jest tutaj, żeby każdy zobaczył ją w jaskrawości gęstego, zasiarczonego powietrza.

Nie wolno ci kaszleć. Nie chcesz ich obudzić, bo głupiątka zaczęłyby krzyczeć i płakać. Niech śnią, wkrótce się dowiedzą.

Płomienie robią się większe, potem łączą się. Wiesz, że to znak, że milcząc obiecują ci pomoc, a jednak, przez sekundę naprawdę zastanawiasz się, czy nie zmienić zdania. Mógłbyś stłumić płomienie i krzyczeć o pomoc. Mógłbyś ich obudzić.

Wtedy słyszysz.

– Zróbmy swoje – szepczą płomienie. – Rano wszystko będzie lepsze.

I właśnie wtedy wreszcie postanawiasz odejść.

Rozdział 1

Teraz

Anna

Mały srebrny samochód nadjeżdżający z naprzeciwka, jedzie za szybko i kiedy pokonuje zakręt, kierowca traci nad nim kontrolę i przejeżdża na niewłaściwą stronę drogi.

Wszystko dzieje się tak szybko: nie ma czasu, żeby zwolnić, ani nawet żeby wjechać na krawężnik.

Rozlega się mocny, stłumiony łomot i samochód uderza w jadący przede mną motocykl. Motocyklista wylatuje w powietrze, robi półobrót i ląduje twarzą na jezdni. Metal wygina się i skręca, skowycząc jak ranne zwierzę, ręce unoszą mi się do twarzy, próbując na próżno zdławić kwaśny smród płonącej gumy, który zaczyna wypełniać mi płuca.

Stopa wbija mi się w hamulec, wyskakuję, drzwi od strony kierowcy zostawiam szeroko otwarte, a samochód zostawiam na środku jezdni. Stoję, łykam obrzydliwy smak wlewający mi się w usta.

Wszystko jakby zastygło w czasie. Zapada cisza. Ma w sobie zdolność ogłuszania i przez chwilę jestem zagubiona w otaczającym mnie pustym ryku.

Potem czar pryska, otwierają się drzwi srebrnego samochodu i wytacza się kobieta około czterdziestki, w dżinsach i krótkiej, różowej kurtce. Wymiotuje na poboczu. Odsuwa włosy z twarzy, jakby było dla niej ważne, żeby ich nie zabrudzić.

I w tym ułamku sekundy rozpoznaję ją.

Nie da się pomylić tej twarzy.

Przypominam sobie, że trzeba oddychać. Gardło mam spięte i suche, serce zaciska się mocno, prawie czuję, że wisi mi w piersi, jak wyschnięta pestka moreli.

Dwanaście lat temu, kiedy wyszłam ze szpitala, chociaż spotykałam ją krótko tylko przy paru okazjach, każdą wolną minutę poświęcałam, żeby znów ją odnaleźć.

Byłam wtedy taka młoda, zdesperowana i naiwna. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, waliłam głową w mur: po prostu rozwiała się w powietrzu.

W końcu musiałam przyjąć do wiadomości, że ją zgubiłam. Mogłam tylko się modlić, że przeznaczenie naprawdę istnieje i że ona dostanie to, co się jej należy za to, co nam zrobiła.

A teraz ona tutaj jest, tuż przede mną. Zniszczyła kolejne życie.

Patrzę, jak srebrnowłosy kierowca czarnego mercedesa, który zatrzymał się za mną, zrzuca z siebie drogą marynarkę i zakłada jej na ramiona. Pociesza ją podając opiekuńczo ramię i wszeptuje jej w ucho pocieszające słowa.

Ona ma w sobie coś, co przyciąga ludzi, daje im wrażenie, że jest porządną osobą.

Cóż za ironia.

Jakby znikąd pojawiają się grupki ludzi.

Myślę, żeby wsiąść do samochodu, odjechać stąd. Jakaś część mnie chce od niej uciec, ale oczywiście tak nie zrobię.

Nie pozwolę, żeby znowu odeszła.

W całym tym chaosie mój wzrok przyciągnął długi, połamany kształt leżący na drodze. Wokół niego rozsiane są kawałki motocykla, jak fragmenty wystrzępionego, chromowanego confetti.

