Recenzja Adrianny Michalewskiej
Podobno w kryminale wszystko już było. Jedyne novum może stanowić sceneria rozgrywanej historii i bohater. Tę zasadę stosowała z powodzeniem pani Christie.

Teby, około 2000 r.p.n.e. Spokojne domostwo, w którym twardą ręką rządzi Imhotep. Wraz z nim w bogatym gospodarstwie mieszka trzech synów (w tym dwóch żonatych) i córka, która po utracie męża wraca do rodzinnego domu. Poza nimi jest też bystra matka gospodarza, krewna jego zmarłej żony i administrator. Wszyscy kłębią się w niezgodzie, szukając dodatkowych korzyści, kłócąc się i walcząc o przywileje. Prawdziwa historia zaczyna się wtedy, gdy starzejący się Imhotep sprowadza sobie (skojarzenie z Boryną i Jagną nieuniknione, choć wątpię, by autorka świadomie popełniła plagiat) młodziutką konkubinę. Od razu wiadomo, że ta, dla której zboże zamienia się w klejnoty nie pożyje długo.
Klasyczna dla Christie sytuacja „Kto to zrobił”. Każdy miał powód i sposobność. Czytelnik wraz z tymi, którzy przeżyli, szuka sprawcy. Pamiętać należy, że opowieść ta dzieje się 4 tysiące lat temu, gdy zdrowy rozsądek nie był jedynym sposobem na rozwiązywanie tajemnic. Do akcji wkracza 9 bóstw starożytnego Egiptu i zwykła przesądność. Pryska czar starożytnej, magicznej cywilizacji. Władza i pieniądze dzielą ludzi tak samo wtedy, jak i teraz.
Przyznam, że to jedna z niewielu powieści Christie, którą przeczytałam nie od końca, jak to zwykle bywa, ale we właściwym kierunku. Lubię klimat starożytności i liczyłam na wiele drobiazgów, które stworzą stosowną atmosferę w tej powieści. Nie zawiodłam się. Od momentu śmierci młodej konkubiny Imhotepa Nofret cztery razy typowałam zabójcę. Nie trafiłam ani razu. Powieść zwodzi do końca.
Warto jeszcze dodać, że „Zakończeniem…” opublikowano w 1945, gdy Europa świętowała zakończenie wojny. Może dlatego w usta Renisenb, jedynej córki Imhotepa, włożono tyle pytań o sens życia i tego, co jest po śmierci. Bo, czy naprawdę zakończeniem jest śmierć?
A. Christie, Zakończeniem jest śmierć. Wydawnictwo Dolnośląskie 2013



