Strona główna Inne Michelle Frances „Ta druga”. Fragment

Michelle Frances „Ta druga”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Michelle Frances "Ta druga". FragmentJEDEN

14 maja, niedziela

– Ósemka to twoja szczęśliwa liczba – szepnęła Carrie Adrianowi na ucho, uważając, by wycelowana w nich kamera nie uchwyciła jej ust.

Z nonszalanckim, skromnym wyrazem twarzy spojrzała na ekrany, gdzie wyświetlano fragmenty seriali nominowanych w kategorii najlepszego scenariusza. Transmisja leciała na żywo i trudno było przewidzieć, kiedy reżyser da zbliżenie czyjejś twarzy.

– No i? – spytał Adrian, nie patrząc na Carrie.

– Siedzimy w ósmym rzędzie.

Adrian powiódł wzrokiem po rzędach przed nimi. W Royal Albert Hall zebrała się śmietanka brytyjskiej branży telewizyjnej. Carrie zauważyła, że Adrian liczy w pamięci, i poszła w jego ślady. Automatycznie spojrzeli na ludzi siedzących z przodu – na ich miejscach! Wzięty scenarzysta serialu kryminalnego, cieszącego się ogromnym powodzeniem, a obok odtwórca głównej roli, grający bezlitosnego, lecz pełnego uroku zabójcę.

Nagle na ekranie znów rozbłysło logo Bafty i aktorka na scenie wystąpiła do przodu, by ogłosić werdykt.

– Nagrodę otrzymuje… – powiedziała aktorka w obcisłej sukni w cukierkowym kolorze („Roland Mouret”, obwieścił komentator w sieci, gdy tylko pojawiła się na czerwonym dywanie) – …Adrian Hill za pierwszy odcinek serialu Bunt pokolenia!

Carrie odwróciła się i zarzuciła mu ręce na szyję, gdy wstał, oszołomiony i uśmiechnięty. Kiedy szedł na scenę, nie mogła oderwać od niego oczu.

Udało mu się!

Adrian odebrał złotą maskę z rąk aktorki, która pocałowała go w oba policzki. Brawa ucichły.

– Hm… cóż, to nieoczekiwane – zaczął Adrian, po czym żartobliwie udał, że musi dostosować mikrofon do swego niskiego wzrostu. Publiczność nagrodziła go śmiechem. Wolną dłonią przesunął po zmierzwionych włosach i na widok tego znajomego gestu Carrie zrobiło się jeszcze cieplej na sercu. – Serio, właśnie do mnie dotarło, że nie siedzę na swoim szczęśliwym miejscu, i właśnie miałem wyprosić najbardziej niesławnego zabójcę wszech czasów, ale pomyślałem, że może nie wyjść mi to na zdrowie… – Adrian przerwał, w sali rozbrzmiały chichoty, kamery pokazały odtwórcę głównej roli, który robił dobrą minę do złej gry i usilnie starał się ukryć wkurzenie, że jego serial właśnie przegrał. – Dziękuję akademii BAFTA, obsadzie, ekipie, wspaniałej producentce, Elaine Marsh, a przede wszystkim mojej pięknej, inteligentnej żonie, Carrie.

Pospiesznie ukryła zażenowanie i uśmiechnęła się, kiedy spojrzał na nią, osłaniając oczy od świateł.

Patrzyła, jak sprowadzają go ze sceny na obowiązkową sesję zdjęciową. Zwyciężył. Zwyciężył, zwyciężył, zwyciężył! Jej radość była autentyczna. Jednak gdzieś w środku czuła zdenerwowanie, narastające od kilku dni. Coś musiała mu powiedzieć. Może wygrana sprawi, że łatwiej będzie mu to przyjąć.

*

Carrie krążyła w tłumie gości na afterparty, wiedząc, że wiele rozmów dotyczy jakiegoś nowego projektu, zawartej umowy, sfinalizowania negocjacji. Dwadzieścia minut wcześniej straciła Adriana, którego ludzie „pożyczyli” sobie, aby mu pogratulować, skusić go pomysłem na kolejny błyskotliwy serial albo po prostu napawać się jego triumfem, w nadziei że jakaś tego cząstka na nich spłynie.

Gdy spostrzegła, że właśnie zakończył rozmowę, pospieszyła ku niemu ze świeżym drinkiem.

– Przyjazna twarz wśród rekinów – stwierdził, kiedy wręczyła mu szklankę, i niezwłocznie wychylił przynajmniej jedną trzecią.

Carrie nawet nie tknęła swojego drinka.

