Strona główna Inne J.M. Ilves „Bordertown. Lalkarz”. Fragment

J.M. Ilves „Bordertown. Lalkarz”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

J.M. Ilves „Bordertown. Lalkarz”. FragmentMartwa dziewczynka leży w swoim łóżku, ubrana w pidżamę. Tak ją ułożono. Włosy starannie uczesane, ręce skrzyżowane na piersi. W pokoju jest duszno i mrocznie, zasłony są zaciągnięte. Unosząca się w powietrzu woń nie pasuje do pokoju dziecka, coś pachnie słodkawo i ostro.

Wszystkie moje zmysły krzyczą, bym wycofał się z pomieszczenia, ale to nie wchodzi w grę. Ucieczka oznaczałaby dla mnie koniec kariery zawodowej.

Podchodzę do łóżka i pochylam się. Zapach staje się mocniejszy. W tej samej chwili pierwsze symptomy dają o sobie znać, na to czekałem. Serce wali mi jak młot kowalski, zasycha w ustach, a ręce drżą. Jest coraz gorzej. Jeżeli mam szczęście, nikt akurat nie patrzy i ujdzie mi to płazem.

Przymykam na chwilę oczy.

W ciągu ostatnich miesięcy zacząłem myśleć, że zderzenie z najbrzydszą stroną ludzkiej natury jest jak ekspozycja na promieniowanie radioaktywne. Podczas służby dostałem już taką jego dawkę, że skutki zaczynają być widoczne. Po każdym napromieniowaniu staję się trochę słabszy, wypruty z uczuć. Coraz częściej mam wrażenie, że poświęcam się na próżno. Świat zmierza w stronę pogłębiającej się z każdą chwilą ciemności, a moje działania nie mają na to żadnego wpływu. Najgorsze, że poświęcam nie tylko siebie, ale i rodzinę.

Przełykam to i patrzę na dziewczynkę bez sentymentu, bez emocji. Pulsują we mnie szczegóły. Wnioski nasuwają mi się same.

Oczy zaszyte kordonkiem, podobnie usta. Na bladej skórze odcinają się czarne ukośne szwy. Świetna robota, jakby maszyną. Właściwie nie widać krwi. Dlaczego? Może zszywane obszary znieczulono? To zapobiega krwotokom. Sprawca jest najwyraźniej psychopatą, ale posiada wiedzę medyczną. Pielęgniarka? Lekarz?

Patrzę na uszy dziewczynki. Zatkano je woskiem, w który wbito gwoździe. Widok jest zatrważający. Wszystko, co zrobiono temu dziecku, jest neurotycznie staranne, pedantyczne. W pewnym sensie jest w tym miłość –całkowicie pozbawiona sensu.

Teraz doznania atakują mnie z pełną siłą, mocniej niż kiedykolwiek. Muszę się o coś oprzeć. Czuję się nieswojo, jakbym miał spaść w bezdenną czerń. Muszę wstać. Paroma niepewnymi krokami podchodzę do wąskiego okna i otwieram je. Ktoś pyta, czy wszystko w porządku. Głos dochodzi z oddali, jakby spod powierzchni wody. Przytrzymuję się ramy okna i wciągam do płuc rześkie powietrze.

Tracę poczucie czasu. Może minęła minuta, może pięć. Powoli atak mija i wracam do rzeczywistości. Po pokoju kręcą się moi koledzy i mundurowi. Pytają mnie, czego szukać. Dom już przetrząśnięto. Każę wszystkim iść do diabła i mi nie przeszkadzać. Pomieszczenie szybko pustoszeje.

Sytuacja wygląda następująco: z ojcem dziewczynki już się skontaktowano, nie jest podejrzany. Jej matka natomiast zniknęła, to ona mogła być sprawcą. Nie wierzę w to ani przez chwilę, taki sposób myślenia to lenistwo. Nic w jej przeszłości ani w zachowaniu z ostatnich dni nie wskazuje na jej winę.

Ocieram z czoła zimny pot, podchodzę z powrotem do łóżka i obserwuję.

Na biurku stoi zdjęcie rodziców z córką. Matka ma brązowe włosy i niebieskie oczy, podobnie ojciec. Córka ma brązowe oczy i blond włosy. Adopcja? Nad łóżkiem wiszą rysunki. Do ich przyczepienia zużyto dużo taśmy i przylepiono je krzywo. To dziewczynka je powiesiła. Najnowszy rysunek jest przyklejony na wierzchu pozostałych, uśmiecha się na nim jakaś blondynka. Stoi w małym pokoju na końcu długich schodów. W pokoju jest okno i łóżko.

Po raz ostatni spoglądam na dziewczynkę. Nie widzi, nie słyszy, nie mówi. Olśnienie.

Idę do drzwi i rozkazuję mundurowemu udać się na strych. Słychać skrzyp. Krzyczą, że na poddaszu jest pusto. Każę im szukać dalej. Coś tam musi być, wiem o tym. Klną, a potem zabierają się do przesuwania mebli, opukiwania ścian i omiatania pomieszczenia latarkami.

Podczas gdy oni się męczą, jeszcze raz powtarzam fakty. Z każdą chwilą utwierdzam się w swoim przekonaniu.

To matka ją zabiła.

Nie ta ze zdjęcia, tylko ta biologiczna, blondynka. Au pair. Chciała być blisko niej, ale nie potrafiła zataić prawdy przed własnym dzieckiem. To niania jest matką. Ale córka nie może tego zdradzić. Matka jest nadal w budynku, nie mogła tak zostawić córki. Przecież kocha ją – na swój chory sposób – ponad wszystko inne.

Poświęciła własne dziecko.

Ta myśl zakorzenia się w moim umyśle i już się jej nie pozbędę.

W tej samej chwili z poddasza dobiegają głosy. Stukanie nagle ustaje. Za to głosy mówią z narastającym ożywieniem, na bocznym stryszku coś znaleziono. Kogoś.

Coraz więcej mundurowych wdziera się na górę.

Odgłosy aresztowania: bieg, szum, ostrzeżenia, mrożące krew w żyłach wycie kobiety.

Na koniec cisza.