Strona główna Recenzje Czarnooka blondynka Benjamin Black – recenzja

Czarnooka blondynka Benjamin Black – recenzja

0
PODZIEL SIĘ

Czarnooka blondynka Benjamin Black – recenzjaDo Philipa Marlowe’a przychodzi piękna kobieta – blondynka o czarnych oczach, Clare Cavendish, dziedziczka firmy perfumeryjnej. Ma dla detektywa zadanie – poszukuje swego kochanka, Nico Patersona, który zaginął bez śladu.

Marlowe nie ma innych zleceń, więc przyjmuje to zadanie, mimo iż Clare zapomina o wpłaceniu mu depozytu i kwoty na pierwsze koszty. Kobieta pociąga go, więc chętnie włącza się do śledztwa. A ono szybko zaczyna się komplikować, bo do akcji wkraczają tajemniczy Meksykanie oraz gangsterzy. Wygląda na to, że zaginięcie Patersona to prawdziwa łamigłówka, a ktoś tu robi wszystko, by zaciemnić obraz sytuacji. Czy Marlowe będzie mógł komuś zaufać? Czy wyjdzie z tego cało? Nowojorski detektyw po raz kolejny będzie musiał połączyć spryt, inteligencję i mocne nerwy. Świat bogaczy jest bowiem bezwzględny i kryje brudne sekrety.

Kłopoty to moja specjalność

Benjamin Black zdecydował się wskrzesić na naszych oczach legendarnego detektywa z równie legendarnego kryminału noir. W notatkach pozostawionych przez Chandlera pozostało kilka powieściowych szkiców i tytułów planowanych książek, w tym właśnie „Czarnooka blondynka”. Black twórczo rozwinął ten motyw, starając się zachować poetykę i rytm chandlerowskiej frazy. Tak, dobrze się domyślacie: w powieści padnie słynne zdanie o kłopotach, zresztą Black doskonale odrobił lekcję z Chandlera. „Czarnooka blondynka” ma ten sznyt – poczucie humoru i pewien ironiczny dystans. Marlowe jest wciąż zmęczonym detektywem, choć odrobinę świeższym niż w ostatnich powieściach Chandlera.

Taniec na cienkiej linie

Dochodzenie także jest chandlerowskie, czyli w stylu „nic nie jest z pozoru tym, czym się wydaje”. Sprawa, z początku błaha, przekształca się w poważną aferę. Marlowe musi dobrze się nachodzić, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim biega i kto go usiłuje wykiwać. Czyli jest jak zawsze i za to te powieści lubimy. No i jest Los Angeles jakie istnieje już tylko w „L.A. Confidential”, piękne kobiety w obcisłych sukniach, palące papierosy w hebanowych fifkach i mężczyźni w sportowych marynarkach. Bogaci nie dbają o innych, są zblazowani i się nudzą. Jest to przy tym dosyć spokojny świat, patrząc z naszej perspektywy: sprzed terroryzmu i internetu. Czarujący swoim urokiem, gdzie nawet przestępczość była jakaś inna niż dzisiaj. I te nostalgiczne obserwacje Marlowe’a: „Czasami człowiek czuje, jakby zaprowadzono go na skraj przepaści i tam porzucono” (s. 141).

Czy wskrzeszanie klasyki ma sens?

Zastanawiałam się nad tym właściwie od pierwszych stron „Czarnookiej blondynki”. Wiem, że takie próby są często podejmowane. Kontynuowane są przygody Herculesa Poirot (choćby jako „Inicjały zbrodni” Sophie Hannah), czy ze zmiennym szczęściem – Sherlocka Holmesa. Było więc kwestią czasu, gdy ktoś weźmie się za Marlowe’a. Choć mamy oczywiście dokończoną przez Parkera powieść „Tajemnice Poodle Springs” i napisane przezeń „Wielkie marzenie”. Osobiście myślę, że lepiej jest kontynuować klasyczną serię, niż „próbować pisać jak Chandler”. Stąd wszelkie poszukiwania „współczesnej Christie”, „współczesnego Chandlera” uważam za chybione. Nasze czasy mają już innych „klasyków”. A wskrzeszanie tej prawdziwej klasyki? Jeżeli w wersji Blacka to w sumie czemu nie? Czarnych kryminałów nigdy dość, zwłaszcza w tak dobrym, eleganckim stylu. Jestem zatem na tak, jak to mawiali w pewnym telewizyjnym show!

Książka pod patronatem Zbrodniczych Siostrzyczek, przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Albatros.

O „Czarnookiej blondynce” u nas TUTAJ