Strona główna Inne Jenny Blackhurst „Czarownice nie płoną”. Fragment

Jenny Blackhurst „Czarownice nie płoną”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Jenny Blackhurst „Czarownice nie płoną”. Fragment 1

Ellie

Ellie leży na nie swoim łóżku, w obcym pokoju i nasłuchuje odgłosów obcej rodziny, która na dole ogląda telewizję. Pociera kciukiem krzesiwo zapalniczki. W górę strzela pomarańczowy płomień, po czym znika, kiedy Ellie cofa palec.

Pstryk, płomień.

Pstryk, płomień.

Pstryk, płomień.

Przeciąga koniuszkami palców przez wierzchołek płomie­nia i ze zdziwieniem zauważa, że jej nie zabolało. Próbuje po­nownie, tym razem wolniej. Czuje gorąco, ale nic więcej. Wsu­wa palec głębiej w niebieski żar i trzyma, aż ból przeszywa jej ciało, mimo to nie jest tak źle. Przeciwnie, jest wspaniale. Czy tak się czuli jej rodzice? Wyzwalająca tortura? Znowu wkłada dłoń do ognia, tym razem aż po nasadę, nieruchomieje i czeka na ból. Kiedy nadchodzi, jest silniejszy; z szoku Ellie puszcza przycisk zapalniczki. Serce jej wali, ale zapala znowu… pstryk, płomień.

Dokładnie kiedy jej nozdrza zaczyna lizać smród przypalone­go ciała, otwierają się drzwi i w progu staje jej przybrana siostra, Mary. Na widok Ellie oczy robią jej się okrągłe, a szczęka opada jak kotom z kreskówek. – Ellie! Co ty wyprawiasz? – Chwyta ją za rękę i odciąga od ognia. – Zwariowałaś? Zrobisz sobie krzywdę.

W tym momencie dłoń Ellie przeszywa rozpalony do białości ból. Zdziwiona spuszcza wzrok i widzi, jak na skórze już tworzą się pęcherze wypełnione płynem.

– Ja… nie wiem, tylko się bawiłam, to wcale nie bolało. – Patrzy na swoją dłoń z łagodnym zaciekawieniem. – Teraz boli.

Mary delikatnie ściska jej ramię.

– Chodź, pomogę ci. Posmarujemy ranę maścią, owiniemy bandażem i powiemy mamie, że się skaleczyłaś, kiedy pomagałaś mi przy obiedzie.

Ellie patrzy na poparzoną skórę i wyobraża sobie, jak pęche­rze rozprzestrzeniają się po całym ciele, jak pokrywają jej ramię, barki, szyję.

Mary z niedowierzaniem kręci głową.

– Będę ci codziennie zmieniać opatrunek i smarować ma­ścią, ale jeśli rana się nie zagoi, to trzeba będzie wymyślić inną historyjkę. – Patrzy z troską na Ellie. – Co ci strzeliło do głowy? Myślisz, że twoja mama by się ucieszyła, gdyby zobaczyła, co sobie robisz?

– Moja mama nie może niczego widzieć, prawda? Moja mama nie żyje.

Ellie ma uczucie, jakby jej brzuch wypełnił się zielonym, pulsującym szlamem, niczym pomarańcza, która gnije w środku, lecz trującego miąższu nie widać pod nietkniętą skórką. Nie jest taka jak Mary, nie przypomina mieszkańców tego domu. Niektó­rzy to wiedzą; potrafi to wyczytać w oczach ludzi spotykanych na ulicy – przechodzą na drugą stronę, chwytają swoje dzieci za rączkę trochę mocniej niż zwykle, chociaż właściwie nie wiedzą, dlaczego to robią. Ellie wie. Wie, co w niej dostrzegają.

– Ale cię obserwuje, nie wolno ci o tym zapominać – naciska Mary. – Twoja mama patrzy z nieba i wszystko widzi. I chce, żebyś była szczęśliwa, żebyś o siebie dbała, żebyś dorosła i zało­żyła własną rodzinę. Tego by chciała, gdyby tu była, i tego chce tam, gdzie jest teraz. Musisz się przystosować, Ellie. Wiem, że to trudne, wiem, że nie jesteśmy twoją rodziną, ale musisz się postarać.