– Lepiej przywyknij, jesteś laureatem nagrody BAFTA – powiedziała. – Chociaż mam nadzieję, że nie bratasz się z wrogiem.

– Wykluczone. Nie teraz, kiedy na trzy lata przykułaś mnie do swego wyjątkowego producenckiego talentu.

– Mówisz jak człowiek zakuty w kajdany.

– Bo nim jestem. Są mocne i złote. – Pocałował ją z uśmiechem. – Ale mówiąc serio, nie mogę się doczekać. Pracować wyłącznie z tobą, jako twój mąż. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

– Oto i on. Mój ulubiony autor. – W tłumie rozległ się dono­śny głos, chropawy od codziennej paczki papierosów.

– Elaine, jak miło, że przyszłaś mi pogratulować – powie­dział Adrian.

– Jeszcze tego nie zrobiłam. – Podzwaniając bransoletami, wygładziła grzywę czerwonych włosów i uśmiechnęła się do niego ustami pomalowanymi na śliwkowy kolor. – Ładna mowa.

– Dzięki.

– Miło widzieć, że nie zapomniałeś jeszcze zupełnie, kim jestem.

– Jakże bym mógł! Jesteś taką dynamiczną, przekonującą producentką.

– Mimo to nie mogę konkurować z kobietą, która cię pieprzy. – Elaine uśmiechnęła się do Carrie, która z całych sił starała się powstrzymać przed rozdziawieniem ust. – Cóż, przy­najmniej wycisnęłam z ciebie jedną Baftę, zanim czmychnąłeś.

– Nigdy nie zapomnę, że dałaś mi wielką szansę – zapewnił ją Adrian.

Elaine z aprobatą skinęła głową i spojrzała na niego z ukosa.

– I przekułaś moje pisanie w serial, który odniósł taki sukces.

Kolejne skinienie głowy. Elaine szybkim ruchem poprawiła okulary w różowych oprawkach.

– To chyba wystarczy, prawda? – dodał.

– To nigdy nie wystarczy, mój drogi, o czym doskonale wiesz – rzuciła Elaine i odeszła energicznym krokiem.

Carrie poczuła, że Adrian ściska jej dłoń. Najwyraźniej zrobiła sobie wroga jako żona najbardziej wziętego scenarzysty w mieście. W dodatku podpisała z nim umowę na wyłączność w imieniu cenionej firmy producenckiej, dla której niedawno zaczęła pracować. Już wpadli oboje na świetny pomysł nowego serialu Adriana. Bohaterem miał być gwiazdor filmowy, w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku u szczytu sławy, którego rozrzutny styl życia zmusił do ogłoszenia ban­kructwa. Dwadzieścia pięć lat młodsza dziewczyna rzuciła go z obrzydzeniem, aktor został sam, spłukany, starając się utrzymać na powierzchni. Carrie i Adrian przedstawili pomysł szefowi działu dramatycznego oraz dyrektorowi programowemu BBC i obaj bardzo pragnęli się z nimi spotkać. Kilka tygodni później serial otrzymał zielone światło, co wkrótce miało zostać oficjalnie podane do wiadomości.

Adrian wtulił twarz w policzek Carrie, drapiąc ją zarostem.

– Hej, ty i ja. To podniecające.

Carrie uśmiechnęła się, czując powracające zdenerwowanie.

– Tak…

– Chyba nie przejęłaś się Elaine, co? Nie zwracaj na nią uwagi. Nic nie stanie nam na przeszkodzie. Razem zrobimy ten serial. Będę miał pełny dostęp do twojego mózgu, gdzie kiełkują kapitalne historie. Potem usiądę i napiszę coś, co nie będzie kupą bredni, tylko miej na mnie oko. I budź mnie w nocy, jeśli przyjdzie ci do głowy jakiś świetny pomysł…

– To nie ja będę cię budzić w nocy, Adrianie.

– Co? Przecież nie masz na myśli Elaine. – Skrzywił się na tę mało przyjemną wizję.

– Jestem w ciąży.

Carrie patrzyła, jak twarz Adriana, wyobrażającego sobie, że jest w łóżku z Elaine, zastyga, po czym pojawia się na niej wyraz zdumienia.

– Co takiego? – zapytał powoli.

– Jestem w ciąży. Czternasty tydzień.

– Czter… czternasty tydzień?

– Dowiedziałam się dopiero trzy dni temu.

Adrian wyglądał na tak zagubionego, że Carrie prawie zrobiło się go żal. Ale wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze, powtórzyła sobie w myślach.

