Strona główna Inne Adrian Bednarek „Inspiracja”. Fragment

Adrian Bednarek „Inspiracja”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Adrian Bednarek „Inspiracja”. FragmentCiało dziewczyny zostało podrzucone przed metalowym płotem okalającym teren firmy zajmującej się produkcją komponentów obuwniczych. Firma mieściła się przy drodze wylotowej na obrzeżach pięćdziesięciotysięcznego miasta. Ciemna okolica, brak latarni, gęsty las w sąsiedztwie. Dziewczyna liczyła nie więcej niż siedemnaście lat. Za życia była piękną blondynką o długich, kręconych włosach. Miała słodką buzię, nienaganną figurę, niebieskie oczy i całe życie przed sobą. Po śmierci jej delikatnie opalona skóra wyblakła, tworząc nieprzyjemny kontrast ze złotym kolorem włosów i wściekle czerwoną szminką na ustach. Barwy życia mieszały się z barwami śmierci. Dziewczyna miała otwarte oczy.

Witold Borkowski był podrzędnym pracownikiem. Po latach służby w milicji, a potem policji, dorabiał do marnej emerytury, pełniąc funkcję nocnego stróża. Cała jego praca polegała na przesiadywaniu w budce postawionej obok głównego budynku firmy. Nie niosła ze sobą dużego ryzyka. Teren ogrodzony był płotem, a przed najważniejszymi budynkami zainstalowano lampy z czujnikami ruchu. Wejść do budynków dodatkowo strzegło czujne oko kamery. Do obrony przed potencjalnymi złodziejami miał pistolet gazowy, pałkę i swoją najważniejszą broń – przycisk wzywający agencję ochrony. Zawsze nosił go ze sobą. Przez pięć lat pracy nie użył żadnego z tych narzędzi. Nikt nie próbował ukraść komponentów służących do produkcji obcasów, podeszew czy pasków obuwniczych. Pijacy też się tu nie kręcili. Firma mieściła się zbyt daleko od miasta, nie mieli tu czego szukać. Noce mijały Borkowskiemu spokojnie. Zazwyczaj umilał je sobie jakąś lekturą z czasów młodości, doprawioną wiśniówką lub malinówką własnej roboty, zagryzaną pysznymi kanapkami z salcesonem przygotowanymi przez Mariolę, kobietę, której miłość i wierność ślubował prawie pięćdziesiąt lat temu i wciąż dotrzymywał słowa.

Tamta noc nie różniła się niczym od innych.

Książka, alkohol, jedzenie i nieustanna walka ze snem. Gdy zaczynał pracę, myślał, że szybko przyzwyczai się do bezsennych nocy. Minęło tyle lat, a jego organizm między trzecią a czwartą nad ranem ciągle prosił o choćby krótką drzemkę. Zwykle Witold ulegał. Sen miał lekki, toteż w każdej chwili mógł się zerwać na równe nogi i w razie niebezpieczeństwa wcisnąć magiczny guzik. Był już stary, nie zamierzał ryzykować własnego życia za cudzy portfel. Z tą myślą codziennie przymykał oko. Kiedy je otwierał, było już słychać śpiew ptaków. Pierwsi pracownicy przyjeżdżali o szóstej. Gdyby zawczasu nie otworzył bramy, dałby szefostwu pretekst do zwolnienia, a za nic nie chciał stracić dodatkowej kasy do emerytury. Wybudziwszy się ze snu, wolnym krokiem przemierzył dwieście metrów dzielące jego budkę od bramy wjazdowej. Firmę ulokowano w głębi, z daleka od ciekawskich oczu.

Przed szóstą ruch na wylotówce był niewielki, zwłaszcza w piątki. Miasto dopiero budziło się do życia. Myślami krążyło wokół weekendu. Borkowski też myślał już tylko o dniu wolnym. Marzył mu się sen. Długi, głęboki, we własnym łóżku, a potem wspaniałe popołudnie. Dzisiaj z wizytą przyjadą syn z żoną i córką. Jego pociecha miała już szesnaście lat i stanowiła niepodważalny dowód na to, że czas płynie zdecydowanie za szybko. Jeszcze niedawno Witold zmieniał jej pieluchy, potem zabierał w tajemnicy przed rodzicami na lody, kupował watę cukrową, a gdy trochę podrosła, pokazywał milicyjny mundur. Teraz Anetka wyrosła na piękną młodą kobietę. Chłopcy już się za nią oglądali. Zarówno rówieśnicy, jak i ci starsi. Wkraczała w dorosłość, wkrótce miała się mierzyć z prawdziwym niebezpieczeństwem tego świata – mężczyznami.

