Strona główna Inne Krzysztof Zajas „Wiatraki”. Fragment

Krzysztof Zajas „Wiatraki”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Krzysztof Zajas „Wiatraki”. FragmentBordowa vectra czekała na niego powyżej bramy, na końcu parkingu. Paweł Palka w białej koszulce polo i krótkich blond włosach z grzywką wyglądał jak maturzysta na przedwojennej fotografii. Na przeprosiny Lucka za spóźnienie odparł po prostu „spoko” i ruszył w górę ulicy Kilińskiego, a potem skręcił w lewo w Kaszubską. Wyjeżdżali z miasta.

– Dokąd jedziemy? W Słupsku nie ma knajpy?

– Nie ma dyskretnej knajpy – doprecyzował Palka. – Wolałbym, żeby nas razem nie widziano.

– Nie jestem gejem – powiedział Lucek mało swobodnie. Od szkoły miał z tym problem. Na szczęście Palka potraktował to jak żart i roześmiał się.

– Ja też nie. Chodzi o to, żebyśmy – Lucek zauważył jego szybkie spojrzenie w lusterko – mogli spokojnie pogadać. Nie zdziw się, ale mogą nas śledzić.

Bałyś dla zasady również się obejrzał, zakładając na nos lustrzanki, jakby liczył na to, że zobaczy za tylną szybą co najmniej chevroleta impalę z dwoma typkami w środku. Niczego takiego nie dostrzegł, właściwie w ogóle nic za nimi nie jechało. Tylko zmierzchające szare niebo rzucało w głąb ulicy ponure cienie.

– No, jadą – mruknął, wczuwając się w rolę. – Ile masz kul w magazynku?

Rzut oka Pawła Palki w lusterko wart był najwyższej tantiemy za scenariusz.

– Zwariowałeś? – zawołał pobladły. – Nie mam żadnych kul! Nie zabieram broni na piwo!

– To jak ich pokonamy? – spytał zimno Lucek. Na chwilę poczuł się jak z Krzyckim w Grobianach. – Są za daleko, żeby im skopać tyłki. Może skręć raz w prawo i raz w lewo, to ich zgubimy. Macie tu jakieś wąskie uliczki ze straganami?

Samochodem zarzuciło przy ostrym skręcie w lewo. Znaleźli się faktycznie na wąskiej szosie idącej na północ wewnątrz szpaleru strzelistych drzew. Ich korony tworzyły nad drogą baldachim, teraz ciemny jak sklepienie gotyckiego kościoła. Palka odwrócił się blady.

– Co ty pieprzysz, gościu? Nic za nami nie jedzie!

Jeszcze nie wiedział, z kim ma do czynienia.

– Bo ich zgubiliśmy. Dobra robota, stary. Zjedź jeszcze ze dwa razy z głównej drogi, a ja w razie czego przestrzelę im opony.

Na chwilę w samochodzie zapadła cisza. Palka rzeczywiście zjechał z szosy w żwirową drogę i znaleźli się na wielkim polu gryki. Sunęli powoli, wsłuchując się w rytmiczne skrzypienia resorów starej vectry.

– Za tą kępą krzaków powinno być dobrze – powiedział Lucek, który ciągle nie miał dość. – Przyczaimy się parę metrów za samochodem i weźmiemy ich z zaskoczenia. Ja biorę tego większego.

Palka niewzruszenie jechał dalej, zręcznie omijając dziury i kępy chwastów. Chyba wreszcie załapał.

– Wy tak zawsze?

– Z przestępcami zawsze. Bo rozumiem, że śledzą nas brudni gangsterzy. Albo ich goryle, co na jedno wychodzi. Nie, raczej goryle. Do śledzenia głównych bohaterów wysyła się goryli, z których jeden jest wielki i tępy, a drugi trochę mniejszy, ale za to wygadany i sprytny. W kieszeni ma nóż sprężynowy. Poradzisz sobie?

Samochód zatrzymał się w środku pola i wysiedli. Szarość zapadała na dobre, więc Lucek zdjął lustrzanki i rzucił je na siedzenie.

– Fajna knajpa – skwitował, rozglądając się wkoło po polnej równinie. – Przestronna i dyskretna. Co pijemy? Gryczane mojito? Browara z hektara?

– Piwo mam w bagażniku – odparł zrezygnowany Palka. – Tak jak ci mówiłem, nie chciałem, żeby nas słyszeli…

– Pijemy browca samochodowca – podsumował Bałyś i pokazując najbliższą elektrownię wiatrową, spytał: – Kto będzie tańczył na tej rurze?

– To nie jest rura do tańczenia, tylko do wieszania. Na tym wiatraku znaleźliśmy Kulika. Powiedziałeś, że musiałbyś zobaczyć to miejsce. No to patrz.

Lucek zmierzył wzrokiem patykowate straszydło. Robiło wrażenie czegoś groźnego i rachitycznego zarazem, czego należy się bać, ale i co można zlekceważyć. W otoczeniu kwitnącej gryki, lasów od zachodu i ceglastych dachów domów pobliskiej wioski wyglądało jak przybysz z innego świata. Stanęło na środku pola i rozglądało wkoło z nieprzeniknioną intencją w cyklopowym oku. Nad nim bure niebo. Luckowi odechciało się żartów.