– A może ja nie mam ochoty się starać? Może wcale nie chcę należeć do waszej rodziny?

– Posłuchaj, Ellie, wiem, jak ci ciężko, widziałam wiele dzieci, które przewijały się przez nasz dom, te dzieci przepełniał gniew, bo nigdy nie zaznały miłości. Ale z tobą jest inaczej, ty wiesz, co to znaczy być kochaną i żyć w domu pełnym ciepła i współczucia. Może teraz tego nie czujesz, ale nie straciłaś tego na zawsze. Nie wolno ci się obwiniać o to, co się stało, nieważne, co ci mówią ludzie.

Ellie kiwa głową, ale w środku wie, że Mary nie ma racji. Mary jest starsza i myśli, że wie wszystko lepiej, ale to niepraw­da. Nie zna jej. Nikt jej nie zna.

2

Imogen

Drzewa rosnące po obu stronach drogi prowadzącej do Li­choty tworzą nad głowami baldachim i rzucają na asfalt cień na­krapiany cętkami przedzierających się między liśćmi promieni słońca. Mrużę oczy, mam wrażenie, jakbym jechała cudownym tunelem do swojego ostatniego punktu przeznaczenia. Na sam koniec drogi.

Thomas Wolfe powiedział, że nie ma czegoś takiego jak powrót do domu i może powinnam była o tym pamiętać, zanim się uparłam, żeby wysłać CV na to stanowisko, a tym samym uruchomiłam łańcuch wydarzeń, które po piętnastu latach wiodą mnie z powrotem do rodzinnego miasta. Może powinnam być rozsądniejsza, powinnam wyzbyć się złudzeń.

Przed nami leży Lichota, brzydka i odstręczająca, tak jak su­geruje jej nazwa, nędzna i chuderlawa. Przywodzi na myśl salę luster; każdy kąt jest koślawy i zdeformowany, nie ma znacze­nia, z jakiego miejsca się na nią spojrzy, coś zawsze jest nie tak. Domy o szaroburych frontach stoją porzucone i opustoszałe.

Po­pulacja topnieje.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Lichota była niegdyś wspaniałym miastem; uchwycony w przelocie fragment majestatycznego budynku lub uderzająco piękna rzeźba może na­sunąć myśl, że ktoś kiedyś wiązał z tym miejscem wielkie plany, lecz dawno je porzucił. Nawet gdy byłam dzieckiem, rodzinne miasto budziło we mnie w tej samej mierze fascynację, co wstręt. Ta sama magnetyczna siła przyciągała tu deweloperów oraz firmy budowlane i ten sam niewyjaśniony lęk i przeczucie grozy wy­ganiały ich stąd z opowieściami o nieużytkach i uciążliwej gospodarce przestrzennej na ustach. Bo kto chciałby się przyznać, że zrezygnował z obiecującego interesu i stracił nawet dziesiątki tysięcy dolarów z powodu odczuć?

Prawie o nich zapomniałam. Tyle czasu spędziłam bezpiecz­nie otulona oparami miejskiej doczesności, świadomie spycha­jąc w niepamięć całe swoje dzieciństwo, że teraz, nawet kiedy zaciskam oczy i próbuję ze wszystkich sił, aż zaczyna mnie boleć głowa, z trudem udaje mi się przywołać wspomnienia dawnego życia.

Mimo że słońce świeci oślepiająco, panuje dotkliwy chłód. „Nowy dzień na nowy początek”, powiedział dziś rano Dan. To dobry omen, znak, że postępujemy właściwie.

– Nie wierzę w znaki i omeny.

Uśmiechnęłam się, lecz twarz musiała mnie zdradzić, bo mąż położył mi delikatnie dłoń na łokciu i powiedział:

– Będzie wspaniale. Jak wakacje na wsi. Oboje zyskamy przestrzeń do życia, będziemy mogli odetchnąć pełną piersią.

Nie wspomniał tego, o czym naprawdę myślał – o rodzinie – i byłam mu za to wdzięczna.

