Strona główna Inne Marcin Dudziński „Z moich kości”. Fragment

Marcin Dudziński „Z moich kości”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Marcin Dudziński „Z moich kości”. Fragment„Tajemnice znikają, życie staje się zrozumiałe. Zrobiłam coś, czego się wstydzę. Może nawet trochę boję. To jest chyba złe, nieprawe, ale ja mimo wszystko tak tego nie odbieram. Tego właśnie wstydzę się najbardziej.

Pamiętam, że pachniało wiosną. To był pierwszy taki dzień w roku. Powietrze było świeższe, niosło jedyną w swoim rodzaju woń kwiatów bzu i mokrej trawy. Najbardziej

niesamowite było to, że czułam ją na dworcach kolejowych, w pociągu, na ulicach Częstochowy i Katowic. Ten zapach wkradał się wszędzie, uprzejmie oznajmiając światu, że nadchodzi jaskrawość i intensywność, nastaje nowe.

Tego dnia przyszła wiosna, zniknęły ostatecznie jakiekolwiek oznaki chłodu. Życie stawało się proste i zrozumiałe. Wybrałam się do córki. Był piątek. Jechałam na Ligotę, do dwupokojowego mieszkania na trzecim piętrze. Jechałam ja, czterdziestosześcioletnia już kobieta, do swojej dwudziestojednoletniej córki, by drugi raz w życiu spędzić z nią weekend w wynajętym lokum. Czynsz za to małe mieszkanko opłacała wspólnie z przyjaciółką i dzięki mojej pomocy, nędznej i nieregularnej. Cieszyłam się, że odpocznę od męża, jechałam z tęsknotą, z radością, z tajemniczym listem do Jerzego Waltera w wewnętrznej kieszeni torebki.

Właśnie tam zrobiłam coś, czego się wstydzę.

Nie mogłam się powstrzymać. Paulina przywitała mnie na peronie, a potem autobusem dotarłyśmy pod ciemnoszary blok, otoczony wieloma takimi samymi budynkami. Pomyślałam, że ta sceneria nie pasuje ani do zapachu, który unosi się w powietrzu, ani do mojej córki, kolorowej, wyjątkowej osoby, na którą nie mogłam się napatrzeć. Zauważyłam, że zmieniła się przez ostatnie miesiące. Zastanawiałam się, skąd taka oryginalność w dziewczynie, która ma taką szarą matkę i jeszcze bardziej szarego ojca. Pierwszy raz pomyślałam, że imię Paulina jest dla niej zbyt oczywiste, że powinna być Paulą, Polą, Apolonią. Miałam wrażenie, że moją córkę namalował pędzlem szczególny artysta. Kilkoma muśnięciami dodał jasnego różu jej bluzce i policzkom, delikatnego błękitu nieba jej sukience i powiekom, a potem upiął jej lekko rude włosy w niedbały kok, nawinięty na ołówek.

Pomyślałam, że tak mało o niej wiem, że jadę do niej drugi raz w ciągu ostatnich dwóch lat, a ona bywa u nas równie rzadko. Kim jest moja córka, która nocami maluje obrazy, za dnia studiuje projektowanie graficzne, a wieczorami i w weekendy pracuje w kawiarni? Kim jest moja córka, która w sercu zamiast Boga nosi świat magii i sztuk pięknych, uważając je za bardziej ponadczasowe niż moja wiara? Jak to się stało, że jest tak bardzo inna od swoich rodziców? Kim

jest jej przyjaciółka, tak samo barwna i finezyjna, że mogłaby być jej siostrą?

– Monika jest wróżką – mówi Paulina, a ja mam ochotę się przeżegnać. – To znaczy nie do końca, ale umie przepowiadać przyszłość! Ostatnio wywróżyła, że ktoś mi bliski kryje jakąś tajemnicę. Ponoć to kobieta. Stawiam na ciebie, mamo! To zabawne – mówi i śmieje się w głos, niewinnie,

a ja trzęsę się w środku, próbując nie pokazać tego po sobie. Myślę o moich listach do Jerzego Waltera.