Ignoruję rosnący tłum po drugiej stronie ulicy i kucam przy nim, szukam pulsu. Ręka mi się trzęsie, kiedy łagodnie naciskam jego nadgarstek i przez chwilę myślę, że ona ponownie to zrobiła, bo pod palcami nie wyczuwam żadnego ruchu. Żadnego znaku życia.

Potem on mruga, a ja wypuszczam oddech.

Ludzie wylewają się z małych szeregowych domów stojących wzdłuż Green Road, pokazują palcami, usta mają zastygłe, szeroko otwarte.

Znów na niego patrzę.

Wyczuwam, że trzyma się życia na jednej nitce. Jeśli teraz nitka się urwie, nigdy sobie tego nie wybaczę.

Już dawno nie ma przerażonej młodej dziewczyny, która nie wiedziała, jak postąpić, żeby było dobrze.

Może tym razem uda mi się.

Motocyklista upadł na twarz, na lewą stronę ciała. Gęsta kałuża, jak rubinowa melasa, wykwita spod jego głowy.

Chcę pogłaskać go po twarzy, ale nie puszczam jego ręki.

Wygląda na mój wiek: jakieś trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Ma gładką skórę, długie, ciemne rzęsy, które drgają, jakby śnił.

Po drugiej stronie drogi ona wyje, cała uwaga skupia się na tym.

Jest ledwie draśnięta, ale zawsze dobrze jej szło odgrywanie roli ofiary, więc chyba nie powinnam być zaskoczona.

Próbuję się nie gapić, żeby się nie wydać, ale nie muszę się martwić – ona nie zważa na nikogo poza sobą.

Nie ma pojęcia, kim jestem, ani co mi zrobiła lata temu.

Prawda, teraz wyglądam inaczej. To było długie trzynaście lat. Mam ciemniejsze włosy i przybyło mi prawie dwadzieścia cztery kilogramy. Nie pozostał ślad po naiwnej, smukłej dziewczynie, która tak łatwo jej uwierzyła.

Rozumiecie, ludzie tacy jak ona nigdy nie zauważają mało znaczących ludzi wokół siebie.

Idą przez życie podejmując samolubne decyzje i zostawiają za sobą zniszczenia, które nic ich nie obchodzą.

Aż wszystko mściwie wraca, właśnie tak, żeby dobrze to odczuli.

Słyszę, jak ktoś woła.

– Karetka jest w drodze.

Teraz wokół są już tabuny ludzi, gapią się.

Ich oczy utkwione są w motocykliście, ale nie widzę wielkiego współczucia, raczej z lekka ukrywany głód krwawych szczegółów, które może się pojawią, jeśli dłużej postoją.

Sztywno wstaję z kolan, kucam i już mam wstać, żeby odejść zanim nadjedzie karetka.

Wiem, że już nie spuszczę z niej oka, że znajdę ją w relacjach lokalnej pracy z wypadku, a później pójdę na policję jako świadek.

Bardzo chciałabym zostać, ale nauczyłam się mnóstwa rzeczy od mojej terapeutki. Na przykład, jak oderwać się od własnych myśli i ocenić sytuację spokojnie, logicznie, żeby podjąć najlepszą decyzję.

Gdybym została, chyba nie mogłabym zaufać sobie, że nie urządzę sceny. Tym razem muszę być pewna, że każde działanie, każdy mój krok, będą starannie zaplanowane i przemyślane.

Nie chcę pomyłek.

Czuję, że coś ociera się o moją rękę, spoglądam w dół. Palce rannego motocyklisty zaciskają się wokół moich palców.

Jego niebieskoszare oczy są przekrwione i szeroko otwarte, ale chyba nie widzi wszystkich tych ludzi, którzy stoją wokół, jakby nie mógł zobaczyć niczego poza moją twarzą.

Robi ostry wdech, patrzy na mnie.

– Pomóż mi – szepcze.

Tłumaczenie: Stefan Drzazga

Za możliwość publikacji fragmentu dziękujemy Wydawnictwu Amber

O Niebezpiecznej dziewczynie u nas TUTAJ i TUTAJ