Strona główna Do poczytania K.L. Slater Uwięziona dziewczyna – fragment

K.L. Slater Uwięziona dziewczyna – fragment

0
PODZIEL SIĘ

K.L. Slater Uwięziona dziewczyna - fragmentK.L. Slater Uwięziona dziewczyna – fragment

Szpital Kliniczny Queen’s, Nottingham

            Tik tak, tik tak.

            Zegar wisi równiutko na ścianie, widzę go kątem oka.

            Po drugiej stronie mojego łóżka jest plama światła – okno. Wyczuwam tam miękką ciemną masę. Myślę, że to może być kolor zielony. Ociera się lekko o szybę i szepcze. Wszystko inne w tym małym białym pokoju jest nieruchome i nieme.

            Słyszę głosy i kroki. Tuż za drzwiami.

            Do pokoju wchodzi dwójka lekarzy. Wysilam się, żeby zobaczyć, jak podchodzą. Rozmyta biel. Przychodzą codziennie mniej więcej o tej porze, gdy światło jest trochę bardziej miękkie. Tak właśnie rozpoznaję, że jest popołudnie.

            Moje serce bije szybciej. Czy to będzie ten moment, kiedy zauważą, że wciąż tu jestem, za tą niewidzialną dźwiękoszczelną przegrodą, która oddziela mnie teraz od świata?

            Dla nich jestem „stanem wegetatywnym”, leżę na wąskim łóżku, oczy szeroko otwarte, sparaliżowana. Nieruchoma jak trup.

            Ale w swojej głowie stoję i walę dłońmi z rozczapierzonymi palcami w nieistniejącą szybę. Krzyczę, żeby mnie wypuścili.

            Spójrzcie na mnie!, wołam. Spójrzcie na mnie!

            Ale oni prawie nigdy tego nie robią. To znaczy prawie nigdy na mnie nie patrzą. Rozmawiają o mnie, obserwują mnie z oddali, ale mnie nie dotykają, nie zaglądają mi w oczy.

            Gdyby to zrobili – któryś z lekarzy czy jakaś pielęgniarka – może dostrzegliby leciutkie poruszenie rzęs, prawie niezauważalne drgnienie palca. Dobry Boże, nawet sprzątaczka mogłaby dostrzec iskrę życia, gdyby choćby przelotnie na mnie spojrzała.

            – To naprawdę okrutne – mówi z bólem lekarka, dając krok w stronę łóżka – że wygląda tak normalnie, tak żywo, to mam na myśli.

            Ja żyję!, krzyczę. JA ŻYJĘ!

            Zbieram wszystkie siły i całą determinację i przesyłam je do ręki leżącej nieruchomo na jasnoniebieskim kocu. Lewej ręki. Tej, którą widzą, bo leży tuż przed ich nieuważnymi twarzami.

            Wszystko, co muszę zrobić, to poruszyć palcem, przesunąć dłoń. Milimetrowy ruch, maleńkie drgnienie wystarczy. Jeśli tylko oni to zauważą.

            – Nic z niej nie zostało, to już tylko skorupa – stwierdza cicho lekarz. – I jest tak od dnia, w którym dostała udaru.

            – Nie zazdroszczę ci – mówi lekarka i wzdycha. – Niedługo będziesz musiał porozmawiać z rodziną.

            – Nie ma żadnej rodziny – odpowiada lekarz. – Jeszcze nie wiemy, kim ona jest.

            Drzwi znowu się otwierają, potem zamykają.

            Kroki się oddalają, w pokoju zapada cisza.

            Teraz jedyny wypełniający go dźwięk to chrapliwe westchnienia utrzymującego mnie przy życiu respiratora. A pomiędzy każdym ochrypłym westchnieniem cisza.

            Nie mogę oddychać bez pomocy jednej maszyny. Nie mogę przełykać bez pomocy innej.

            Oddychaj, rozkazuję sobie. To nie jest realne. To się nie dzieje naprawdę.

            Ale dzieje się.

            I jest bardzo, bardzo realne.

Tłumaczyła: Małgorzata Stefaniuk

Fragment opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Amber

O Uwięzionej dziewczynie u nas TUTAJ