Na krześle i łóżku leżą ubrania, między karniszem i szafą rozciągnęła sznurek, na którym wiszą jej malunki, przypięte drewnianymi żabkami, z pudeł pod ścianami wysypują się szpargały. Wkraczam do innego świata.

– I co? Nie słuchamy już rapu? – pytam, bo w domu jest cicho, a ona nie ma na szyi słuchawek, z którymi kiedyś się nie rozstawała.

– Nie, mamusiu – śmieje się. – Przeszło mi…

Rozluźniam się dopiero po dwóch godzinach. Staję się niemal tak samo eteryczna jak one. Nagle zaczynam tu pasować. A potem robię coś, czego zawsze się bałam.

Monika wychodzi do sklepu, a my zostajemy same. Zanim wróci, Paulina namówi mnie, żeby jej przyjaciółka przepowiedziała moją przyszłość. Przekonuje mnie, że to tylko zabawa, ale chyba tylko ja wiem jak groźna. Jak odległa od tego, w co wierzę. A mimo to się zgadzam. Monika wraca i zamykam się z nią w pokoju.

– Nie muszę przy tym być, mamusiu. Nawet nie mogę!

To twój czas, baw się dobrze! – Moja córka promienieje.

Siadam naprzeciw jej przyjaciółki, a ona wyjmuje karty.

– To tarot, słyszała pani coś o nim? – pyta.

– Słyszałam – odpowiadam spokojnie, mimo że rośnie we mnie strach i dziwna ciekawość.

– Ja rozłożę karty, a one opowiedzą nam o przeszłości, o przyszłości, o wszystkim, co panią dręczy, co ma wpływ, zarówno dobry, jak i zły, powiedzą to, czego pani nie wie…

– Nie! – przerywam jej grzecznie. Wygląda na mocno zaskoczoną.

Kładę na stole list, który od listopada noszę w torebce. Ten, którego nie wręczyłam komendantowi Walterowi. Otwieram go, a ona czyta jego treść. Patrzy na mnie ze zdziwieniem.

– Chcę wiedzieć, o co tu chodzi – odpowiadam na jej nieme pytanie. – Co tu jest grane, czy coś grozi adresatowi tego listu? Kto to napisał? Da się tak?

– Tak… da się… – Widać, że tego się nie spodziewała. Tego karty jej nie powiedziały. – Kto jest adresatem tego listu?

– To nieważne. Nie muszę odpowiadać, prawda? – Zakładam w ciemno. – Chcę wiedzieć, co oznacza.

– I nie chce pani nic wiedzieć… o sobie? – Dobiera powoli słowa, wciąż się zastanawiając.

– Nie chcę. Chcę prawdy o tym liście. Albo czegokolwiek, co mogą dać te… karty… – Patrzę na talię z niepokojem.

– Dobrze, proszę przełożyć – prosi, a ja przesuwam część talii, pierwszy raz w życiu dotykając czarnej magii. Odkłada list na bok, robiąc miejsce na blacie.

– Rozłożę dziesięć kart, tworząc z nich krzyż celtycki – zaczyna, a ja myślę sobie, ze krzyż zawsze zwycięży. Odsłania pierwszą kartę i na moment zastyga.

Wieża. To bardzo zła karta – mówi. – Złowróżbna. Jedna z najgorszych w całej talii. Mówi, że ten list może nieść całkowite zniszczenie. To karta gorsza niż karta Śmierci. To właśnie Wieża może oznaczać to, co my rozumiemy jako koniec wszystkiego. Ten list przyniesie rozpacz, utratę czegoś, co ważne.

– Co to może być? – pytam szybko. Ona czuje, że bardzo chcę wiedzieć.

– Wszystko. Własność, sława, miłość… – robi pauzę i po chwili dodaje – …życie.

Milczymy. Po chwili kładzie drugą kartę.

Śmierć – mówi, a ja widzę szkielet trzymający kosę.

– To nie tak źle, jak Wieża – szepczę pod nosem.

– Gorzej.

– Jak to? Przecież mówiłaś, że Wieża

Śmierć jest odwrócona. – Pokazuje układ kart.

– To znaczy?

