Strona główna Inne Lize Spit „Szpadel”. Fragment

Lize Spit „Szpadel”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Lise Spit "Szpadel". FragmentNaszą młodość, podobnie jak młodość wszystkich pozostałych mieszkańców wsi, można było podzielić na dwa okresy: przed Windowsem 95 i po nim. We wszystkich innych rodzinach graniczny był sam rok 1995, który odznaczył się nieoczekiwanym i zachłannym używaniem angielskich terminów.

Games, points, levels, winner.

Wszyscy się starali, jak potrafili. Jednak tylko ja i Jolan zwróciliśmy uwagę, że te okrągłe dźwięki nie pasowały do tutejszego ostrego, zdeformowanego przez dialekt języka. Jako niemal jedyni w Bovenmeer nie mieliśmy telewizji ani Windowsa i kornfleksy wciąż nazywaliśmy płatkami śniadaniowymi albo kwakies – od marki z sieci Aldi.

Prawdziwa dywergencja nastąpiła w naszej rodzinie parę lat później i nie zbiegła się z triumfalnym pochodem Windowsa, lecz z początkiem dziwnego zachowania Tesje, które z kolei, dla odmiany, miało związek z wprowadzeniem nowego systemu operacyjnego.

W 1997 roku, kilka dni po tym, jak po raz pierwszy przeszedł Tomb Raidera, Laurens stracił poczucie czasu i przez telefon stacjonarny chciał mnie powiadomić o swojej wygranej w porze, która właściwie jest zarezerwowana na zawały serca dziadków. Ojciec uznał, że także dla nas wybiła godzina wejścia w erę komputerową. Tesje już spała, ja jeszcze nie. Robiłam, co do mnie należało: byłam latarnią morską, ale taką bez światła. Na moim piętrowym łóżku rejestrowałam wszystkie dźwięki, nie miałam odwagi przestać, ze strachu, że istotnie wszystko ode mnie zależy i gdybym przestała, wszystko ciągnęłoby się w nieskończoność, a ojciec już nigdy nie wróciłby do domu.

Po kilku minutach w korytarzu dało się słyszeć jakieś dźwięki. Ktoś w butach wchodził po schodach.

Nie rozpoznawałam tego kroku, zdecydowanego i szybkiego. Zaskrzypiał ostatni stopień.

Zarówno podest, jak i schody wyłożono kiedyś tekturą. Dopasowaną do najmniejszego załomka, przymocowaną papierową taśmą. Tektura skrywała jasny parkiet i dębowe schody. Drewno tak długo pozostawało niewidoczne, że równie dobrze mogłoby go tam nie być. Co rano stąpaliśmy po unerwieniu, które matka i ojciec chcieli zachować w stanie nienaruszonym. To musiało działać kojąco – coś się nie ścierało – ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało się to żałosne: ten parkiet przechowywano na potrzeby innego, ważniejszego życia.

W korytarzu zapalono światło. Obróciłam się plecami do drzwi sypialni. Ktoś je otworzył, ostro odcinający się pasek światła z korytarza padł na moją poduszkę, przepołowił mi głowę na wysokości skroni. Pozwoliłam, żeby moje otwarte usta lekko się rozchyliły, zamknęłam oczy, nie reagowałam na swoje imię. A jednak wyciągnięto mnie z łóżka. Taka była rola piętrowych łóżek: dzieci miały leżeć na wysokości wzroku, aby nie trzeba się było tłumaczyć z tego, że wyrywa się je ze snu o niemożliwej porze.

Zeszłam za ojcem po schodach. Z każdym stopniem jego głowa opadała o jakieś piętnaście centymetrów.

Przypomniałam sobie tamtą noc, kiedy ojciec przyszedł wyciągnąć mnie z łóżka, bo mama miała powiedzieć, że „z tym skończy”. Z czym dokładnie, ze sobą, z ich związkiem czy z wiśnia- mi, które czekały, aż się je przerobi na konfiturę – nie wiedział prawdopodobnie nawet on. Mimo to w środku nocy usunęliśmy z domu wszystko, co mogłoby jej w tym pomóc.

Musieliśmy dmuchać na zimne.

– Wierz mi, dla kogoś, kto naprawdę chce ze sobą skończyć i ma wystarczająco bogatą wyobraźnię, niebezpieczna jest nawet wyciskarka do czosnku – powiedział ojciec.

Zbieraliśmy wszystko do dużego kartonowego pudła: cyrkle, ostre sztućce, wykałaczki, pióra wieczne. Następnego ranka matka obudziła się w domu wyczyszczonym niemal do zera. Apteczka doszczętnie splądrowana, z wyjątkiem pudełeczka plastrów wodo- odpornych i małych, tępych nożyczek. Przez trzy dni jedliśmy łyżką i widelcem. Nie mogliśmy ciąć papieru.

Później obawiałam się jeszcze bardziej tego, że jeżeli nie miała zamiaru popełnić samobójstwa, to puste szuflady na sztućce przekonały ją o takiej konieczności.