– No tak. Ale… ty… To znaczy zawsze mówiliśmy… Zdecydowaliśmy, że nie… Rodzina nie jest dla nas.

Carrie uśmiechnęła się nieśmiało, z nadzieją.

Adrian wyraźnie pobladł.

– Rozumiem.

Myślał teraz o własnej karierze i po części wcale go za to nie winiła. Chwila była okropna. Wszystko szło tak dobrze: nowa praca, kontrakt z Adrianem, zielone światło! Trudno by sobie wyobrazić gorszy moment na urodzenie dziecka.

DWA

14 maja, niedziela

Emma siedziała z podwiniętymi nogami w biało-szarym salonie rodziców. Ponieważ jej krzesło stało w pewnym oddaleniu od ich sofy, mogła patrzyć zarówno na rodziców, jak i na płaski ekran telewizyjny na ścianie – szła właśnie transmisja na żywo z rozdania nagród BAFTA.

– O, ten serial zwyciężył! – wykrzyknęła jej matka, Alice.

We troje patrzyli, jak scenarzysta Adrian Hill wstaje, by odebrać nagrodę.

– To dobry serial – stwierdził z aprobatą ojciec Emmy, Brian, popijając swoją obowiązkową wieczorną whisky z lodem.

Matka, z kieliszkiem wina i „Telegraphem” rozłożonym na kolanach, na przemian rozwiązywała skomplikowaną krzyżówkę i oglądała telewizję. Oboje trwali niewzruszenie, od dawna skostniali w swych obyczajach i opiniach. Nie pierwszy raz Emma poczuła, że tu nie pasuje. W tym domu, który nigdy nie był szczególnie ciepły, zaczynała się dusić.

– To pewnie dla ciebie jakaś inspiracja, co, Emmo? – Ojciec odwrócił się i ujrzała w jego oczach znajomy, słabo skrywany zawód. – Ten Adrian Hill nieźle pisze, nie sądzisz? – spytał wyczekująco.

Czując, że matka też czeka na jej odpowiedź, Emma się najeżyła. Tylko spokojnie, nakazała sobie. Musi wyrwać się z tej udręki. Powinna była przyjąć zmianę za barem, gdzie pracowała nocami, zamiast siedzieć tutaj i cierpieć katusze.

– Tak, jest dobry. – Mogłaby powiedzieć znacznie więcej, ale nie był to właściwy moment.

Natychmiast wyczuła irytację ojca z powodu tych zdawkowych słów, jednak czuła zbyt silne przygnębienie, by dodać coś jeszcze. Emma marzyła o pisaniu dla telewizji, ale na razie szczęście się do niej nie uśmiechnęło. Nie miała własnego agenta, a jej scenariusz – nie ten, który pierwotnie chciała napisać, to było teraz niemożliwe, ale następny – cóż, sama zdawała sobie sprawę, że nie jest to jej najlepsza rzecz.

– Może powinnaś więcej wychodzić, zamiast przesiadywać w domu – zasugerował Brian. – Co ty właściwie robisz całymi dniami?

Zabolało. Emma wiedziała, że przemilczana część zdania ojca brzmiałaby: „…kiedy twoja matka i ja pracujemy naprawdę”. Ojciec był dermatologiem, matka wysoką urzędniczką w Narodowej Służbie Zdrowia. Dobrze płatne posady, przyzwoity status społeczny.

Emma wzięła uspokajający oddech.

– Piszę, tato. Siedzę w domu, bo potrzebuję komputera do pisania.

W istocie jednak całkowicie brakowało jej natchnienia, zwłaszcza ostatnio. Nie żeby nie próbowała. Bóg jeden wiedział, ile zaczynała różnych rzeczy, ale z żadnej nic nie wychodziło.

– Cóż, chyba powinnaś coś zmienić – stwierdził Brian, po czym znów utkwił wzrok w telewizorze, jednocześnie zbywając córkę i kryjąc swoje rozdrażnienie.

Na ekranie Adrian, z triumfalnie wzniesioną ręką, schodził ze sceny. Emma zaklęła w duchu: przegapiła moment, gdy kamera pokazywała jego żonę, a chciała to zobaczyć. Wstała. Ani chwili dłużej nie wytrzymałaby w tym pokoju, więc poszła na górę do swojej sypialni i zamknęła drzwi. Za oknem ciemność spowijała tę porządną ulicę w południowej części Londynu. Emma zaciągnęła zasłony, podeszła do biurka, włączyła laptop i otworzyła swój najnowszy scenariusz. Siedziała z palcami zawieszonymi nad klawiaturą.

