Recenzja Marty Guzowskiej
Opowiem Wam jedną z najstraszniejszych historii, jakie kiedykolwiek czytałam.
W nocy z 24 na 25 grudnia 1976 popełniono potrójne morderstwo. Krystyna Łukaszek, w piątym miesiącu ciąży, jej 12-letni brat Mieczysław Kalita i jej mąż Stanisław Łukaszek zostali wywabieni z kościoła w Połańcu. podczas pasterki. Kiedy szli pieszo do wsi Zrębin, zostali zamordowani przez Jana Sojdę i Józefa Adasia, z tej samej wsi. Najpierw Mieczysława Kalitę potrącił samochód prowadzony przez zięcia Sojdy, Jerzego Sochę. Potem Krystyna i Stanisław zostali zatłuczeni na śmierć kluczem do kół autobusowych i przejechani samochodami. Ciała przewieziono kilkaset metrów dalej i ułożono w rowie, żeby upozorować wypadek samochodowy.

Celowo używam strony biernej, niepopularnej wśród pisarzy i znienawidzonej przez czytelników. Czytając „Nie oświadczam się” miałam wrażenie, że zbrodnia sama się dokonała. Ktoś „został” zabity. Ktoś „został” zamordowany. Czy to ważne, przez kogo i dlaczego? To już się stało. No trudno, zdarza się, wszyscy kiedyś musimy umrzeć. Zostawcie ludzi w spokoju, pozwólcie dalej żyć.
Morderstwo miało ok. trzydziestu świadków, co prawda spojonych wódką, ale cóż w tym dziwnego, jeśli mówimy o polskiej wsi lat siedemdziesiątych. Nikt nie powstrzymał morderców. Świadkowie zostali zaprzysiężeni przez Jana Sojdę do milczenia. Przysięgę wsparła spora suma pieniędzy: co konkret, to konkret. Proces ciągnął się i ciągnął, bo większość świadków złożyła fałszywe zeznania. Niektórzy potem je odwołali. Niektórzy wytrwali przy nich do końca. Niektórzy poszli za to siedzieć. A na koniec mało kto wiedział już, co jest prawdą a co fałszem i co wydarzyło się w Połańcu.
Tytuł recenzji jest mylący. Nikt nie zamordował nikogo, żeby zdobyć kiełbasę. Co jeszcze, ostatecznie, mogło być zrozumiale w latach siedemdziesiątych. Kiełbasa była na weselu. Kogoś pomówiono o jej kradzież (zresztą jaką tam kradzież, po prostu wyniesienie z wesela więcej, niż początkowo było umówione). Ktoś się tym oburzył. Ktoś inny przekazał plotkę dalej. Ktoś kolejny się oburzył. I ktoś postanowił się zemścić. Autorzy kryminałów, co powiecie na taki motyw?
Historii o mordzie w Połańcu nie napisał żaden autor kryminałów. Napisało ją życie. Tfu, co ja gadam. Życie przecież nie potrafi pisać, a nawet gdyby, to nie ma dostępu do maszyny do pisania, albo komputera. Historię spisał Wiesław Łuka, ale on był tylko kronikarzem, nie strzelać do posłańca. Łuka przez półtora roku odgniatał sobie siedzenie na ławach sal sądowych, rozmawiał z oskarżonymi i ich rodzinami, jeździł do ich wsi. Powstał z tego cykl reportaży. W ubiegłym roku, zebrane w jednym tomie, ukazały się nakładem wydawnictwa „Dowody na Istnienie”.
Wojciech Tochman we wprowadzeniu do reportażu Łuki porównuje „Nie oświadczam się” do „Z zimną krwią” Trumana Capote, książki, która amerykańskiego pisarza wyniosła na wyżyny. Łuce cykl reportaży nie zapewnił międzynarodowej sławy. Trudny polski język? Żelazna kurtyna? A może po prostu potworność trudna do ogarnięcia rozumem.
„Nie oświadczam się” Wiesława Łuki przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Dowody na Istnienia. „Przeczytałam” to przykład niewłaściwie użytego czasownika. Czasownik „przedzierać się” byłby odpowiedniejszy. „Nie oświadczam się” nie jest idealną rozrywką na ciągle długie i ciągle zimne wieczory przedwiośnia. Powinno być jednak lektura obowiązkową. Nie tylko dla pisarzy kryminałów.





