Strona główna Inne Martin Solares „Czarne minuty”. Fragment

Martin Solares „Czarne minuty”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Większość osób zamarła z otwartymi ustami, kiedy zobaczyła, jak wchodzi: niebieska marynarka była dla niego stanowczo za duża, ale nie zdołała ukryć pstrokatości nienagannej hawajskiej koszuli. Pierwszym, którego ujrzał, był ojciec zmarłego, don Rubén Blanco, rozmawiający z trzema szacownymi starcami. Na stojących obok siebie fotelach szlochały matka i siostry. Po drugiej stronie salonu czterech ranczerów trzymało straż przy trumnie.

Cabrera pozdrowił skinieniem głowy rodziców zmarłego i podszedł z szacunkiem w stronę ciała, tak naprawdę po to, żeby mu się uważnie przyjrzeć. To wtedy go rozpoznał: Cholera, pomyślał, to jest ten chłopaczek od jogurtu, ten, co mieszkał w San Antonio: szlag by to, co się z nim stało!

 

 

 

Cięcie na gardle zostało zamaskowane chusteczką, ale to, co zobaczył, wystarczyło, żeby wzbudzić podejrzenia: To nie jest, pomyślał, zwyczajny kolumbijski krawat: albo agresorowi zadrżała ręka, albo zabójca był niezbyt doświadczony, w przeciwnym razie trudno wyjaśnić takie cięcie. Potem przyjrzał się zwłokom i stwierdził, że chłopak nie miał nawet dwudziestu pięciu lat. Biedny szczeniak, pomyślał. Cóż on takiego mógł zrobić, że go załatwili w takim wieku? Według raportu Cháveza, Chincualillo włamał się z zamiarem kradzieży i dziennikarz go przyłapał. Nie, stwierdził Donica, coś tu nie gra: po co członek kartelu z Paracuánu miałby się zabierać do kradzieży? Jakby im pieniędzy brakowało! Za to, co zarabiają w jeden dzień, można przeżyć miesiąc bez pracy.

– Skurwysyny – mruknął jakiś żałobnik za jego plecami. – To był bezbronny chłopak.

Miał wrażenie, jakby powiedziano to do niego, więc odwrócił się w stronę tej osoby: Jakby to była moja wina.

Kiedy tylko było to możliwe, Cabrera przekazał ojcu zmarłego kondolencje i zapytał, czy mogą porozmawiać na osobności, na prośbę komendanta Taboady.

– Za chwilę – odpowiedział mężczyzna i pokręcił głową z niechęcią.

Nie spodobało mu się takie traktowanie, ale uznał, że dla don Rubéna to bardzo trudny moment i trzeba być dla niego wyrozumiałym; toteż wyszedł i czekał na korytarzu. Stał tam automat z kawą rozpuszczalną, ale nie działał i ochota na kawę jeszcze bardziej wydłużała czas oczekiwania. Jako że nie miał nic lepszego do roboty, wyjął skonfiskowaną broń i kolejny raz przyjrzał się inicjałom: „C.O.”. Ups, pomyślał, jeśli ta broń należała do Cochiloco, mam kłopoty.

Przyglądał się jej, kiedy ujrzał zbliżającą się jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu widział. Oszałamiająca blondynka o wściekle kręconych włosach. Była ubrana w czarną sukienkę i nawet najdyskretniejsi odprowadzali ją wzrokiem. To była ta kobieta, która mieszkała w jego portfelu, od kiedy podniósł jej zdjęcie na dworcu autobusowym: narzeczona dziennikarza. Zanim Donica zdążył zareagować, dziewczyna minęła go i rozchyliła swoje cudowne usta na widok broni. Zmieszany policjant przeklął swoje gapiostwo i schował pistolet. Dziewczyna szła dalej, udając, że niczego nie zauważyła, i wkroczyła w głąb pomieszczenia. Zostawiła za sobą aromat kwiatów, który poruszył Donicę: O mój Boże, powiedział jego wewnętrzny głos. (…)

 

W ciągu następnej półgodziny przemaszerowali korytarzem byli wspólnicy i znajomi rodziny, koledzy sióstr i znajomi ze studiów zmarłego. Cabrerę zaskoczył widok asystenta Ramíreza.

– A co ty tu robisz?

– Przyjaźniłem się z Bernardem, chodziliśmy razem do liceum.

Zapomniał jego imienia… Ricardo?

– Rodrigo. Rodrigo Columba…

Usiedli na końcu korytarza, gdzie nikt się nie zbliżał i nie przeszkadzał. Cabrera zapytał, jak dobrze znali się z Bernardem Blanco, jakiego rodzaju teksty prasowe pisywał. Policyjne, odpowiedział chłopak. Cabrerę bardzo zaskoczyło, że chłopak interesował się tym działem, skoro sprawiał wrażenie takiego spokojnego, na co Columba odparł, że owszem, że zawsze go to ciekawiło. Zmarły chwalił się, że czytuje reportaże o przestępczości z równym zapałem, jak inni Biblię albo Don Kichota.

– Kiepski był w swoim fachu?

Chłopak pokręcił głową.

– E nie, nawet mu dali nagrodę.

Kiedy jeszcze mieszkał w Stanach, Bernardo kupił sobie motor i radio odbierające krótkie fale, żeby podsłuchiwać rozmowy policjantów. Stopniowo rozszyfrowywał ich kod i nauczył się haseł, jakich używali na oznaczenie różnych rodzajów przestępstw. Kilka razy dotarł na miejsce zbrodni przed policyjnym patrolem. Zdarzyło mu się być świadkiem egzekucji handlarza narkotykami, początku strzelaniny w banku, a w dniu, w którym postanowił to rzucić, przyszło mu znieść spojrzenie rannego, który konał po strzelaninie w centrum handlowym. Bernardo patrzył na śmierć rannego, skrytykował pielęgniarzy za spóźnienie, a potem złożył zeznanie i nie pamiętał niczego, co robił od tej chwili aż do zapadnięcia zmroku. Niesamowite jest to, że złożył zeznanie, wrócił do pracy, napisał krótką i bardzo dokładną notatkę, powiedział szefowi redakcji kilka niespójnych zdań i kiedy wreszcie przejrzał na oczy, szedł wzdłuż jednej z alei prowadzących do centrum, a zachodzące słońce odbijało się pomarańczowym blaskiem w szybach i asfalcie. Tak powiedział Rodrigo Columba i zakończył:

– Proszę, kto tu idzie: to ojciec Fritz Tschanz.

Ponieważ miał na sobie sutannę, myśleli, że będzie odprawiał mszę. Chłopak zapytał, co łączy księdza z policją, dlaczego tak często zjawia się na komendzie. Donica wyjaśnił, że ksiądz uczy w kolegium jezuickim i popołudniami czy kiedy trzeba oddaje się na usługi społeczności: prowadzi terapie psychologiczne dla funkcjonariuszy, spowiada i, w razie konieczności, strofuje. Kiedy aresztowano jakiegoś członka kartelu z Paracuánu i zachodziła obawa, że może dojść do strzelaniny, policjanci mieli zwyczaj zapraszania go, żeby służył za mediatora. Zanim padną strzały, ksiądz rozmawia z obiema stronami i stara się przekonać winnego, żeby się poddał, dzięki czemu nieraz uniknięto rozlewu krwi.

 

Fragment powieści Martina Solaresa „Czarne minuty” udostępniło wydawnictwo Czarne