Strona główna Inne Daniel Mason „Zimowy żołnierz”. Fragment

Daniel Mason „Zimowy żołnierz”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Daniel Mason „Zimowy żołnierz”. FragmentPółnocne Węgry

luty 1915

 W piątej godzinie jazdy na wschód od Debreczyna pociąg przy­stanął nagle w szczerym polu, tuż przed stacją.

Bez zapowiedzi, nawet bez jednego gwizdka. Gdyby nie ośnieżona tablica, nie wiedziałby, że dotarli na miejsce. Przerażony, że nie zdąży wysiąść, zebrał spiesznie plecak, płaszcz i szablę, a potem przepchnął się przez zatłoczony korytarz. Tylko on jeden tu wysiadał. Nieco dalej pakarze wystawili dwie skrzynie na śnieg i od razu wskoczyli z powrotem do pociągu, zabijając zgrabiałe ręce. Wagony znów zaczęły się rozpędzać, pobrzękując łańcuchami; podmuchy od kół targnęły połami jego szynela i skłóciły śnieg wokół kolan.

 Huzara znalazł w budynku stacji; czekał tam razem z końmi, wprowadzonymi do środka, żeby nie marzły.

Trącały uszami niskie sklepienie, a ich pyski sterczały nad ławą, na której usa­dowiły się trzy stare chłopki z dłońmi zaciśniętymi na grubo opatulonych brzuchach; z dala wyglądały jak trzech żarło­ków ukontentowanych posiłkiem. Ich stopy zwisały paręna­ście centymetrów nad posadzką. Baba, koń, baba, koń, baba. A huzar stał tylko i milczał. Lucjusz oglądał w Wiedniu hu­zarów na paradzie, widział pióropusze i szamerowane kurtki, tymczasem ten człowiek odziany był w gruby szary kubrak i futrzaną czapę, wyliniałą i połataną. Huzar dał znać Lucjuszowi, by podszedł bliżej, wręczył mu jedne wodze i sam poprowadził swojego konia do wyjścia. Mijając dwugłowego orła Habsburgów na drzwiach, zwierzę chlasnęło ogonem trzy baby.

 Lucjusz szarpnął wodze, ale klacz stawiła opór. Gładził ją po karku wierzchem dłoni, tej złamanej, a drugą ręką ciągnął.

– No chodźże – szepnął, wpierw po niemiecku, potem po polsku, i wreszcie oderwała tylne kopyta od skorupy z lodu i zamarzniętego łajna. – Naczekaliście się – rzucił w stronę stojącego za progiem huzara.

Więcej już nic nie mówił. Huzar nałożył na twarz skórzaną maskę z wyciętymi otworami na oczy i nos, po czym dosiadł ociężale końskiego grzbietu. Zarzuciwszy sobie plecak na ra­miona, Lucjusz poszedł w jego ślady, a potem mało zdarnie oku­tał twarz szalikiem. Trzy staruchy obserwowały ich z wnętrza budynku, póki huzar nie zawrócił konia i nie przymknął kopniakiem drzwi. Wasi synowie nie przyjadą, chciał im powiedzieć Lucjusz. A jeśli nawet przyjadą, to nie w stanie, w jakim chciałybyście ich zobaczyć. Niemal wszyscy młodzi mężczyźni, którzy jeszcze mieli obie nogi, próbowali obecnie przerwać rosyjskie oblężenie Przemyśla.

Huzar bez słowa ruszył truchtem ku północy, z karabinem ułożonym skroś siodła i szablą przypiętą do pasa. Lucjusz obejrzał się jeszcze w stronę torów – pociąg zdążył tymczasem od­jechać. Płatki śniegu powoli zasypywały szyny.

Podkowy zastukały głucho na zamarzniętej ziemi, gdy podążył za huzarem. Szare niebo ostrzegało przed nadciągającą śnieżycą, w oddali majaczyły góry. Gdzieś tam właśnie były Lemnowice i szpital polowy Trzeciej Armii, do którego go przydzielili.

Przełożyła Katarzyna Karłowska