– Zapowiada przerażające wydarzenia, oznacza stratę, porażkę… żałobę… – Ona też już szepcze. Nie wydaje mi się, żeby robiła to specjalnie. Znowu milczymy, słychać jedynie nasze oddechy. Jest już wieczór. Monika zapaliła tylko jedną lampkę na stole, siedzimy więc w półmroku. W świetle leżą tylko karty i list, nasze twarze pozostają w półcieniu. Jeszcze raz patrzę na kościotrupa. Mogę policzyć jego żebra. Nie wiem, czemu to robię. Myślę o Jerzym Walterze, z troską, która rośnie z każdą kolejną kartą. Pojawia się Papieżyca, a Monika mówi, że symbolizuje dziewictwo i spokój, ale może też oznaczać, że osoba, której dotyczy ta karta, nigdy przed innymi nie odkryje całej prawdy. Nie wiem, czemu zapamiętuję tylko tę ostatnią symbolikę. Potem, jako zapowiedź tego, co stanie się w najbliższej przyszłości, Monika odsłania kartę Sprawiedliwość.

– Zapadnie wyrok słuszny i uzasadniony. To może być dobra wiadomość, ale i zła. Patrząc na układ kart, raczej zła. Sprawiedliwy wyrok może oznaczać sprawiedliwą karę – mówi.

Kiedy wykłada ostatnią, informuje mnie, że ta karta pokaże, jak zakończy się ta sytuacja. Widzę Koło fortuny i postacie, które chwytają je z dołu, z góry, z każdej ze stron.

– Koło fortuny to metafora przeznaczenia. Siła wyższa.

– Bóg – mówię odruchowo, mimowolnie.

– Może być Bóg… – odpowiada bez przekonania. – Tarot mówi nam, że ten list jest przeznaczeniem adresata, który będzie bezradny wobec jego konsekwencji. Zmiany mogą być fortunne, mogą oznaczać nowe szanse, jednak przy takim układzie całości powiedziałabym, że karty mówią raczej o komplikacjach i trudnych przemianach.

– Jakich? Jakich konkretnie?

– Nie można powiedzieć dokładnie, można wskazać kierunek.

– Brzmi, jakby przyznawała się do winy.

Kończymy. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu tu spędziłam. Mam wrażenie, że zamiast przyjaciółki mojej córki widzę przed sobą komendanta. Nie wiem, czemu wydaje mi się, że woła o pomoc. Otrząsam się i patrzę na Monikę. Czuję, że podobnie jak ja, chce już opuścić to pomieszczenie.

– Bardzo ci dziękuję. To wszystko zostaje między nami, tak? – zwracam się do niej. Czuję wstyd i strach jednocześnie.

– Oczywiście – odpowiada. Wygląda na zmęczoną.

– Co jest? – dopytuję. Potrzebuje chwili, żeby odpowiedzieć.

– Dawno nie widziałam tak złego układu kart…

Zrobiłam coś, czego się wstydzę i boję.

Wychodzimy z pokoju i widzę swoją piękną córkę.

– Kolacja! – woła do nas i wskazuje na zastawiony stół.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam, wsłuchując się w płytki oddech Pauliny, która spała bardzo spokojnie, gdy ja myślałam o tym, co zrobiłam, i prosiłam Pana o wyrozumiałość i przebaczenie. Prosiłam go o wsparcie dla Jerzego Waltera. Teraz, kiedy siedzę przy mężu, który wpatruje się w ekran telewizora, nie potrafię odwrócić wzroku od zwęglonej figurki anioła i napisu PROFANUM na ułamanej podstawce.

Gdy byłam sam na sam z Moniką, pozwoliłam sobie na wejście w strefę mroku, na zdradę mojej wiary. Dałam się ogarnąć siłom, w które przecież nie wierzę. Zrobiłam coś, czego się boję i wstydzę. Do dzisiaj mam przed oczami szkielet śmierci na odwróconej karcie. Pamiętam każde słowo Moniki i mam wrażenie, że każde z nich pochodzi z mojego wnętrza, z samego środka moich kości.

Tajemnice znikają, życie staje się zrozumiałe. Wszyscy jesteśmy pomyleni*.

Zrobiłam coś, czego się boję. Przeszłam wtedy na chwilę na stronę profanum.

Wszyscy jesteśmy pomyleni.”