Strona główna Mówi ekspert... A. Christie, Strzały w Stonygates

A. Christie, Strzały w Stonygates

0
PODZIEL SIĘ

Agata Christie, Strzały w Stonygates, czyli Poskromienie złośnicy sezon 2

Recenzja Adrianny Michalewskiej

 

Konwencja, którą Agata Christie zastosowała w powieści Strzały w Stonygates to moja ulubiona forma łapania mordercy. W starej angielskiej posiadłości (czy widzieliście kiedyś „domek” Winstona Churchilla?), poproszona przez swoją amerykańską przyjaciółkę ze szkolnych lat pojawia się panna Marple.

Przyjeżdża do Stonygates na prośbę i życzenie Ruth, siostry Karoliny Serrocold, obecnej pani domu. Koligacje rodzinne są w tej powieści niezwykle zawiłe. Mamy tu kilku byłych mężów, pasierbów którzy nie są pasierbami zakochanych we wnuczce przybranej córki, brata pojawiającego się nie wiadomo skąd i całą grupę szaleńców oraz małych przestępców, których aktualny mąż Karoliny resocjalizuje w najbliższym otoczeniu przy wsparciu doktora Mavericka. Już takie nagromadzenie powinowatych musi wzbudzać podejrzenie, że ktoś tu będzie rozpylał niemałą zasłonę dymną. I słusznie, bo kiedy padają strzały, to ginie osoba, do której nikt nie strzelał. A w najbliższych godzinach w lekach i czekoladkach przysłanych dla gospodyni znajdujemy arszenik.

 

 

W posiadłości nabrzmiewa atmosfera wzajemnej niechęci i podejrzeń. Kto mógłby dybać na życie uroczej pani Serrocold? Dlaczego na scenie pojawia się domniemany nieślubny syn jej męża i jaką w tym rolę odgrywają finanse zarządzanej przez Serrocolda fundacji dobroczynnej? Na te pytania można odpowiedzieć tylko tak: stajemy się widzami w teatrze iluzji. Patrzymy i nie widzimy. Mamieni, celowo wprowadzani w błąd, skupiamy się nie na tej ręce iluzjonisty, która chowa przed nami kulkę, ale na tej, którą prestidigitator macha w naszym kierunku. Tylko panna Marple zachowuje zimną krew. W końcu zostaje tam po to wysłana.

Uwielbiam ten świat bogatych Anglików. Pracują dla przyjemności, celebrują obrzędy dnia codziennego i nieustannie przechodzą z biblioteki do salonu, a z salonu do ogrodu. I zawsze są jakieś drzwi tarasowe, które zamyka się po 22.00. Nastrój, jak z „Powrotu do Howard End” i „Okruchów dnia”. Trup pada w bibliotece, ale na śniadanie zawsze jest kawa i grzanki z dżemem, choć w chwilach napięcia jada się „tylko jedną”.

No i jeszcze ta złośnica. Rozbrykana wnuczka Karoliny, która daje wykład, kiedy w życiu należy zaszaleć. Warte rozważenia.

Bardzo polecam.

Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dolnośląskiego