Strona główna Inne Jędrzej Pasierski „Roztopy”. Fragment

Jędrzej Pasierski „Roztopy”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Jędrzej Pasierski „Roztopy”. FragmentPrzez kilka następnych dni starała się o tym nie myśleć, lecz teraz, kiedy miała perspektywę nowego domu, stary stał się całkiem nie do zniesienia. Latem wszystko wyglądało korzystniej i ładniej pachniało. Teraz spróchniałe ściany waliły stęchlizną i z dnia na dzień robiło się coraz zimniej. Mogła wynająć znowu pokój w pensjonacie, może Łowiccy daliby jej żebraczą zniżkę. Hotel albo mieszkanie w Gorlicach stanowiły ostateczność: w krótkim czasie miasto zaczęło ją irytować tym, że wszyscy wszystko wiedzieli. W Gorlicach miała tylko zarabiać pieniądze, taki od początku był plan. Ale może ten plan nie był taki dobry.

A kiedy w pewien deszczowy październikowy czwartek wróciła z pracy, obiecując sobie, że podejmie decyzję w weekend, przed domem i na schodkach prowadzących do drzwi zauważyła ślady. Męski rozmiar podeszwy z protektorem bardzo dobrze odciśniętej na błocie. Serce podeszło jej do gardła i przypomniała sobie o tym dziwnym czymś na tle lasu. Pchnęła drzwi: były otwarte. Zalała ją fala gorąca. Wycofała się na podwórze i wyrwała siekierę z pieńka, na którym rozrąbywała szczapy, kiedy jeszcze chciało jej się palić w piecu. Weszła do domu i zapaliła światło.

– Ktoś tu jest?! – zawołała.

Ślad urywał się na klepisku w przedpokoju. A drewniana podłoga w kuchni była czysta. Joanna szła dalej, siekierę trzymała przed sobą.

Obeszła dom, zaglądając też do ostatniego pokoju. Cokolwiek miała cennego, zostało na miejscu. Jeśli grasował tu złodziej, mógł połasić się na telewizor, na który przerzucała sobie filmy z laptopa. I sam komputer. Ale ten stał na miejscu, tak jak wieża wifi i drobny sprzęt kuchenny.

Jednak ktoś wysunął szufladę biurka, papiery wyglądały na przetrząśnięte. A może zostawiła je w takim bałaganie? Gapiła się chwilę na wybebeszone biurko, usiłując sobie przypomnieć ostatnie dni, ale wspomnienia przysłaniała biała mgiełka. Zdenerwowana zanurkowała pod stół kuchenny, gdzie pod ruchomą klepką trzymała saszetkę z gotówką na zakupy dla Fuszary. Leżała na swoim miejscu.

Joanna odetchnęła, a zaraz potem strasznie rozbolała ją głowa. Usiadła na krześle, dopiero po chwili przypominając sobie o strychu. Nie miała schodów, używała zwykłej drabiny. Poddasze było tak wilgotne i zakurzone, że weszła tam tylko raz.

Wahała się. Mogła przecież pójść do Anety i Rafała. Albo pozostałych sąsiadów, których jeszcze nie poznała, choć wiedziała już, kto gdzie mieszka.

A może to ktoś z nich do niej „zajrzał”? Na oko węszący, nieco obleśny Styczko pasował na włamywacza, ale tak samo pasował siwy rzeźbiarz, znajomy Łowickich. Na razie widziała go tylko z daleka. I co właściwie miała im powiedzieć? Czy drzwi stanowiły dowód włamania? Może zwyczajnie zapomniała zamknąć jena klucz? A ślady mogły należeć do każdego, nawet zbłąkanego turysty.

Spoglądała w górę, jakby przeciekający strop miał odpowiedzieć, czy kogoś nad sobą kryje. Potem po prostu wstała i wspięła się po drabinie. Serce podchodziło jej do gardła, kiedy podniosła klapę strychu i wgramoliła się na podłogę. Pachniało tu mokrym sianem. Zapaliła latarkę w telefonie.

– Halo! – krzyknęła, kierując ostrze siekiery w stronę wyimaginowanego przeciwnika.

Usłyszała trzepot albo tylko jej się zdawało, że coś przeleciało tuż koło głowy, muskając włosy. Odgarnęła je, omal nie raniąc się głowicą, a kiedy opanowała nerwy, zbadała każdy kąt przepastnego poddasza. Jeśli ktoś zakradł się do domu, musiał wyjść przed jej powrotem.

Na dole wyjęła saszetkę z pieniędzmi i wrzuciła do torebki. Uznała, że bezpieczniej już będzie trzymać je w Karamedzie, nosić przy sobie lub oddać do banku.

Wyszła na ganek. Noc była ciemna, cicha, wilgotna po deszczu. Zatrzasnęła skobel, zastanawiając się, czy zaśnie.

Nie zasnęła.

Tak samo jak następnej nocy, aż w końcu sięgnęła po nitrazepam i pogrążyła się w głębokim, choć krótkim śnie. A potem jechała już na lekach aż do 27 października. Kiedy półżywa ze zmęczenia wróciła z pracy, pod domem ktoś na nią czekał.

Facet palił papierosa i oglądał budowany dom, jakby chciał go kupić. Ubrany w nieco brudną kurtkę i kalosze, spojrzał na nią i dostrzegła chytre oczka pośrodku czerwonej, zapuchniętej twarzy. Twarzy o bardzo niezdrowym odcieniu. Niski, mocno zbudowany mężczyzna miał w sobie coś dzikiego i małpiego i wcale jej się nie spodobał. Głos, którym przemówił, był jednak jedwabiście miękki.

– Mariusz Niciński – przedstawił się. – Słyszałem, że szuka pani majstra.

(…)

 Beskidzkie kruki musiały ze zdziwieniem obserwować to nagłe zbiorowisko ludzi na zboczu Warnicy. Niecałe pół kilometra od drogi do Bukowców i kilkadziesiąt metrów od szlaku turystycznego, który wiódł ścieżką w pobliżu starego cmentarza łemkowskiego. Tam właśnie znaleziono ciało. O godzinie pierwszej trzydzieści cztery swego przewodnika poprowadził tam jeden z psów, kilkuletnia suka owczarka malinois.

Kiedy technicy kryminalni skończyli robotę, a miejsce zbrodni zostało obfotografowane i oznaczone, lekko już zirytowany Karpiuk kazał wszystkim się rozejść.

Buty miał mokre od schodzącego śniegu. Pożałował, że nie wziął zwykłych gumiaków, których nie wypadało nosić szefowi wydziału kryminalnego. Czuł dreszcze na plecach, ale nie znał ich prawdziwej przyczyny. Potrzebował zostać sam na sam z trupem, zanim wyniosą go stąd na drogę. Zanim ciało pojedzie na sekcję zwłok do zakładu patomorfologii szpitala w Gorlicach.

Wciąż trzęsły mu się ręce po tym, co zobaczył, choć samej twarzy nie było już widać. Nadjedzona przez zwierzęta, rozdziobana przez ptaki albo jedno i drugie. Zdecydowanie w najlepszym stanie zachowało się kolorowe ubranie; wisiało na zmarłym, upodabniając go do stracha na wróble.

Na razie wiedzieli tylko jedno, o czym poinformował szef techników.