Strona główna Recenzje Śmierć pod okiem sowy – recenzja „Kluczowego świadka” Jørna Liera Horsta

Śmierć pod okiem sowy – recenzja „Kluczowego świadka” Jørna Liera Horsta

0
PODZIEL SIĘ
Kluczowy świadek Jørn Lier Horst
Kluczowy świadek okładka

Kluczowy świadek Jørn Lier Horst

Kluczowy świadek Jørn Lier Horst recenzja

Kluczowy świadek to debiutancka powieść Horsta, w Polsce wydana jako siódma z kolei. Autor, były śledczy, wziął w niej na warsztat autentyczną sprawę, w której brał udział. Sprawę – warto dodać – która nigdy nie znalazła swego rozwiązania. W „Kluczowym świadku” Horst pokusił się o to rozwiązanie.

Jak podkreślił sam autor, prawdziwe, czyli odpowiadające autentycznemu śledztwu, są tylko trzy pierwsze rozdziały powieści, właściwie do momentu gdy śledczy William Wisting wchodzi do domu ofiary. Później już zaczynają się spekulacje i fantazje autora. Niemniej jednak, nawet jako policjant, Horst był przekonany, że sprawa, która go zainspirowała, mogła mieć właśnie takie konotacje – sięgać głębiej i nieść znacznie groźniejsze motywy niż się z pozoru wydawało.

Kto zabił ornitologa amatora?

Akcja „Kluczowego świadka” toczy się w podmiejskiej dzielnicy Larviku, przy bocznej ulicy. Ofiarą jest samotny emeryt, Preben Pramm, znaleziony przez sąsiada po tygodniu od śmierci. Został zamordowany w okropny sposób – jest nagi, skrępowany, jego ciało nosi ślady tortur, a dom wygląda na splądrowany. Co gorsza w piwnicy śledczy odkrywają zwłoki kota należącego do emeryta, także ze śladami maltretowania. Co zaszło w tym domu i czym naraził się spokojny członek towarzystwa ornitologicznego, lubiący fotografować ptaki?

Czego szukano w jego domu i czy zostało to odnalezione? W toku mozolnego śledztwa na jaw wychodzą coraz dziwniejsze informacje. Pramm musiał opuścić kółko taneczne za nagabywanie żon innych emerytów, miał sporą kolekcję czasopism pornograficznych, kolega od kieliszka przebąkiwał coś o kobietach, z którymi się zadawał, być może prostytutkach i narkomankach. Czy na pozór nie wadzący nikomu starszy człowiek skrywał więc jakiś mroczny sekret? Czasem kluczowym świadkiem może okazać się ktoś, kogo zupełnie o to nie podejrzewamy.

Bohater i symbol

Nie ukrywam, że przepadam za książkami Jørna Liera Horsta i byłam ogromnie ciekawa jego debiutu. Nie zawiodłam się. Pisarz wystartował bowiem z impetem. Mamy tu wszystko, co później rozwinął w swoim cyklu. Inteligentnego, oddanego swojej pracy gliniarza. Żadnego tam zmęczonego życiem filozofa, czy mizogina z problemami. Zwykłego męża i ojca, który stara się jak najlepiej wypełniać swe obowiązki, nie zaniedbując przy tym rodziny. Uczciwego człowieka, wiedzącego, że od jego postawy wiele zależy, bo ktoś – na przykład rodzina ofiary – na niego liczy.

Druga rzecz charakterystyczna dla tego autora to świetnie poprowadzona akcja, w której nie ma zbędnych momentów czy przegadanych treści. Wszystko do czegoś zmierza i ma znaczenie. Pod tym względem widać rękę dawnego komisarza – wszystko jest tu na swoim miejscu i trzyma w napięciu do samego końca.

W tej pierwszej powieści Horst wprowadził kilka symbolicznych, znaczących momentów, w których chciał czytelnikowi zwrócić uwagę, że w śledztwie policyjnym czasem „nic nie jest tym, czym się wydaje”. Wisting ma swoją półkę z pamiątkami po dawnych śledztwach, gdzie poczesne miejsce zajmuje zakrwawiony dziecięcy kombinezon. Swego czasu komisarz zaangażował się mocno w poszukiwanie zamordowanego – jak mniemał – dziecka. Okazało się jednak, że trzyletnia dziewczynka dostała w samochodzie silnego krwotoku z nosa i rodzice kombinezonem tamowali upływ, a potem wyrzucili niepotrzebne ubranko przez okno. Tak – czasem nie powinno się sądzić po pozorach.

Trop, nie zawsze ślepy

Bo również o tym jest „Kluczowy świadek”. Kto jest kim w tej powieści? Kto ma coś ważnego do powiedzenia, a kto mniej? Jak odróżnić ziarno od plew, jak odsiać ważne informacje od tych zupełnie błahych? Pisałam już w recenzji „Ślepego tropu”, że Horst jest jedynym autorem, u którego nie nudzą mnie sceny narad policyjnych, zapewne dlatego, że sam jest byłym komisarzem i policyjnym praktykiem. W „Kluczowym świadku” narad jest mniej, ale mamy dużo roboty śledczej – przeglądania dokumentów, analizy danych. Widzimy jaka to żmudna i czasami niewdzięczna praca. Laikowi wydaje się, że dochodzenie to jakiś błysk geniuszu i sprawca zostaje ujęty praktycznie na gorącym uczynku. Jørn Lier Horst pokazuje, że są to godziny ślęczenia w biurze nad papierami oraz mozolnego przesłuchiwania świadków w nadziei, że coś się wreszcie ułoży w spójną całość lub wykluczy.

Która z powieści?

Pewnie są Państwo ciekawi, którą powieść Horsta lubię najbardziej. Nie ukrywam, że „Kluczowy świadek” bardzo mi się podobał swoją świeżością, dynamiką, pazurem. No i smaczku dodawało mu to, że jest to historia oparta na faktach, z bardzo ciekawym rozwiązaniem. Do moich ulubionych części wciąż jednak należą „Jaskiniowiec” i „Psy gończe”. Zresztą z całkowicie czystym sumieniem polecam Państwu cały cykl Jørna Liera Horsta o komisarzu Wistingu. Nie zawiedziecie się.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Smak Słowa.