– Wakacje? Nie sądziłam, że pisarze miewają coś takiego jak wakacje. Ja w każdym razie nie mam. Za cztery dni zaczynam nową pracę.

– Wiesz, o czym mówię. O wakacjach od tego wszystkiego.

Wskazał gestem w stronę okna i falujących tłumów, ludzi spieszących zwinnie ulicą, chociaż nie podnosili wzroku znad smartfonów; na mężczyznę w kolorowej pelerynie rozdającego puste koperty, które, jak wiedziałam z doświadczenia, zawierają „dobre wibracje”; na kierowców naciskających klaksony nasadą dłoni, jeśli samochód przed nimi zwolnił poniżej pięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.

– Od ludzi. Od pośpiechu. Od codziennego młyna. Tego nam trzeba po tym gównie, przez które przeszłaś.

Gówno, przez które przeszłam. Jakby to, co się wydarzyło w Londynie, można było zbyć jak zwyczajny pech.

Pojawiają się pierwsze zabudowania – stodoły przerobione na domy, nowe rezydencje, które wyrosły, kiedy przemysł bu­dowlany znowu poczuł grunt pod nogami. Kiedy byłam tu ostat­nio, w tym miejscu rozciągało się szczere pole. Okolica wygląda tak, jakby ktoś chciał dać Lichocie drugą szansę. Dan trąca mnie łokciem i wskazuje okno.

– Widzisz je? Kiedy sprzedamy dom twojej mamy, możemy kupić sobie coś takiego. Albo wybudować.

Uśmiecham się szeroko.

– A co ty wiesz o budowaniu domów? Mówię o prawdzi­wych domach, nie tych twoich fikcyjnych światach. Budowanie ich nie jest takie proste jak tworzenie ich na papierze.

– Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nigdy nie próbował opisać zamku na pustyni widzianego oczami orka. – Przez chwilę udaje urażonego, po czym odpowiada takim samym, łobuzerskim uśmiechem. – Dobrze, więc na razie pozostańmy przy opcji ku­pienia gotowego domu. Dużego, z przestronnym wnętrzem.

– I z basenem oraz naszymi inicjałami wyrytymi na marmu­rowej podłodze w holu – uzupełniam ze śmiechem. – Masz roz­buchane wyobrażenia o domu starej babci Tandy. O jego wartości najlepiej świadczy fakt, że mamie nigdy nie przyszło do głowy, aby go sprzedać.

Na słowo „mama” ściska mnie w żołądku. Ona nie żyje, Imogen.

Drogi wjazdowej do miasta nie spowijają pełznące obłoki szarej mgły; na poboczu nie stoi wysuszona starucha ostrzega­jąca nas z wyciągniętym sękatym palcem, abyśmy nie wjeżdżali dalej; na tablicy głoszącej Witamy w Lichocie nie siedzi czarny kruk, kraczący „Nigdy więcej”, mimo to groza zaciska lodowate szpony wokół mojej piersi i przez chwilę nie mogę złapać odde­chu. Tablica jest zniszczona i zmurszała, napis tak spłowiały, że u nikogo nie może wzbudzić myśli o ciepłym powitaniu; kiedy na niego patrzę, litery ciemnieją, jakby na moich oczach pokry­wały się czarną pleśnią. Kilka metrów dalej skręca w lewo droga prowadząca do domu mojej mamy. Czuję w piersi ucisk, jezdnia rozmywa mi się przed oczami. Wyciągam rękę i chwytam Dana za ramię.

– Nie jedź tam. – Z mojego gardła wydobywa ledwo słyszal­ne charczenie.

Dan zerka na mnie z ukosa; na jego twarzy maluje się troska. Zwalnia.

– Im, co się stało? Mam się zatrzymać?

Zerkam ponownie na tablicę – nadal nie wygląda zachęcają­co, ale nie widzę już czarnej pleśni na literach, a na moje policzki powracają kolory, ponieważ rumienię się ze wstydu. Co się ze mną dzieje?

Przed nami leży Lichota, obserwuje, czeka.

– Nie, nie. Nic mi nie jest – kłamię. – Pomyślałam tylko, że zanim pojedziemy do domu, moglibyśmy wpaść do miasta i ku­pić coś do zjedzenia na wynos. Nie wiem, czy włączyli już prąd.