Myśli o wnuczce towarzyszyły mu przez całą drogę z budki do wejścia.

Myślał o niej również podczas zdejmowania trzech kłódek spinających łańcuchy oraz bramę. Miał prawie osiemdziesiąt lat i musiał dorabiać w gównianej robocie, mimo to dzięki Anetce czuł się zadowolony ze swojego życia. Był dumnym dziadkiem, jego syn też miał się dobrze. Reszta była bez znaczenia. Z kieszeni starej, znoszonej kurtki wyciągnął paczkę sobieskich. Wsadził jednego do ust i przypalił zapałką. Szlug przed bramą był jego codziennym rytuałem. Lubił patrzeć na ciągle jeszcze pustą trasę, obserwować las i zaciągać się mocnym tytoniem. Było to przyjemne, zwłaszcza teraz, gdy maj przechodził w czerwiec, a poranki stawały się coraz cieplejsze.

Palił, idąc wzdłuż płotu. Beton, wylany tylko przy wjeździe do firmy, zmienił się w wilgotną od porannej rosy trawę. Sięgała piszczeli, ale Witoldowi to nie przeszkadzało. Szedł dalej, rozmyślając o wielkich sukcesach Anetki w dorosłości. Czerwony damski but wystający z wysokiej trawy przykuł jego uwagę.

W pierwszej chwili pomyślał, że ma szczęście.

Pewnie jakaś pijana grupa młodzieży wracająca ze znajdującej się w sąsiednim mieście dyskoteki zatrzymała się przy bramie, żeby załatwić swoje potrzeby, i jedna z dziewczyn zgubiła but. Gdyby zdecydował się na nocny obchód, co czasem mu się zdarzało, mógł niechcący wdać się w przepychankę z tymi ludźmi. Wiedział, jak pijana młodzież potrafi być okrutna dla kogoś takiego jak on. Starego ciecia. W głębi duszy podziękował losowi za to, że Anetka jest całkiem inna.

Chciał zabrać but ze sobą i go wyrzucić. Lepiej, żeby nikt z pracowników tego nie widział. W firmie pracowali różni ludzie, nie brakowało życzliwych donosicieli chętnych zgłosić szefowi, że stróż nie panuje nad tym, co nocą dzieje się przy wjeździe do firmy. A nuż ten but jest jedną z próbek powstających w ich firmie? Wtedy z miejsca straciłby robotę!

Podszedł bliżej. To, co zobaczył, wstrząsnęło nim dogłębnie. Sprawiło, że jego stare serce zaczęło łomotać niczym dzwon. Kobieca noga, odziana w czarny materiał rajstop lub pończoch, obok zasłonięta trawą druga, dalej kusa spódniczka, korpus i całe ciało.

Znajome kształty.

Ślina stanęła mu w gardle, ręce zesztywniały, papieros spadł na ziemię. Witold usłyszał cichy syk ognia gasnącego w rosie. Głowa dziewczyny była schowana w zaroślach. Przerażenie narastało, schylił się i odgarnął trawę. Zobaczył twarz. Po jego wnętrzu rozlała się panika. Przypominało to znieczulenie przedoperacyjne. Ciało zrobiło się miękkie, głowa ciężka. Stracił równowagę. Upadł obok martwej dziewczyny. Serce biło coraz mocniej, ledwie łapał oddech. Prawie bezwładną rękę wsunął do kieszeni. Nie był w stanie kontrolować palców, oparł je tylko na czerwonym guziku wzywającym agencję ochrony. Dioda zamigała, lecz on tego nie widział. Najczarniejszy koszmar zmieniał się w rzeczywistość, a on nie mógł nic zrobić. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nie potrafił krzyczeć ani płakać. Płuca buntowały się przeciwko niemu, serce gwałtownie zwolniło. Pojawił się przeszywający ból w klatce piersiowej. Przeczuwał rychłą utratę przytomności. Ostatkiem sił próbował dociskać palce do guzika wzywającego ochronę. Na nic więcej nie starczyło mu sił. Leżał na boku, wpatrując się w martwe oczy ukochanej wnuczki.