Gdy rozległo się pukanie do drzwi, drgnęła. Zanim zdążyła odpowiedzieć, do sypialni weszła Alice, usiadła i położyła na łóżku czasopismo.

– Wiesz, twój ojciec mówił te rzeczy tylko dlatego, że się o ciebie troszczy.

Jasne, troszczy się o dwieście siedemnaście tysięcy funtów, które wydał na prywatną szkołę, pomyślała Emma. Wiedziała, że ojciec uważał – w zasadzie oboje rodzice tak uważali – że to pieniądze wyrzucone w błoto. Inwestycja, która się nie zwróciła. Całe życie czuła się jak aktywa: nabyto ją w dzieciństwie, zainwestowano w nią, szkolono i pielęgnowano jak konia wyścigowego pełnej krwi – aktywa, które obecnie nie dawały oczekiwanej dywidendy.

– Skończyłaś studia już dwa lata temu. Wiem, uznaliśmy, że przyda ci się spędzić rok na podróżach, ale potem miałaś tylko ten trzymiesięczny staż i nawet ci nie zapłacili.

Swoim tonem matka dawała do zrozumienia, że gdyby tylko Emma była cokolwiek warta, zatrzymaliby ją i zaoferowali jej coś płatnego. Alice kompletnie nie orientowała się, jaka jest sytuacja rówieśników Emmy, zwłaszcza w opartym na współzawodnictwie i wyzysku świecie telewizji, którego nie potrafiła pojąć, bez względu na to, ile razy Emma próbowała jej go wyjaśniać. Alice należała do pokolenia, które nie miało kontaktu z dzisiejszymi absolwentami, i wierzyła, że jeśli ktoś jest dobry, zostaje zauważony.

– Tylko trzymiesięczna niepłatna praca w ciągu blisko roku. Może czas ponownie przemyśleć pewne sprawy? – zasugerowała łagodnie matka.

Przygnębienie Emmy tylko się nasiliło.

– Masz dobry dyplom. Mogę ci pomóc, podobnie jak ojciec. Moglibyśmy przedstawić cię pewnym ludziom.

– Wiesz, mamo, że nie chcę pracować w medycynie. Chcę pracować w telewizji. Zresztą nie mam odpowiedniego dyplo­mu.

– Miałabyś, gdybyś przyjęła tę propozycję z Oksfordu.

Znowu to samo, pomyślała Emma. Przez całe życie rodzice wtłaczali ją w jakieś role. Emma wybrała te przedmioty, których życzyli sobie rodzice, niechętnie zgadzając się na nauki ścisłe, pod warunkiem że ostatnim przedmiotem będzie angielski. Następnie ojciec wymógł na niej, by złożyła podanie do jego dawnego college’u w Oksfordzie, i musiała nawet napisać list do dziekana. Dostała propozycję studiowania medycyny, a ojciec nigdy jej nie wybaczył, że odrzuciła ją, by studiować literaturę angielską na pomniejszej uczelni.

Frustracja przepływała między nimi jak prąd elektryczny i obie strony podszczypywały się nawzajem.

– Posłuchaj, to prawda, że ani twój ojciec, ani ja nie byliśmy zachwyceni, kiedy oznajmiłaś, że chcesz pracować w telewizji, ale pozwoliliśmy ci spróbować. Najwyraźniej jednak nic z tego nie wychodzi. Nie tak, jak byś sobie życzyła. – Alice wstała i westchnęła cicho. – Czas zacząć budować karierę. Telewizja nie jest stabilną branżą, sama mówiłaś. Obawiam się, że życie przecieka ci przez palce – dodała i wyszła.

Gdy drzwi się zamknęły, Emma poczuła, że uchodzą z niej resztki powietrza. Rzuciła się na łóżko i wbiła wzrok w sufit. W głębi serca wiedziała, że ma talent. Spojrzała na czasopismo, które przyniosła matka – „Broadcast”, branżowa biblia. Zdarła folię i otworzyła magazyn na stronie z ogłoszeniami w sprawie pracy. Zazwyczaj proponowano żałosne posady redaktorskie, ale gotowa była przyjąć cokolwiek, byle tylko się wcisnąć.

U dołu jedynej strony z ofertami pracy wypatrzyła maleńkie ogłoszenie. Poszukiwano wydawcy do serialu, który leciał od dawna i mocno się już opatrzył. Na widok nazwy firmy producenckiej Emma drgnęła.

Wróciła do komputera i zaczęła pisać list motywacyjny.