Dan kiwa lekko głową, ale z jego czoła nie znikają zmarszcz­ki zatroskania. Ostatnio ciągle się o mnie martwi.

– Dobry pomysł – zgadza się, spoglądając przez ramię. – Mogłem to wcześniej zaproponować. Chociaż uważam, że po­winniśmy zrobić zakupy, bo wątpię, żeby restauracje w twoim rodzinnym mieście miały zbyt bogatą ofertę.

– To nie jest moje… – zaczynam, po czym wzruszam ramio­nami. Przynajmniej przestało mi walić w piersi. – Tam jest fryt­karnia… Przynajmniej kiedyś była.

Dan mija drogę do domu i jedzie prosto do głównej ulicy miasta półtora kilometra dalej. Przypominam sobie, jak cho­dziłyśmy z Pammy długimi, wąskimi uliczkami do sklepu, jak przekonywałyśmy starszych chłopców, żeby nam kupili alkohol, a w zamian obiecywałyśmy się z nimi podzielić; jak ubiegałam się o weekendową pracę w sklepie, chociaż nie wierzyłam, że uda mi się wygrać rywalizację z Michelle Hoffman czy Theresą Johnson. Zastanawiam się, co teraz robią te dziewczyny; mam małoduszną nadzieję, że nadal sprzedają za ladą na rogu ulicy.

– Podoba mi się to, że będziemy mieli wszystko co najlep­sze z obydwu światów. – Dan przerywa pełne zadumy milczenie, które zapanowało w samochodzie. – Piękny i cichy wiejski krajobraz oraz śródmiejską ulicę ze sklepami kilometr od domu. Na­dal będę mógł biegać rano po świeże bułeczki i kawę…

– „Nadal”? – Wybucham śmiechem na myśl o moim mężu w białym fartuszku z falbankami, biegnącym po świeży chleb do piekarni. – A kiedy ty robiłeś takie rzeczy? Przyznaję, że gdy wyobrażałam sobie, jak to jest mieć męża w domu, bardziej myślałam o kimś w rodzaju gosposi niż przerośniętego nastolatka oglądającego Netflixa i wyjadającego najlepsze smakołyki.

– Nie jestem „mężem w domu”, tylko artystą.

– No cóż, panie Bestseller, więc w czasie, kiedy ja oswa­jam ze szkołą wszystkie te dzieciaki, które dzięki tobie bujają w chmurach, mógłbyś przynajmniej zorganizować rano świeży chleb i kawę. Dan uśmiecha się promiennie, a ja natychmiast żałuję swo­jej beztroskiej nonszalancji. Nie wolno mi zapominać, że każda tego typu uwaga podsyca tylko jego pragnienie, aby jak najszyb­ciej założyć rodzinę. Nie rozumie, że na dźwięk słowa „dziecko” ściska mnie w żołądku. Odwracam głowę i wyglądam przez okno z nadzieją, że mój mąż odbierze to jako sygnał końca rozmowy.

W sobotnie popołudnie główna ulica miasta przypomina go­dziny świtu w Londynie. Moją uwagę przyciągają dwie dziew­czynki stojące na chodniku twarzami do siebie. Jedna ma długie, ciemne włosy zasłaniające twarz. Wygląda, jakby wrosła w zie­mię, podczas gdy druga – atrakcyjna blondynka, ubrana zbyt do­rośle – pochyla się i coś do niej mówi. Może w coś grają, lecz odnoszę wrażenie, że jest w tej scenie coś dziwnego. Właśnie przejeżdżamy obok nich i zamierzam zwrócić na nie uwagę Da­nowi, lecz w tym samym momencie blondynka cofa się kilka kro­ków w kierunku ulicy.

– Uważaj! – wołam ostrzegawczo. – Ona wygląda, jakby…

Moje słowa zamieniają się w krzyk. Dziewczyna wypada na jezdnię prosto pod nasz samochód, a ja zaciskam oczy. Słyszę pisk hamulców, a po sekundzie głuchy łoskot.

 

 

Tłumaczenie: Izabela Matuszewska