Następnego dnia o zabójstwie Anety Borkowskiej trąbiło już całe miasto.

 

1.

Najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem, miała na imię Luiza. Poznałem ją w najbardziej nieodpowiednich okolicznościach, w jakich chłopak mógłby poznać dziewczynę. Na pogrzebie.

Zanim do tego doszło, siedząc w piętnastoletniej alfie romeo 147 kończyłem redagowanie własnego tekstu na iPadzie połączonym z klawiaturą smart keyboard. Sprzęt wart był chyba więcej niż gruchot, którym jeździłem, i stanowił jedną z najdroższych ekstrawagancji, na jakie pozwoliłem sobie przez dwadzieścia trzy lata życia. Jeszcze raz przeczytałem całość i otworzyłem Wattpada. Zalogowałem się jako użytkownik Why so serious, dodałem nową historię pod tytułem Martwa Złotowłosa, wrzuciłem ściągniętą z sieci grafikę trupiobladej blondynki, z której porów skóry wychodzą robaki, skopiowałem tekst z otwartego pliku i opublikowałem. W ciągu najbliższych godzin mój opis odnalezienia zwłok Anety Borkowskiej przez dziadka miało przeczytać co najmniej dwa tysiące osób. Ja w tym czasie mogłem z czystym sumieniem zająć się szukaniem inspiracji do drugiego rozdziału opowiadania.

Alfę zaparkowałem jak najbliżej wejścia na cmentarz.

Cmentarny parking był zawalony bardziej niż pierwszego listopada. Cztery autokary, co najmniej dwie setki prywatnych samochodów, orszak pogrzebowy. Ze swojej pozycji widziałem jedynie główną bramę i niekończący się tłum na horyzoncie. To było zdecydowanie za mało. Zwlokłem tyłek z wysiedzianego fotela kierowcy. Schowałem iPada do torby, którą przewiesiłem przez ramię, i wyszedłem. Czułem się jak idiota. Facet z torebką nie mógł wyglądać inaczej, ale prędzej dałbym sobie odciąć rękę, niż pozwolił ukraść taki skarb. Wolałem mieć go przy sobie.

Nie dotarłem pod sam grób. Nawet gdybym chciał, byłoby to niemożliwe. Miejsce pochówku Anety otaczał gigantyczny tłum. Stojąc w sporej odległości od trumny, zacząłem obserwować ludzi. Był to pogrzeb inny niż typowe. Pogrzeb zamordowanej nastolatki. Przeważali jej koledzy i koleżanki. Małe grupki ustawiały się razem i szeptem wymieniały uwagi. Co chwilę ktoś nachylał się nad kimś, kiwał głową i przekazywał informację dalej. Zupełnie jak podczas gry w głuchy telefon. Większość obecnych nie miała żałobnych strojów. Przekrój subkultur, stylów i typowej wśród nastolatków potrzeby odmienności był prawie tak duży jak na Love Parade. Tylko niewielki odsetek młodych mężczyzn miał na sobie garnitury, jeszcze mniej młodych kobiet ubranych było na czarno. Ksiądz przemawiał uroczyście. Mówił o młodości, miłości i lepszym świecie po drugiej stronie. Jeśli tu tak nawijał, mogłem tylko przypuszczać, jak długie i ciężkie kazanie zaserwował młodzieży w kościele. Słuchałem go jednym uchem, próbując wypatrzeć w tłumie kogoś podejrzanego. Samotnika, może mężczyznę z kamiennym wyrazem twarzy, ewentualnie pustym wzrokiem. Kogoś, kto nie przeżywa pogrzebu Anety ze smutkiem, a jedynie… podziwia efekt własnego działania.

– Można wiedzieć, co tutaj robisz? – Twardy, lecz cichy głos, w połączeniu z szarpaniem mnie za bark, szybko skończył obserwację.

Ludzki dotyk wyrywający z zamyślenia dawno przestał u mnie wywoływać jakikolwiek efekt bliski strachu. Czasami wydawało mi się, że kilka lat temu, podczas pewnej tragicznej nocy, mój układ nerwowy został dożywotnio zamrożony.

– A kto pyta? – Odwróciłem się powoli, na wszelki wypadek ścisnąłem mocniej torbę z iPadem. – Ach tak… – Prawie się zaśmiałem.

Dwóch typów. Jeden wysoki, drugi jeszcze wyższy. Obaj w luźnych koszulach i jeszcze luźniejszych marynarkach. Do tego dżinsy i brązowe półbuty. Włosy ulizane jak po kontakcie z językiem krowy.

– Powiedziałbym, że mam alergię na psy, ale chyba nie zrozumielibyście żartu. Prawda, panowie? – wysiliłem się na kiepski dowcip, który zdecydowanie nie przypadł im do gustu.

Jeszcze zanim wszedłem na cmentarz, wiedziałem, że oni gdzieś się tu czają. Nie bezpośrednio przy żałobnikach, to byłoby zbyt podejrzane. Aneta Borkowska została zamordowana, ciągle nie wiedziałem jak, ale na pewno nie była to zagadka łatwa do rozwiązania. Dlatego gliniarze przyszli na pogrzeb, zaczaili się w ustronnym miejscu i obserwowali. Mój wygląd przykuł ich uwagę.

– Bardzo zabawne. – Wysoki sięgnął do marynarki i pokazał mi legitymację. Zrobił to tak szybko, że ledwie zdążyłem przeczytać stopień. Wyższy stał za nim, przyglądał mi się uważnie. Był starszy, więc pewnie to on wydawał polecenia w ich związku. – Dokumenty poproszę.

Z tylnej kieszeni spodni wygrzebałem coś, co na siłę można było nazwać portfelem. Zmechacony kawałek skórzanego prostokąta z kilkoma przetarciami, w którym trzymałem tylko prawo jazdy, kartę płatniczą i obecnie jakieś dwadzieścia złotych.

– Z jakiej okazji spotyka mnie przyjemność pochwalenia się starym zdjęciem z ogólniaka? – Podałem wysokiemu prawko. – Chyba nie zrobiłem nic złego?

– Właśnie… – Wysoki wyrwał mi dokument, jakby ten stanowił bezcenną relikwię, na którą polował latami. – Co tutaj robisz? – powtórzył pytanie.

– To samo co wy. – Wzruszyłem ramionami.

Wysoki oderwał wzrok od prawka i spojrzał na mnie.

Wyższy nachylił się za nim i zagłębił w treść dokumentu.

– Czyli? – spytał wysoki.

– Obserwuję ludzi, przyglądam się grupkom młodzieży, szukam podejrzanych typów, którzy przyszli bez towarzystwa i dziwnie się alienują. Podobnie jak wy zakładam, że wśród tłumu żałobników można spotkać mordercę. Tylko prezentuję się lepiej od was – dodałem radośnie.

– Do czego ci to potrzebne? Może sam jesteś mordercą? – rzucił wysoki oskarżycielskim tonem.

Musiał być nowicjuszem, nie wiedział, że takie sugestie są słabe i zwyczajnie nie mają żadnego sensu.

– A czy ja panu wyglądam na mordercę?

Nie wyglądałem groźnie. Miałem metr siedemdziesiąt sześć wzrostu, szczupłą sylwetkę z lekkim zarysem mięśni rąk wyrobionych przez regularne dźwiganie ciężkich skrzynek. Gęste, zmierzwione włosy koloru zabrudzonej opony sięgały połowy uszu i zachodziły na czoło. Do tego dziecinne rysy twarzy, które według mojego taty nie zmieniły się nic od czasu, kiedy byłem czternastolatkiem. Ale przecież to o niczym nie świadczyło.

– Ja wiem, Ted Bundy też nie wyglądał na mordercę, ani Karol Kot – dodałem półżartem. – Tylko jak pan sobie to wyobraża? Ciało Anety Borkowskiej podrzucono pod firmą, która znajduje się kilkanaście kilometrów za miastem. Uważa pan, że mógłbym ją porwać, zrobić swoje i przewieźć tam moją zdezelowaną alfą, która po drodze zepsułaby się pewnie ze dwa razy? – zapytałem. Mówiłem prawdę. Zwłoki Anety odnalazł jej dziadek pracujący w firmie na obrzeżach naszej minimetropolii, a moje auto psuło się średnio półtora raza w miesiącu. Policja ciągle ukrywała dokładne okoliczności jej zaginięcia i sposób, w jaki została zabita, ale morderca na pewno miał sprawne auto.

– Myślisz, że jesteś zabawny? – Wysoki podał mi prawko.

Tym razem to ja wyrwałem mu je jak wygłodniały kundel worek karmy Pedigree.

– A według pana to, co powiedziałem, jest zabawne? – Zirytowany głupią dyskusją postanowiłem odbić piłeczkę.

– Prosisz się o kłopoty, Oskarze Blajer – powiedział tonem, jakim powinien zwrócić się do groźnego przestępcy.

W tle rozbrzmiała muzyka i głośny śpiew księdza. Na tym pogrzebie wszystko odbywało się z pompą. Nawet prowadzący ceremonię ryczał do mikrofonu, a jego głos wydobywał się z głośników, jakich nie powstydziłaby się renomowana dyskoteka.

– Możesz wyjaśnić, czemu kręcisz się po cmentarzu w poszukiwaniu zabójcy? – usłyszałem.

Pogładziłem torbę z iPadem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Mógłbym powiedzieć, że piszę opowiadania, bo próbuję oderwać się od chujowej codzienności i zapomnieć o dramatach, jakie do niej doprowadziły. Dalej wyjaśnić, że Aneta Borkowska jest idealnym tematem na krótki, intensywny kryminał, a jej pogrzeb może dostarczyć wielu inspiracji. Zwłaszcza w kontekście opisu potencjalnego mordercy. Ewentualnie dodać, że przyglądanie się ludziom jest jedną z lepszych rozrywek, jakie mi się ostatnio trafiają, ale wtedy pewnie gliniarz zacząłby drążyć temat. Ciągle nie miałem pojęcia, co mu odpowiedzieć.

Z pomocą przyszedł mi jego partner.

– Mirek, zostaw go – burknął.

Jeśli dobrze oszacowałem jego wiek, pracował w policji dłużej. Mógł więc szybko skojarzyć moje nazwisko.

– No co ty? Nie widzisz, że gnojek robi sobie z nas jaja? – rzucił wysoki. Korciło mnie, żeby go pochwalić za spostrzegawczość, ale przezornie nie otworzyłem ust. – Poza tym łazi tu ubrany jak satan i obserwuje ludzi.

Chyba miał na myśli czarną koszulkę z mrocznym logo zespołu rockowego, którą przypadkiem włożyłem do pracy i nie zdążyłem zmienić przed pogrzebem. Ewentualnie czarną skórzaną opaskę z rzemyków, którą nosiłem na lewym nadgarstku. Ona miała wartość sentymentalną. W oczach tego przygłupa uchodziłem za satanistę, co nie wróżyło dobrze śledztwu w sprawie zabójstwa Anety Borkowskiej.

– Patrząc przez pryzmat pozostałych uczestników pogrzebu, wcale aż tak się nie wyróżniam. – Uśmiechnąłem się złośliwie.

– Kręci cię to? Patrzenie na załamanych ludzi? – Zachęcony brakiem mojej reakcji policjant Mirek kontynuował atak. – Pewnie, gdyby była możliwość, poszedłbyś na wystawienie zwłok. A może zjarałeś się ziołem dla podrasowania emocji? Pokaż, co masz w kieszeniach.

Zrobił krok w moją stronę. W tym samym momencie partner złapał go za ramię.

– Powiedziałem, zostaw go! – Jego ostry krzyk zlał się z wysoką tonacją śpiewającego księdza. – Odpuść.

– Ale… – Wysoki niepewnie spojrzał na kompana.

– Po prostu odpuść. – Tamten pociągnął go do siebie. – A ty, Oskar, zniknij z naszego pola widzenia.

Nic nie odpowiedziałem. Poprawiłem torbę i odszedłem.

Ksiądz przestał śpiewać, dla odmiany wygłosił kolejną bolesną mowę zakończoną jeszcze bardziej bolesną puentą. Tłum zaczynał ustawiać się w kolejce do sypnięcia na trumnę ziemią, rzucenia kwiatka lub odprawienia innego rytuału pomocnego żałobnikowi w ostatnim pożegnaniu.

Zatrzymałem się pod drzewem gdzieś między płaskimi, zaniedbanymi mogiłami rosyjskich żołnierzy, którzy podczas drugiej wojny światowej mordowali Polaków. Oparłem się plecami o pień, wciąż obserwując topniejący tłum, wyjąłem z kieszeni papierosa i wsadziłem do ust. Wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy.